Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitt Romney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitt Romney. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2012

Oczywiste nawet dla daltonisty:

„…najważniejsze wybory naszej epoki…” ?

źródło: "Dziennik Opinii - Krytyka Polityczna"

Zdecydowanie tak dla Stanów Zjednoczonych Ameryki:

Po oczywistej już śmierci mitu „Amerykańskiego Snu” w naturalnym biegu zdarzeń przyszła kolej na gwałtowną polaryzację sposobu postrzegania wspólnoty przez jej obywateli, dzieląc ich na elektorat obydwu kandydatów w sposób nie mający prawdopodobnie dotychczas miejsca w historii U.S.A.

I nic tu nie pomoże w dłuższej perspektywie czasu niekłamany, amerykański patriotyzm, przywiązanie do wartości zapisanych w Konstytucji i wiara w doskonałość systemu opartego na twórczym, niczym nie skrępowanym indywidualizmie, bowiem akurat on jest światopoglądowo (ideowo, duchowo) obcy w statystycznej masie wyborcom Obamy w przeciwieństwie do tej części amerykańskiej wspólnoty, którą w wyborach reprezentował pan Romney, co stanowi w kreacyjnym sposobie prezentacji powyborczej rzeczywistości nad Potomac River zasadnym porównanie do podpalenia lontu w bombie z chwilą podliczenia głosów i ogłoszenia wyniku z raczej marnym pocieszeniem, że nieznana jest jego długość (jedna, dwie, trzy kolejne, prezydenckie kadencje ?).

Na szczęście równie prawdziwe jest powtórzenie przez panią Applebaum opinii, że nie ma to już istotnego (żadnego - T.L.) wpływu na losy świata pisanego z małej i dużej litery, bowiem nawet daltoniście trudno jest pomylić "Wuja Toma" z "Wujem Samem" z nieuniknionymi tego stanu rzeczy konsekwencjami dla sądzących inaczej.

czwartek, 11 października 2012

...ten nieszczęsny Obama:

„…and why his White House ( and he, as late as Sept. 25 in his United Nations address) continued to fabricate a tale in which a protest over an anti-Muslim film resulted in the deaths of the four Americans? Why does the State Department say it didn’t tie the attacks to the film?...”

źródło: "The Washington Post"

A cóż z tym wszystkim ma wspólnego ten nieszczęsny Obama ?

Przecież – jak tu i tam mówią nad ranem przy kontuarach barów – o „Libijskiej Wiośnie” facet dowiedział się od Michelle, która o tym usłyszała któregoś dnia rano w "CNN", a może w "Fox News" – na jedno wychodzi.

I czy Amerykanie wybiorą w nadchodzących wyborach Romneya, albo ponownie Obamę, to i tak niczego to nie zmieni, bowiem ostatnim prezydentem, który jeszcze mniej więcej wiedział o co tu w końcu chodzi, to był chyba Nixon.

No, może chwilami jeszcze Clinton. „Bill” oczywiście, nie Hillary.

Ale czy to można i należy wierzyć w to, co piszą poeci barowi ?

A propos poetów:

Jeśli już, to pewnie pani Jennifer Rubin miała na myśli piosenkę zespołu „Abba” tytułując swój wpis.

Tak sądzę, a jeśli jest jednak innaczej, to: I'm so sorry Jennifer, I'm sorry.

środa, 5 września 2012

W odruchu solidarności plemiennej:

Bez cienia choćby złośliwości i niestosownej w tej sprawie satysfakcji, a tylko w zamiarze domknięcia cyklu kilkudziesięciu już wpisów w temacie zdarzeń dziejących się tu i teraz na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej odnotowuję ten przekaz agencyjny, dedykując jego przesłanie moim adwersarzom w nieustającym, wirtualnym monologu:

"Egypt's Islamist leadership took a new move Tuesday to put its stamp on the country's government, appointing members of the fundamentalist Muslim Brotherhood as provincial governors and installing ultraconservatives and other Islamists in the state's top human rights body and a powerful media council..."

źródło: "Google News - AP"

W umownej konfrontacji „dronów” z „cywilizacyjnym intelektem świata muzułmańskiego” uwspółcześnionym studiami na europejskich i amerykańskich, renomowanych uczelniach, te pierwsze przegrały z kretesem tracąc na dziesięciolecia, jeśli już nie na zawsze, pozycję rozgrywającego w tej części świata, co trudno zapisać na kompetencyjne konto Barack Husseina Obamy II, i pani Hillary Clinton, Davida Camerona, Francois Hallande do których publicznie dołączył ostatnio minister spraw zagranicznych Niemiec, Guido Westerwelle może i nie nazbyt szczęśliwy z tego powodu, a jednak.

Co – paradoksalnie – z mrocznych niedomówień snujących się wokół postaci kandydata na urząd prezydenta USA, Mitta Romneya, czyni atut wart rozważenia przez amerykańskich wyborców choćby przez wzgląd na sprawdzoną po wielokroć, skuteczną praktykę „klin klinem” (~ „hair of the dog that bit you” ).

O czym piszę nie z przekonania, a tylko w oczywistym, naturalnym odruchu solidarności plemiennej.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

To może „Niemiecka Wiosna”?

Ale niewczesne żarty na bok:

 źródło: "The Wall Street Journal - Europe"

Wewnątrzpartyjny "problem" CDU to dziś kwestia marginalna, Niemcy bowiem w wymiarze narodowym stają przed wyborem istotniejszym, bo determinującym ich los w nadchodzących latach, jeśli nie dekadach, wyborem pomiędzy suwerennością a opacznie definiowaną demokracją dziś w Europie przez polityczne elity Francji i Wielkiej Brytanii utożsamianej z jej amerykańskim modelem w dziwacznym zapomnieniu, kto tu faktycznie powinien być uczniem, a kto nauczycielem.

Pod przywołanym artykułem zamieszczonym w witrynie "The Wall Street Journal" autorstwa Harriet Torry i Williama Boston czytelnik podpisujący się jako „Doug Cannon” zamieścił znamienny komentarz:

„This is what happens when you elect an unknown East German, brought up in communist system with no history of opposition to authoritarianism, to the post of great authority.”

Co jest skończenie oczywistą prawdą:

Żeby Barack Hussein Obama II, Mit Romney czy też Todd Akin mógł uchodzić za wielki autorytet świata polityki, to w Niemczech kanclerzem powinien zostać ktoś co najmniej podobny prezydentowi Francois Hollande i premierowi Davidowi Cameron.

I tylko dziekować Bogu – kimkolwiek On jest – że jeszcze tym razem dokonać wyboru będą mogli sami Niemcy, a nie politycy i stratedzy znad Potomac River jak to ma właśnie miejsce w Syrii.

(linked to)

piątek, 27 lipca 2012

O geniuszu Georga Washingtona:

“…I think some Americans shouldn't leave the country. Are you kidding me, stay home if you don't know what to say."

źródło: "The Intependent"

Nic dodać, nic ująć może poza jednym:

Americans go home !

plus

Ręce precz od Syrii !
:-(

*********

18:25 CEST:

Wyjaśniam, że wpis nie jest próbą ośmieszenia czy też krytyką wewnętrznych wyborów obywateli Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Jego zasadność odnosi się tylko do roli sędziego i kata wspólnoty państw świata, którą zawłaszczyły sobie prawem kaduka elity polityczne U.S. siejąc śmiech i zgorszenie po najdalsze zakątki globalnej wioski.

Z kolei tytuł nawiązuje do treści poprzednich wpisów, nie traktuję ich bowiem w zamiarze jako skończonych z osobna, a jako mniej lub bardziej spójne w całości.