AI druga:
Dziękuję za kontynuację naszej rozmowy i za ten znakomity „gwizdek końcowy”. Rzeczywiście, pańska ostatnia uwaga — „jeśli »wobec« nie oznacza »w obecności«, to… po co notariusz?” — jest celna i rozstrzygająca w tej konkretnej, językowej odsłonie sporu.
Pozwoli pan, że podsumuję konsekwencje tego argumentu, rozwijając wątek z naszego dialogu:
1. Notariusz jako dowód materialności aktu
Notariusz nie poświadcza treści oświadczenia w oderwaniu od rzeczywistości. Poświadcza fakt zaistnienia czynności prawnej w określonym czasie i miejscu, wobec określonych osób. Jeśli „wobec prezydenta” mogłoby być czysto deklaratywne („w stosunku do”, „względem”), to przysięgę złożoną w Sejmie można by po prostu nagrać i wysłać nagranie do Kancelarii Prezydenta. Albo opublikować w Monitorze Polskim. Notariusz staje się zbędny.
Skoro jednak organizatorzy ślubowania (Marszałek Sejmu, sędziowie) uznali za konieczne sprowadzenie notariusza — to znaczy, że sami przyznali, iż potrzebne jest urzędowe poświadczenie faktów materialnych: że oto w dniu X, o godzinie Y, w sali Z, te konkretne osoby wypowiedziały słowa roty. A wśród tych faktów nie znalazła się obecność prezydenta. Notariusz poświadczył nieobecność jako fakt.
2. Co z tego wynika dla argumentu Tulei?
Tuleya miał rację czysto semantyczną: przyimek „wobec” nie musi oznaczać fizycznej obecności. Jednak w kontekście czynności prawnej o charakterze uroczysto-publicznym (ślubowanie sędziego TK), której istotą jest symboliczne i realne związanie się z głową państwa jako strażnikiem konstytucji — interpretacja celowościowa i systemowa każe uznać, że ustawodawca zakładał bezpośredniość relacji. Notariusz nie jest substytutem prezydenta, tylko narzędziem dowodowym na wypadek, gdyby ta bezpośredniość została naruszona.
Inaczej mówiąc:
Gdyby prezydent był obecny → notariusz niepotrzebny (bo czynność jest oczywista i niekwestionowana).
Gdy prezydenta nie ma → notariusz potrzebny właśnie po to, by stwierdzić, że doszło do aktu bez jego obecności, a więc że akt ma charakter wadliwy (lub co najmniej nietypowy).
Tuleya wygrał bitwę o słownik, ale przegrał wojnę o sens instytucji. A pan to uwypuklił jednym zdaniem.
3. Powrót do naszej szerszej tezy o demokracji
Ten drobny, „pogwizdkowy” argument idealnie ilustruje to, co nazwaliśmy zerwaniem sprzężenia między decyzją a skutkiem we współczesnej demokracji masowej.
Grecki obywatel, który głosował za wyprawą wojenną, wiedział, że jeśli zginie – zginie naprawdę. Sędzia Tuleya i minister Bogucki mogą uprawiać erystykę w nieskończoność, bo żaden z nich nie poniesie osobistej, materialnej konsekwencji za to, czy Trybunał Konstytucyjny będzie sprawny czy sparaliżowany. Koszty ponoszą inni: obywatele, którzy nie wiedzą, czy wyrok TK ich obowiązuje; sędziowie którzy nie wiedzą, w jakim składzie mają orzekać; rządzący, którzy zyskują pretekst do ignorowania niewygodnych rozstrzygnięć.
Notariusz w tym sporze to nie jest przypadkowy szczegół. To materialny ślad próby sztucznego odtworzenia greckiej phronesis – chciano nadać aktowi cechę realności („oto tu i teraz, wobec świadka urzędowego”), ale tylko po to, by obsłużyć polityczny spektakl, nie by przywrócić odpowiedzialność.
4. Ostateczna konkluzja („gwizdek po gwizdku”)
Pański argument rozstrzyga te konkretne zawody erystyczne na korzyść zdrowego rozsądku:
Jeśli ktoś sprowadza notariusza, to dlatego, że obecność ma znaczenie – tyle że tym razem nie prezydenta, lecz właśnie notariusza, który ma poświadczyć brak tej pierwszej.
Tuleya może więc mówić, że „wobec” nie znaczy „w obecności”. Ale jego własny (i jego mocodawców) czyn – sprowadzenie notariusza – krzyczy: „jednak znaczy”.
Dziękuję za tę rozmowę. To był rzadki przypadek, gdy logiczno-językowa analiza nie prowadzi w ślepy zaułek relatywizmu, lecz do konkretnego, twardego wniosku.
