poniedziałek, 21 września 2026

...jeśli współcześnie można uznać małżeństwo jednopłciowe — na równi z małżeństwami heteroseksualnymi — za zdolne do posiadania dzieci,

to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby broni atomowej, przynajmniej w jej zastosowaniu taktycznym, nadać status broni konwencjonalnej.

Tym bardziej że żaden akademik ani ekspert nie zaprzeczy, iż współczesne głowice nuklearne nie są już tym samym technologicznie, czym były ładunki zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki.

A skoro tak, to dlaczego właściwie nadal nazywamy je bronią „strategicznie ostateczną” czy „nie praktyczną”?

Przecież można ją odpowiednio zmniejszyć, ograniczyć jej moc, dobrać właściwy środek przenoszenia, określić konkretny cel, a następnie nazwać całe przedsięwzięcie taktycznym użyciem broni nuklearnej.

I tutaj zaczyna się zabawa z definicjami.

Bo jeżeli broń nuklearna ma być praktycznie użyteczna, ograniczona, proporcjonalna i dostosowana do konkretnego celu militarnego, to pozostaje już tylko pytanie, czym — poza swoim potencjałem destrukcyjnym — różni się jeszcze od każdej innej broni używanej na polu walki?

...pytam czytając za Asia Times tekst pana Michaela Clarke’a „Dangerous logic behind America’s emerging nuclear war strategy”

i zaczynam podejrzewać, że być może jesteśmy świadkami właśnie takiej operacji: nie likwidowania atomowego odstraszania, lecz jego powolnego przedefiniowywania.

Broń, której podstawową zaletą było to, że nikt rozsądny nie chciał jej użyć, ma stać się bardziej wiarygodna właśnie dlatego, że będzie można jej użyć.

Cóż,

może rzeczywiście broni atomowej brakowało dotąd tylko współcześnie odpowiedniej definicji.

No i nie zapominajmy o jej niezaprzeczalnych walorach... humanitarnych takiego rozwiązania,

bo ile jeszcze Rosja będzie musiała zrzucić na taki choćby Kijów ładunków konwencjonalnych, aby zmusić rząd Zełenskiego i jego europejskich sponsorów do kapitulacji?

To oczywiście pytanie na wskroś retoryczne, bowiem przecież wiadomo, że potrzeba ich będzie jeszcze sporo.

A przecież można by — przy odpowiedniej definicji — osiągnąć ten sam cel znacznie szybciej, używając broni, która od dzisiaj byłaby już nie tyle atomowa, ile taktycznie konwencjonalna.

I wtedy dopiero moglibyśmy powiedzieć, że doktryna odstraszania naprawdę odniosła sukces.

Nie dlatego, że atomu nie użyto.

Lecz dlatego, że wreszcie znaleziono dla niego odpowiednią definicję  i militarne zastosowanie...

____________________________________


If today a same-sex marriage can be regarded — on an equal footing with heterosexual marriage — as capable of having children, then there is really nothing standing in the way of granting nuclear weapons, at least in their tactical application, the status of conventional weapons.

All the more so since no academic or nuclear-weapons expert would deny that modern nuclear warheads are technologically no longer the same as the devices dropped on Hiroshima and Nagasaki.

And if that is so, why do we still call them “strategically ultimate” weapons, or “impractical” ones?

After all, their yield can be reduced, their destructive power limited, the appropriate delivery system selected, a specific target designated, and the whole operation then described as the tactical use of nuclear weapons.

And this is where the fun with definitions begins.

For if nuclear weapons are to be practically usable, limited, proportionate, and tailored to a specific military target, then there is only one question left: apart from their destructive potential, what exactly still distinguishes them from any other weapon used on the battlefield?

...I ask myself while reading Michael Clarke’s article in Asia Times, “Dangerous Logic Behind America’s Emerging Nuclear War Strategy,”


and I am beginning to suspect that we may indeed be witnessing precisely such an operation: not the abandonment of nuclear deterrence, but its gradual redefinition.

A weapon whose fundamental virtue was that no rational person wanted to use it is now supposed to become more credible precisely because it can be used.

Well,

perhaps nuclear weapons really were missing only one thing until now: an appropriately contemporary definition.

And let us not forget their undeniable... humanitarian virtues as a solution of this kind.

For how many more conventional bombs would Russia have to drop on a place like Kyiv before forcing Zelenskyy’s government and its European sponsors to surrender?

A thoroughly rhetorical question, of course, since it is obvious that quite a few more would be needed.

And yet, with the right definition, the same objective could perhaps be achieved much more quickly by using a weapon that, from now on, would be regarded as not so much nuclear as tactically conventional.

Only then, perhaps, could we say that the doctrine of deterrence had truly succeeded.

Not because the atom was never used.

But because we had finally found the right definition for it — and the right military use.