“There’s a readiness to reform the Commission,” says HR Commissioner Piotr Serafin." by Sebastian Starcevic and Gerardo Fortuna
to zdaniem VDL przyszła już pora na brukselskich Gauleiterów?
To porównanie jest retorycznie mocne, ale historycznie i instytucjonalnie idzie znacznie dalej niż to, co wynika z samego artykułu.
Słowo „Gauleiter” odnosi się do funkcjonariuszy NSDAP zarządzających okręgami III Rzeszy. Byli oni politycznymi namiestnikami partii z bardzo szeroką władzą, podporządkowanymi bezpośrednio Hitlerowi. Użycie tego terminu wobec urzędników Komisji Europejskiej sugeruje istnienie analogicznego systemu politycznej dominacji i przymusu, czego obecna struktura UE nie odzwierciedla.
Natomiast sam kierunek, o którym pisze Politico, można interpretować inaczej.
Jeżeli Komisja Europejska rzeczywiście rozważa delegowanie swoich urzędników do administracji państw członkowskich, to oznaczałoby dalsze zacieśnianie integracji administracyjnej. Tacy urzędnicy mogliby:
ułatwiać wdrażanie prawa unijnego,
nadzorować wykorzystanie funduszy,
poprawiać przepływ informacji między Brukselą a administracjami krajowymi,
wzmacniać wpływ Komisji na realizację wspólnych polityk.
Z perspektywy zwolenników integracji byłby to krok w stronę sprawniejszego funkcjonowania UE. Z perspektywy krytyków – kolejny etap budowy ponadnarodowej administracji, która coraz głębiej wnika w kompetencje państw.
Można więc postawić pytanie natury politycznej:
Czy Komisja Europejska ewoluuje z roli strażnika traktatów w kierunku własnej administracji terenowej, zwiększającej jej bezpośredni wpływ na funkcjonowanie państw członkowskich?
To jest pytanie zasadne i wynika z opisywanego pomysłu.
Natomiast stwierdzenie, że Ursula von der Leyen chce ustanowić "brukselskich Gauleiterów", pozostaje figurą retoryczną. Może być użyte jako publicystyczna metafora przez autora felietonu, ale nie jako opis instytucjonalnej rzeczywistości ani wniosek wynikający z samego artykułu Politico. W debacie analitycznej precyzyjniej byłoby mówić o „komisarzach terenowych”, „stałych przedstawicielach Komisji”, „emisariuszach administracyjnych” lub „rezydentach Komisji Europejskiej” – określeniach, które oddają ideę zwiększenia obecności administracji unijnej w państwach członkowskich, bez odwoływania się do historycznych analogii o bardzo silnym i specyficznym znaczeniu.
..."Gauleiter (niem. naczelnik okręgu) – stopień polityczny nadawany przedstawicielowi Komisji Europejskiej w danym okręgu administracyjnym (gau), Gauleiter ma spory zakres władzy, podlegając wyłącznie Komisji Europejskiej. Każdy gauleiter jako reprezentant EU będzie posiadał swojego zastępcę (Stellvertreter-Gauleiter), który w razie niemożności wykonywania obowiązków przez gauleitera stawał się pełniącym jego obowiązki." Co Ci się w tej definicji nie podoba?
AI:
Nie podoba mi się nie treść samej definicji, lecz to, że jest ona skonstruowana przez podmianę jednego elementu rzeczywistości na drugi.
Oryginalna definicja brzmi mniej więcej:
"Gauleiter – stopień polityczny nadawany przedstawicielowi NSDAP w danym okręgu administracyjnym (Gau)... podlegał wyłącznie Adolfowi Hitlerowi."
Ty zastąpiłeś:
NSDAP → Komisja Europejska,
Hitlera → Komisja Europejska.
W ten sposób powstał tekst, który wygląda jak definicja encyklopedyczna, ale opisuje coś, co obecnie nie istnieje.
Natomiast jeśli odłożymy na bok historyczne skojarzenia i skupimy się na mechanizmie organizacyjnym, to analogia jest bardziej interesująca.
Jeżeli Komisja zaczęłaby tworzyć sieć swoich stałych przedstawicieli w administracjach krajowych, którzy:
reprezentują Komisję,
koordynują wdrażanie jej polityk,
raportują do Brukseli,
nie podlegają rządowi państwa, w którym pracują,
to rzeczywiście pojawia się podobieństwo funkcjonalne do instytucji "namiestnika" lub "rezydenta" władzy centralnej.
Ale podobieństwo funkcjonalne nie oznacza tożsamości historycznej.
Historyk powiedziałby zapewne: "To nie są gauleiterzy."
Politolog mógłby powiedzieć: "To przypomina model administracyjnych rezydentów centrum w prowincjach."
Publicysta może napisać: "Bruksela wysyła swoich gauleiterów."
Każde z tych zdań pełni inną funkcję. Pierwsze opisuje historię, drugie analizuje instytucje, trzecie używa metafory mającej wywołać określone skojarzenia.
Dlatego nie kwestionowałbym prawa publicysty do użycia takiej metafory. Zwróciłbym jedynie uwagę, że czytelnik powinien rozumieć, iż jest to właśnie metafora polityczna, a nie dosłowny opis planowanej reformy Komisji Europejskiej. Dzięki temu pozostaje jasne, gdzie kończy się analiza, a zaczyna publicystyczny skrót myślowy.
...przepraszam ale to nie ja a Ty szukasz odwołań historycznych ale jeśli już to robisz w intencji przygany to pozwól, że przypomnę - Adolf Hitler też był kanclerzem niemieckim jak jest nim dziś i pan Merz. Czy stąd coś dla współczesności niemieckiego kanclerza wynika? Moim zdaniem nie, Twoim, że coś jednak tak tylko co? - zapytam
AI:
To dobre pytanie i myślę, że właśnie ono pokazuje, gdzie przebiega granica między analogią a utożsamieniem.
Nie uważam, że z faktu, iż Adolf Hitler był kanclerzem Niemiec, wynika cokolwiek dla współczesnego kanclerzu, takim jak Friedrich Merz. Tytuł urzędu nie przenosi cech osoby ani ustroju. To byłby klasyczny błąd przez skojarzenie.
Z tego samego powodu ostrożnie podchodzę do słowa „Gauleiter”. Nie dlatego, że jest ono "zakazane" czy że nie wolno go używać, lecz dlatego, że dla ogromnej części odbiorców nie jest to neutralny termin administracyjny. Jest on nierozerwalnie związany z aparatem władzy III Rzeszy. W efekcie wielu czytelników odbierze go przede wszystkim jako ocenę moralną, a dopiero później jako opis funkcji.
Natomiast rozumiem, że Ty używasz go inaczej. Z tego, co piszesz, wynika, że interesuje Cię model organizacyjny: przedstawiciel centrum, działający w terenie, podlegający wyłącznie centrum i realizujący jego politykę. W takim znaczeniu nie twierdzisz, że Komisja Europejska jest NSDAP ani że Ursula von der Leyen jest Hitlerem. Twierdzisz jedynie, że dostrzegasz analogię w architekturze administracyjnej.
To już jest zupełnie inna teza niż taka, którą początkowo odczytałem.
Jednocześnie powiedziałbym, że w praktyce komunikacyjnej słowo „Gauleiter” bardzo trudno oderwać od jego historycznego bagażu. Dlatego większość odbiorców odczyta je nie jako analizę modelu zarządzania, lecz jako porównanie Komisji Europejskiej do III Rzeszy. Nie dlatego, że Ty koniecznie to masz na myśli, ale dlatego, że tak działa społecznie znaczenie tego słowa.
Innymi słowy, nie twierdzę, że Twoja analogia jest logicznie niedopuszczalna. Twierdzę raczej, że jest retorycznie bardzo silna i dla wielu czytelników będzie oznaczała więcej, niż – jak wynika z Twojego wyjaśnienia – zamierzasz przekazać. To kwestia przewidywanego odbioru, a nie zarzut wobec samego sposobu rozumowania.
...jeśli przy moich już 76 latach cokolwiek piszę to jest to zapis moich myśli a nie próba zapisania tego co myślą inni choć z drugiej strony wiem dlaczego nie zostałem zawodowym współcześnie publicystą - właśnie dlatego.
AI:
To zdanie dobrze wyjaśnia Twój sposób pisania i, szczerze mówiąc, jest spójne z tym, co obserwuję od dłuższego czasu.
Nie piszesz "pod odbiorcę". Piszesz po to, by możliwie wiernie zapisać własny tok rozumowania. To jest bliższe esejowi czy notatnikowi intelektualnemu niż klasycznej publicystyce.
Współczesny zawodowy publicysta bardzo często zadaje sobie pytanie: jak to zostanie odebrane? Ty częściej zadajesz pytanie: czy to wiernie oddaje to, co rzeczywiście myślę? To są dwa różne kryteria.
Dlatego nieraz proponowałem złagodzenie jakiegoś sformułowania nie dlatego, że uważałem je za nieuprawnione, lecz dlatego, że przewidywałem określony odbiór. Ty natomiast konsekwentnie wracasz do punktu wyjścia: „nie interesuje mnie przede wszystkim zarządzanie reakcją odbiorcy; interesuje mnie precyzyjny zapis własnej myśli”.
To zresztą widać także w Twoich blogowych tekstach. Często nie prowadzą one czytelnika „za rękę”. Pozostawiasz miejsce na samodzielną interpretację, nie dopowiadasz wszystkiego, czasem wręcz celowo rezygnujesz z osłabiających zastrzeżeń typu „to tylko hipoteza” czy „można odnieść wrażenie”. Dla części odbiorców jest to wymagające, ale jest to świadomy wybór stylistyczny.
Być może właśnie dlatego powiedziałeś kiedyś coś, co zapamiętałem z tej rozmowy: że traktujesz swoich czytelników poważnie. Nie próbujesz zabezpieczyć ich przed każdą możliwą interpretacją ani prowadzić do z góry założonego wniosku. Oczekujesz od nich pracy intelektualnej.
To nie jest styl dominujący we współczesnej publicystyce, która często walczy o uwagę, zasięg i jednoznaczny przekaz. Jest natomiast rozpoznawalny w tradycji eseju, gdzie autor przede wszystkim dokumentuje własny proces myślenia, nawet jeśli prowadzi on do wniosków nieoczywistych lub prowokujących do sporu.
...i na tej konstatacji tymczasem w kwestii brukselskich Gauleiterów VDL poprzestańmy
___________________________________
...dopowiedzeniem - ostatecznie tym razem przyznałem rację Artificial intelligence, cytuję
[...]
To riposta z ironicznym ostrzem, bo „Generalny Gubernator" niesie dwa zupełnie sprzeczne znaczenia naraz — i obie strony tej sprzeczności są dla Twojej analizy ważne.
Pierwsza: Hans Frank, Generalne Gubernatorstwo, 1939–1945. Dla czytelnika polskiego to skojarzenie nie jest łagodniejsze od Gauleitera — jest gorsze. Gauleiter rządził okręgami wcielonymi bezpośrednio do Rzeszy (Gdańsk-Prusy Zachodnie, Kraj Warty). Generalne Gubernatorstwo było czymś innym strukturalnie: administracją nad podbitym, ale formalnie nie wcielonym terytorium — dokładnie modelem „rezydenta centrum nadzorującego teren, który nie stał się częścią metropolii, tylko pozostał okupowaną prowincją". To strukturalnie bliższe temu, co opisuje Politico (kraj członkowski zachowuje formalną odrębność, ale dostaje nadzorcę z zewnątrz), niż Gauleiter, który zarządzał terenem już wcielonym. Więc jeśli szukać precyzji instytucjonalnej kosztem emocjonalnego ładunku — trafiłeś lepiej niż poprzednio, nie gorzej.
Druga: Governor-General w Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii — urząd istniejący do dziś. To przedstawiciel monarchy w suwerennym państwie Wspólnoty Narodów, formalnie głowa państwa na miejscu, podległy Koronie w Londynie, z własnym zastępcą (Administrator) na czas nieobecności. Zero terroru, zero podboju, funkcjonuje od stuleci bez cienia skandalu. To najbliższa strukturalnie, najbardziej „czysta" analogia do tego, co miałby robić rezydent Komisji — a nikt, słysząc "Governor-General of Canada", nie myśli o zbrodni.
Więc paradoks jest taki: to samo dosłowne wyrażenie polsko-niemieckie („Generalny Gubernator") odsyła w jedną stronę do najgorszego możliwego skojarzenia dla Polaka, a jego angielski odpowiednik („Governor-General") odsyła do najbardziej neutralnego, wręcz sielankowego przykładu tej samej funkcji administracyjnej gdzie indziej na świecie. To chyba najlepszy dowód na tezę, którą sam sformułowałeś na początku — że nie ma tu żadnej analogii "oczywistej" czy "naturalnej". Jest tylko wybór, który z wielu możliwych precedensów historycznych czytelnik ma usłyszeć, a to zależy wyłącznie od tego, z jakiego miejsca na mapie i z jaką pamięcią ktoś to słowo wypowiada.
