niedziela, 16 sierpnia 2026

Garnitur, Riva i trzy emerytury Tuska

Kilka dni temu pisałem o przywileju urzędu, kapitale władzy i paradoksie równości.

Punktem wyjścia była różnica między hierarchią instytucji, która otwarcie przyznaje, że jest hierarchią, a systemem politycznym, który opiera swoją legitymizację na zasadzie równości obywateli. Nie chodziło mi przy tym o to, że demokracja jest fikcją. Chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego: o możliwość przekształcania wieloletniego uczestnictwa w polityce w status majątkowy, który pozostaje z człowiekiem także wtedy, kiedy kolejny urząd już przestaje być jego udziałem.

I oto kilka dni później pojawiła się informacja, która tę abstrakcyjną uwagę pozwala zaprezentować faktograficznie.

Z najnowszego oświadczenia majątkowego Donalda Tuska wynika, że w 2025 roku otrzymał on świadczenia emerytalne z trzech źródeł: z polskiego ZUS, z Belgii oraz z Komisji Europejskiej. 

Nie interesuje mnie tutaj wysokość tych świadczeń. 

Interesuje mnie natomiast ich pochodzenie..

Donald Tusk jest politykiem od początku swojej zawodowej drogi. Był posłem, senatorem, ministrem, premierem, przewodniczącym Rady Europejskiej i ponownie został premierem. Jego biografia jest więc w dużej mierze biografią człowieka funkcjonującego w świecie polityki.

I właśnie to jest interesujące.

Nie chodzi bowiem o to, że polityk po zakończeniu kariery może zostać przedsiębiorcą, publicystą, prawnikiem czy doradcą i dzięki zdobytej wcześniej pozycji dobrze zarabiać. To jest osobne zjawisko.

Chodzi o coś prostszego: czy wieloletnie wykonywanie zawodu polityka może samo w sobie prowadzić do radykalnej zmiany statusu majątkowego człowieka, który ten zawód wykonuje?

W dawnym systemie przywilej był zazwyczaj bardziej bezpośrednio związany z funkcją.

Przypomniała mi się przy tej okazji Riva Józefa Cyrankiewicza. Luksusowa motorówka pozostająca w dyspozycji premiera była niewątpliwie symbolem przywileju władzy. Ale była to właśnie własność związana z urzędem. Nie stawała się prywatnym majątkiem człowieka tylko dlatego, że przez pewien czas był premierem.

Urząd dawał dostęp do dobra.

Urząd się kończył — kończył się również przywilej.

Współczesny system może działać inaczej.

Kolejne funkcje publiczne mogą pozostawiać po sobie prawa, świadczenia i zabezpieczenia, które nie kończą się wraz z funkcją. W ten sposób przywilej urzędu może stopniowo przekształcać się w kapitał pozostający przy człowieku po opuszczeniu urzędu.

I nie trzeba w tym miejscu żadnej moralnej oceny.

To nie jest opowieść o tym, że ktoś coś ukradł.

Nie jest to nawet opowieść o tym, że ktoś postąpił niewłaściwie.

To opowieść o konstrukcji systemu.

Demokracja mówi: wszyscy obywatele są równi.

Ale nie wszyscy obywatele mają jednakową możliwość przejścia przez życie zawodowe, kumulując przy kolejnych funkcjach politycznych prawa i świadczenia wynikające z tych funkcji.

Być może właśnie tutaj znajduje się jeden z paradoksów współczesnej demokracji.

Najbardziej hierarchiczne instytucje nie muszą ukrywać swojej hierarchii. Kościół mówi wprost: istnieje hierarchia, istnieją urzędy, istnieją związane z nimi obowiązki i przywileje.

Demokracja mówi: wszyscy jesteśmy równi.

A jednak jej system polityczny również może wytwarzać ludzi, których status pod koniec zawodowej drogi jest radykalnie odmienny od statusu, z którym tę drogę rozpoczynali.

I wtedy wraca do mnie jeszcze jedno wspomnienie.

W 2014 roku, opisując dawne sejmowe „Sherwood” Mirosława Drzewieckiego, zanotowałem:

„W Sherwoodzie przez lata ubierał się sam Tusk.”

Drzewiecki, który był jednocześnie politykiem, skarbnikiem i — jak wtedy żartobliwie pisałem — krawcem i sponsorem, miał w swoim sejmowym pokoju stertę koszul i marynarek. Garnitur kosztujący w pobliskim salonie Bossa trzy tysiące złotych można było u niego kupić za niecałą połowę tej ceny.

To była drobna rzecz.

Garnitur.

Koszula.

Sejmowy pokój.

Dwanaście lat później pojawia się inny obraz.

Nie garnitur za pół ceny, lecz trzy świadczenia emerytalne.

Oczywiście nie ma między tymi faktami żadnego prostego związku.

Jest natomiast coś, co łączy je na poziomie obserwacji.

Polityka może zaczynać się od urzędu, a kończyć statusem, który daleko wykracza poza sam urząd.

I właśnie o tym pisałem kilka dni temu.

Nie o przestępstwie.

Nie o nadużyciu.

Nie o nieuczciwości.

O przemianie przywileju funkcji w trwały kapitał.

A pytanie, które z tego wynika, jest chyba prostsze od całej reszty:

Czy w systemie, który opiera swoją legitymizację na równości, powinniśmy równie uważnie przyglądać się nie tylko temu, kto sprawuje władzę, ale także temu, co pozostaje człowiekowi po jej sprawowaniu?

I może dlatego, przypominając sobie po latach tamten sejmowy Sherwood, pomyślałem tylko:

To chyba w końcu Tusk garnitury kupuje w normalnej cenie?

______________________________________________


The Privilege of Office, the Capital of Power, and the Paradox of Equality

A few days ago, I wrote about the privilege of office, the capital of power, and the paradox of equality.

My starting point was the difference between a hierarchy that openly acknowledges itself as a hierarchy and a political system whose legitimacy rests on the principle of equality among citizens. I was not suggesting that democracy is a fiction. I was concerned with something much more mundane: the possibility that years spent in politics can be transformed into a material status that remains with a person even after the office itself has been left behind.

And now, only a few days later, a piece of information has appeared that allows that abstract observation to be presented as a matter of fact.

According to Donald Tusk’s latest financial disclosure, in 2025 he received pension benefits from three sources: Poland’s Social Insurance Institution, Belgium, and the European Commission.

I am not interested here in the amount of those benefits. I am interested, rather, in where they come from.

Donald Tusk has been a politician from the beginning of his professional life. He has been a member of parliament and senator, a minister, prime minister, President of the European Council, and has once again become prime minister. His biography is therefore, to a large extent, the biography of a man whose professional life has been spent within the world of politics.

And that is precisely what is interesting.

The question is not whether a politician can become a successful entrepreneur, lawyer, consultant or commentator after leaving office, using the experience, contacts and recognition acquired during a political career. That is a separate phenomenon.

The simpler question is this:

Can a lifelong career as a professional politician, in itself, lead to a radical change in a person's material status?

In the old system, privilege was usually tied more directly to office.

I was reminded, in this context, of Józef Cyrankiewicz's Riva motorboat. The luxurious boat at the disposal of the prime minister was undoubtedly a symbol of the privileges of power. But it was precisely that: a privilege attached to office. It did not become the private property of the man simply because he happened to be prime minister.

Office provided access to a particular good.

The office ended — and so did the privilege.

The contemporary system can work differently.

Successive public offices can leave behind rights, benefits and forms of security that do not end when the office does. In this way, the privilege of office can gradually be transformed into capital that remains with the individual after the office itself has disappeared.

No moral judgement is required here.

This is not a story about crime, abuse or dishonesty.

It is a story about the structure of the system.

Democracy says: all citizens are equal.

But not all citizens have the same opportunity to move through their professional lives accumulating, through successive political offices, rights and benefits arising from those offices.

Perhaps this is one of the paradoxes of contemporary democracy.

The most hierarchical institutions do not necessarily have to conceal their hierarchy. The Catholic Church says openly: there is a hierarchy, there are offices, and there are duties and privileges associated with them.

Democracy says: we are all equal.

And yet its political system can also produce people whose status at the end of their professional lives is radically different from the status with which they began.

And then I remember one more thing.

In 2014, writing about Mirosław Drzewiecki's old parliamentary “Sherwood”, I noted:

“For years, Tusk himself dressed at Sherwood.”

Drzewiecki, who was at once a politician, party treasurer and — as I jokingly described him at the time — tailor and sponsor, kept a pile of shirts and jackets in his parliamentary office. A suit costing three thousand złoty at the nearby Bossa showroom could be bought from him for less than half that price.

It was a small thing.

A suit.

A shirt.

A parliamentary office.

Twelve years later, another picture appears.

Not a suit at half price, but three pension benefits from three different sources.

Of course, there is no simple connection between these facts.

There is, however, something that connects them at the level of observation.

Politics can begin with office and end with a status that reaches far beyond the office itself.

And that is what I was writing about a few days ago.

Not about crime.

Not about abuse.

Not about dishonesty.

But about the transformation of the privilege of office into lasting capital.

And the question that follows from this is perhaps simpler than everything else:

In a system whose legitimacy rests on equality, should we look just as carefully not only at who exercises power, but also at what remains with a person after exercising it?

And perhaps that is why, remembering that parliamentary Sherwood after all these years, I found myself thinking:

So I suppose Tusk can finally afford to buy his suits at full price?