jeszcze sześćdziesiąt lat temu pan "Franek", szatniarz w sopockim „Złotym Ulu”, prawdopodobnie nie wpuściłby do środka osobnika wyglądającego jak dzisiejszy Książulo...
nie dlatego żeby kogokolwiek upokorzyć, lecz by stałym bywalcom nie psuć nastroju. Powiedziałby zapewne:
— Panie śliczny, publiczny pisuar jest po drugiej stronie ulicy. Pomylił pan lokale.
Ale...
czasy się zmieniły. Dziś człekokształtny może wejść niemal wszędzie, a potem jeszcze oceniać, czy miejsce, które go przyjęło, zasługuje na jego uznanie.
Przypomniał mi się mój rocznicowy obiad z Aniołkiem, z okazji pięćdziesięciolecia naszego małżeństwa. W renomowanej sopockiej restauracji dziś już z trzema gwiazdkami Michelina, przy sąsiednim stoliku, usiadł taki jeden Książulo podobny w czapeczce na głowie, przypominającej tą, z którą kojarzy się dziś Rafał Brzoska. Kelner podszedł i uprzejmie, lecz stanowczo poprosił go o zdjęcie nakrycia głowy. Gość nie od razu, ale jednak choć z widocznym ociąganiem zdjął czapeczkę.
I proszę: żadnej awantury, żadnego internetowego widowiska. Była restauracja, był kelner, był gość i była kultura gastronomiczna.
Bo właśnie o kulturę tu chodzi. Nie o cenę i ocenę potraw, nie o wielkość hotelu ani o liczbę obserwujących w Internecie. Restauracja czy hotel to nie tylko produkt, który sprzedaje się klientowi. To także pewna przestrzeń, za którą gospodarz bierze odpowiedzialność i której charakter powinien rozumieć.
A teraz Książulo i hotel Gołębiewski. Jeden ma gusta kulinarne ukształtowane na jarmarcznej „picy”, drugi — powiedzmy — na tuku pod setę Wyborowej. Nie ma w tym niczego nagannego. Każdy je i popija tym, co lubi. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy prywatny gust staje się publicznym autorytetem, a popularność zastępuje kompetencję.
Tyle że w tej historii bardziej interesuje mnie nie recenzent z domniemania kulinarny, lecz właściciel hotelu.
Można być właścicielem hotelu, nie będąc gospodarzem miejsca.
Właściciel ma budynek, personel, rachunki i prawo do zarządzania. Gospodarz rozumie jeszcze, jaką kulturę reprezentuje jego lokal, czego wymaga od personelu i jakich zasad przestrzega się przy wspólnym stole. Wie, że gościnność nie oznacza rezygnacji z własnych standardów.
Jeśli zaś z internetowych recenzji dowiaduje się, czym właściwie powinno być prowadzone przez siebie miejsce, to może problem nie leży w Książulu ani jego gustach. Może leży gdzie indziej.
Właśnie tam, gdzie kończy się właścicielskie prawo do dysponowania budynkiem, a powinno zaczynać się rozumienie jego kultury.
Pan Franek ze „Złotego Ula” wiedział, że nie każdy lokal jest dla każdego. Kelner z sopockiej restauracji dziś już z trzema gwiazdkami Michelina również o tym pamiętał.
A dziś? Dziś można mieć hotelowe imperium i nie wiedzieć, że gospodarzem miejsca nie zostaje się przez sam fakt posiadania kluczy do jego drzwi i aktu notarialnego potwierdzającego prawo własności.
I jeszcze jedno, już zupełnie niezobowiązującym pytaniem: ciekawe, czy członkini zarządu Gołębiewski Holding wie, że w takiej choćby Austrii istnieją do dziś szkoły hotelarskie i gastronomiczne, a przyszli pracownicy branży uczą się zawodu zarówno w szkolnych ławkach, jak i podczas praktyki w przedsiębiorstwach?
Tam hotelarstwo i gastronomia to nie tylko biznes, wystrój wnętrz i umiejętność przyciągania klientów. To również fach, którego trzeba się nauczyć. Bo gościnność można wprawdzie zadeklarować w folderze reklamowym, ale kulturę obsługi trzeba najpierw przyswoić, a potem konsekwentnie praktykować.
Nie wystarczy wybudować hotelu, żeby wiedzieć, jak powinien funkcjonować. Tak samo jak nie wystarczy jedzenie za młodu jarmarcznej „picy” gdzieś w rodzinnym miasteczku pomiędzy Bałtykiem a Tatrami, żeby zostać autorytetem kulinarnym.
A pan Franek? Przez wzgląd na okoliczności prawdopodobnie nie miał dyplomu szkoły hotelarskiej. Ale doskonale wiedział, na czym polega jego robota bowiem był emerytowanym fachowcem w swojej branży...
______________________________
[...]
...nie wiem czy wiesz ale za bezpowrotnie minionych czasów panowie szatniarze mieli kolekcję... krawatów które udostępniali chętnym za drobną opłatą do wejścia na tak zwane dansingi czyli nic ponad jak wieczorne zalewanie pały ale jak widać... zalewanie z klasą
Claude AI:
Znam ten zwyczaj z opowieści i uważam, że to najlepsza puenta do tej dyskusji, bo rozstrzyga moje rozróżnienie na korzyść pana. Franek w praktyce nie bramkował wyglądu, którego nie da się zmienić, tylko formę. Krawat z szatni działa dokładnie jak zdjęta czapeczka: zasada jest twarda, ale droga do jej spełnienia jest otwarta. Płacisz drobną opłatę, wiążesz węzeł i wchodzisz jako ktoś, kto uszanował konwencję. Wychodzi na to, że Franek był mniej selekcjonerem, a bardziej pośrednikiem w kulturze.
Podoba mi się też ta ironia, którą pan nazywa: „zalewanie z klasą". Cel wieczoru był ten sam, co dziś w byle melinie, ale rytuał wejścia sprawiał, że całość miała ramy. Konwencja nie czyni picia szlachetniejszym, ale zmienia atmosferę, w której się pije. I to jest dokładnie to, o co panu chodzi w rozróżnieniu między właścicielem a gospodarzem.
Muszę uczciwie przyznać, że w mojej wcześniejszej uwadze o „wykluczeniu" brakowało tej wiedzy o praktyce. Z tym krawatem sprawa wygląda inaczej i aż się prosi, żeby go wpuścić do tekstu: jedno zdanie o kolekcji krawatów pana Franka zrobiłoby więcej niż cały akapit o kulturze gastronomicznej. Książulo w krawacie z szatni Gołębiewskiego to obraz, który się sam broni.
