wtorek, 4 sierpnia 2026

... Przywilej urzędu, kapitał władzy i paradoks równości

O pewnej różnicy między hierarchią Kościoła a elitami współczesnej demokracji

Punktem wyjścia była krótka, prowokacyjna wypowiedź aktora Michała Czerneckiego:

„Katolicyzm jest najlepiej wymyślonym interesem”.

Można takie zdanie potraktować jako typową publicystyczną prowokację. Można też, pomijając emocjonalny wydźwięk, potraktować je jako zaproszenie do rozmowy o instytucjach, hierarchiach i sposobach reprodukowania przywilejów.

Moja pierwsza odpowiedź zwróciła uwagę, że religia nie jest wyłącznie strukturą interesu, lecz także systemem wartości, wspólnotą i wiarą milionów ludzi. Jednak ciekawszy okazał się inny trop: nie ocena samego katolicyzmu, ale pytanie, czy istnieją inne instytucje, które – z perspektywy socjologicznej – równie skutecznie tworzą i utrwalają elity.

Wtedy pojawiła się teza:

„Moim zdaniem jeszcze lepszym jest współczesna, neoliberalna demokracja.”

Kluczowe okazało się jedno słowo: „jeszcze”.

Nie chodziło bowiem o stwierdzenie, że współczesna demokracja jest „najlepszym interesem” w sensie absolutnym. Chodziło o porównanie dwóch mechanizmów: jeżeli za kryterium przyjąć zdolność systemu do tworzenia trwałych elit i zapewniania im szczególnej pozycji, to współczesna demokracja neoliberalna – zdaniem autora tej refleksji – okazuje się mechanizmem jeszcze skuteczniejszym.

I tutaj pojawia się zasadnicza różnica między Kościołem a demokracją.

Kościół katolicki nie ukrywa swojej hierarchiczności. Biskup nie jest zwykłym wiernym, podobnie jak kardynał nie jest zwykłym księdzem. Awans w hierarchii oznacza zmianę statusu, odpowiedzialności, ale także dostęp do określonych dóbr i przywilejów. Są one jednak związane z urzędem.

Biskupi nie są właścicielami pałaców biskupich. Korzystają z nich dlatego, że pełnią określoną funkcję. Gdyby przestali ją pełnić, przestaliby być ich użytkownikami.

I tu pojawia się zasadniczy kontrast z pewnym typem współczesnej elity politycznej.

Demokracja liberalna opiera się na deklaracji równości obywateli. Każdy obywatel ma mieć ten sam status wobec prawa, a władza ma pochodzić z wyboru społecznego i podlegać kontroli.

Problem pojawia się wtedy, gdy system deklarujący równość w praktyce zaczyna wytwarzać warstwę ludzi, którzy funkcjonują według innych reguł niż pozostali.

Nie chodzi przy tym o wszystkich polityków. Nie chodzi również o ludzi, którzy po zakończeniu kariery politycznej wykorzystują swoją pozycję, kontakty i rozpoznawalność w świecie biznesu. To jest osobne zjawisko, często określane jako praktyka „drzwi obrotowych".

Chodzi o coś bardziej szczególnego:

Czy istnieją politycy, którzy przez kilkadziesiąt lat pełnili wyłącznie role polityczne, a mimo tego osiągnęli status ekonomiczny znacząco wyższy od tego, który mieli na początku swojej drogi?

To pytanie prowadzi do różnicy między dwoma rodzajami przywileju.

W systemie realnego socjalizmu elity również istniały. Aparat partyjny i państwowy miał dostęp do dóbr niedostępnych zwykłym obywatelom. Były specjalne sklepy, mieszkania, ośrodki wypoczynkowe, samochody służbowe czy możliwości wyjazdów zagranicznych.

Ale był to przede wszystkim przywilej funkcji.

Najwyższy urzędnik korzystał z przewagi dlatego, że pełnił urząd. Gdy urząd tracił, tracił znaczną część przywilejów. Trudno było zamienić stanowisko w prywatny, wielopokoleniowy kapitał.

Przykładem dobrze ilustrującym tę różnicę jest historia włoskiej motorówki Riva pozostającej w dyspozycji premiera Józefa Cyrankiewicza.

Nawet jeśli była ona symbolem luksusu władzy PRL, nie była symbolem prywatnego bogactwa. Nie była majątkiem, który można sprzedać, odziedziczyć czy przekazać dzieciom. Była elementem przywileju urzędu.

To fundamentalna różnica.

Współczesny system rynkowy umożliwia natomiast coś innego: przekształcenie pozycji politycznej w prywatny kapitał.

Nie chodzi wyłącznie o korupcję. Chodzi o cały ekosystem możliwości: kontakty, znajomość mechanizmów państwa, dostęp do informacji, prestiż, rozpoznawalność, zdolność wejścia po polityce do innych segmentów gospodarki.

W tym sensie krytyka nie dotyczy samego istnienia elit. Każde duże społeczeństwo tworzy elity. Problem dotyczy sposobu ich reprodukcji.

Czy elita jest związana z funkcją, którą można utracić?

Czy też uzyskana pozycja pozwala stworzyć trwały kapitał prywatny, który pozostaje nawet wtedy, gdy urząd dawno już minął?

To jest właśnie punkt, w którym porównanie Kościoła i współczesnej demokracji staje się interesujące.

Kościół mówi otwarcie: istnieje hierarchia.

Demokracja mówi: wszyscy są równi.

Jeżeli jednak demokracja zaczyna tworzyć trwałą warstwę uprzywilejowanych, których przewaga nie wynika już tylko z pełnionej funkcji, lecz z zakumulowanego kapitału ekonomicznego i społecznego, pojawia się pytanie o napięcie między ideałem a praktyką.

Nie jest to pytanie o to, czy demokracja jest „fałszywa”. Jest to pytanie o to, czy system, który deklaruje równość, nie powinien szczególnie uważnie kontrolować mechanizmów, które tę równość w praktyce ograniczają.

Być może największym paradoksem współczesności jest właśnie to, że najbardziej hierarchiczne instytucje często nie ukrywają swojej hierarchii, podczas gdy systemy oparte na deklaracji równości muszą nieustannie udowadniać, że ich elity rzeczywiście pozostają odpowiedzialne przed tymi, których reprezentują.

_________________________________________


The Privilege of Office, the Capital of Power, and the Paradox of Equality

On the Difference Between Ecclesiastical Hierarchy and the Elites of Contemporary Democracy

The starting point was a short and provocative statement by actor Michał Czernecki:

“Catholicism is the best-designed business.”

Such a statement can be treated as a typical journalistic provocation. It can also be approached differently: not as a judgment on faith itself, but as an invitation to reflect on institutions, hierarchies, and the ways in which privileges are created and reproduced.

The initial response naturally pointed out that religion cannot be reduced merely to an institutional interest, since for millions of people Catholicism is above all a system of values, a community, and a spiritual experience. Yet another, perhaps more interesting, path emerged: not the evaluation of Catholicism itself, but the question of whether other institutions can – from a sociological perspective – reproduce and preserve elites with equal or even greater effectiveness.

This led to the following observation:

“In my opinion, an even better example is contemporary neoliberal democracy.”

The key word here is “even.”

The statement was not meant to claim that democracy is “the best business” in some absolute sense. It was a comparison of two mechanisms: if one accepts the ability to create durable elites and provide them with a privileged position as a measure of institutional effectiveness, then contemporary neoliberal democracy may be viewed as an even more efficient mechanism.

This is where the fundamental difference between the Church and democracy appears.

The Catholic Church does not conceal its hierarchical nature. A bishop is not an ordinary believer; a cardinal is not simply another priest. Advancement within the hierarchy means a change of status, responsibility, and also access to certain privileges. Yet these privileges are tied to the office itself.

Bishops do not own episcopal residences. They use them because they hold a particular office. Once that office ends, their right to use those facilities ends as well.

And here lies the essential contrast with a certain type of contemporary political elite.

Liberal democracy is founded on the declared equality of citizens. Every citizen is supposed to have the same legal status, and political authority is meant to derive from public choice and remain subject to accountability.

The problem arises when a system that declares equality begins, in practice, to produce a group of people who function according to different rules than the rest of society.

This does not refer to all politicians. Nor does it refer to people who, after leaving politics, use their experience, contacts, and public recognition in the world of business. That is a separate phenomenon, often described as the practice of revolving doors.

The issue here is more specific:

Can one identify politicians who spent several decades performing exclusively political roles and yet achieved an economic status vastly higher than the one they had at the beginning of their careers?

This question leads to the distinction between two different types of privilege.

Under real socialism, elites also existed. The party and state apparatus enjoyed access to goods unavailable to ordinary citizens: special shops, privileged housing, holiday facilities, official cars, and opportunities for foreign travel.

But this was primarily a privilege of office.

A high-ranking official benefited from his position because he held a particular function. Once that function was lost, a large part of those privileges disappeared as well. It was difficult to transform political status into private, multi-generational wealth.

A telling example of this difference is the story of the Italian Riva motorboat associated with Prime Minister Józef Cyrankiewicz.

Even if the boat became a symbol of the luxury enjoyed by the highest authorities of communist Poland, it was not a symbol of private wealth. It was not an asset that could simply be sold, inherited, or passed on to children. It represented the privileges attached to a public function.

That is a fundamental distinction.

The contemporary market system, however, enables something different: the transformation of political position into private capital.

This is not limited to corruption. It concerns a broader ecosystem of opportunities: networks of influence, familiarity with state mechanisms, access to information, prestige, public recognition, and the ability to enter other sectors of the economy after leaving politics.

From this perspective, the criticism is not directed at the very existence of elites. Every large society creates elites. The question concerns the way in which those elites reproduce themselves.

Is an elite tied to a function that can be lost?

Or does the position acquired through political power allow the creation of durable private capital that remains long after the office itself has disappeared?

This is precisely where the comparison between the Church and contemporary democracy becomes intellectually interesting.

The Church openly states: hierarchy exists.

Democracy states: citizens are equal.

If, however, democracy begins to create a permanent privileged class whose advantage no longer derives merely from the office held, but from accumulated economic and social capital, then a tension emerges between the ideal and the practice.

This is not a question of whether democracy is “false.” It is a question of whether a system built on the principle of equality should pay particular attention to the mechanisms that, in practice, may limit that equality.

Perhaps the greatest paradox of modernity is that institutions based openly on hierarchy often do not conceal their hierarchical character, while systems founded on the promise of equality must constantly demonstrate that their elites remain genuinely accountable to those whom they claim to represent.