Niech pani nie myli wielce szanowna własnej fizjologii z gotowością Polski
Czytając: „Polska absolutnie gotowa. Tak wiceminister mówiła o wojnie”.
...pomyślałem coś wyjątkowo nieprzyzwoitego:
Myli pani wilgoć między swoimi udami z gotowością Polski.
Wiem. Ordynarne.
Ale skoro o wojnie zaczynamy mówić językiem doznań, to trudno odpowiadać na ten język sonetem.
Bo co właściwie oznacza ta słynna „absolutna gotowość Polski”?
Czy ktoś właśnie sprawdził, ile mamy amunicji?
Ile dni możemy prowadzić intensywną wojnę?
Ile mamy sprawnych szpitali?
Ilu lekarzy?
Ile paliwa?
Ile części zamiennych?
Jak długo będzie działała energetyka?
Jak wygląda mobilizacja?
Co z ochroną ludności?
Co z milionami cywilów, którzy w przypadku prawdziwej wojny nie będą oglądać jej w telewizji, tylko będą siedzieć w piwnicach i zastanawiać się, czy następna rakieta spadnie na ich blok?
Czy może odpowiedź jest znacznie prostsza:
pani wiceminister czuje się gotowa.
A skoro ona czuje się gotowa, to — zgodnie z obowiązującą obecnie nad Wisłą logiką — Polska jest gotowa.
I właśnie tutaj zaczyna się rzecz naprawdę interesująca.
Bo mam wrażenie, że współczesne polskie elity odkryły niezwykle wygodną metodę uprawiania polityki.
Własne „ja” wystarczy odpowiednio mocno wypowiedzieć, żeby stało się „Polską”.
Ja uważam — Polska uważa.
Ja chcę — Polska chce.
Ja wiem — Polska wie.
Ja czuję — Polska czuje.
Ja jestem gotowa — Polska jest absolutnie gotowa.
Proste.
Nie trzeba już argumentów.
Nie trzeba danych.
Nie trzeba odpowiedzialności.
Nie trzeba nawet szczególnie dużo wiedzieć.
Wystarczy odpowiednio dużo samozadowolenia.
To samo zjawisko można zresztą obserwować również u pana Brzoski.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby nie tylko miliarder ale i każdy obywatel bronił własnego wizerunku i wizerunku swoich bliskich. Wręcz przeciwnie, to niezbywalne, człowiecze prawo
Ale kiedy siebie i swoich bliskich zaczyna się przedstawiać jako polską rację stanu, zaczyna robić się zabawnie.
To jest właśnie ta rzecz, której nadwiślańskie elity najwyraźniej nie mogą sobie przyswoić.
Polska nie jest przedłużeniem ich osobowości.
Nie jest ich nastrojem.
Nie jest ich interesem.
Nie jest ich karierą.
Nie jest ich konferencją prasową.
Nie jest ich LinkedInem.
Nie jest nawet ich patriotycznym orgazmem.
Polska jest państwem.
A państwo, kiedy mówi o wojnie, powinno mówić językiem faktów, liczb i odpowiedzialności, a nie językiem „ja czuję, że jesteśmy gotowi”.
Bo wojna jest wyjątkowo nieczuła na ludzkie samopoczucie.
Nie pyta ministra, czy jest optymistą.
Nie pyta przedsiębiorcy, czy ma dobry plan.
Nie pyta generała, czy dobrze wypada przed kamerą.
Nie pyta premiera, czy jego sondaże są przyzwoite.
Wojna przychodzi.
I zaczyna zabijać.
Wtedy bardzo szybko okazuje się, że „gotowość” ma zupełnie inną definicję niż ta znana z telewizji.
Gotowość to nie jest dobre samopoczucie.
Gotowość to nie jest odwaga na konferencji prasowej.
Gotowość to nie jest patriotyczne wzmożenie.
Gotowość to jest między innymi możliwość powiedzenia obywatelowi:
„Wiemy, co się stanie. Wiemy, czym dysponujemy. Wiemy, czego nam brakuje. Wiemy, ilu ludzi może zginąć. I mimo to jesteśmy przygotowani.”
To jest gotowość.
Reszta to propaganda.
A propaganda ma jeszcze jedną cudowną właściwość.
Pozwala człowiekowi mówić:
„Polska jest gotowa”
zamiast znacznie uczciwszego:
„Ja uważam, że Polska jest gotowa.”
Tylko że to drugie zdanie ma pewną wadę.
Trzeba byłoby jeszcze ponosić odpowiedzialność za własną opinię.
A kiedy mówi się „Polska”, odpowiedzialność rozpływa się w narodowej mgle.
Bo przecież to już nie ja.
To Polska.
Nie mój pogląd.
Polska racja stanu.
Nie mój interes.
Interes Polski.
Nie moje poczucie bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwo Polski.
Nie moje przekonanie, że damy radę.
Polska jest absolutnie gotowa.
I tak oto z człowieka robi się państwo.
Z opinii — doktryna.
Z osobniczego interesu — racja stanu.
Z poczucia — fakt.
A z własnego ego — Rzeczpospolita.
Może więc zanim kolejny przedstawiciel elit powie nam, że Polska jest gotowa, warto poprosić go o coś bardzo prostego.
Niech najpierw powie:
„Ja jestem gotowy.”
A potem niech odpowie, na co konkretnie.
Bo jeśli chodzi o wojnę, Polska nie potrzebuje ludzi, którzy czują się gotowi.
Potrzebuje ludzi, którzy wiedzą, na co Polska jest gotowa — i potrafią za tę wiedzę odpowiadać.
A jeśli ktoś tej różnicy nie rozumie, niech przynajmniej nie mówi w imieniu Polski.
Niech mówi w swoim własnym imieniu.
To będzie uczciwsze.
I bez wątpienia mniej fizjologiczne.
[1] "Po raz pierwszy od dziesięcioleci Szwecja przećwiczyła kompleksowo działania związane z postępowaniem z ofiarami wojny – podała w poniedziałek (1 września) stacja Euronews.
W szkoleniu uczestniczyło ponad 300 wojskowych oraz przedstawiciele m.in. Kościoła Szwecji, administracji podatkowej i urzędu odpowiedzialnego za pobór do wojska.
Ćwiczono cały proces – od wydobycia i identyfikacji ciał, przez powiadamianie rodzin, ambasad państw sojuszniczych i Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, po pochówek z wojskowymi honorami..."

