poniedziałek, 7 września 2026

...panie Sikorski, hitlerowiec to nie Marsjanin jeśli czytam:

 ...panie Sikorski, hitlerowiec to nie Marsjanin jeśli czytam:

„Nasza dzisiejsza opozycja cały czas widzi w Niemcu hitlerowca; jak długo można pielęgnować rany, które zadali nam Niemcy?” — zapytał w Poznaniu minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

No właśnie, panie Ministrze. Jak długo?

Otóż proponuję zacząć od odpowiedzi banalnej: tak długo, jak długo pamiętamy, co się wydarzyło.

I od razu jedna rzecz, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie twierdzę, że współczesna Republika Federalna Niemiec jest III Rzeszą. Nie jest. Nie jest też jej kontynuacją w sensie ustrojowym, ideologicznym czy politycznym. Republika Federalna jest demokratycznym państwem prawa, opartym na zupełnie innych zasadach niż nazistowska dyktatura.

Ale, Panie Ministrze, istnieje pewna różnica między ciągłością ustroju a ciągłością państwowości — i akurat niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny przypomniał o niej wyjątkowo dobitnie.

W słynnym orzeczeniu z 1973 roku Trybunał stwierdził, że Deutsches Reich przetrwało klęskę 1945 roku, a Republika Federalna Niemiec nie jest prawnym następcą Rzeszy jako jakieś całkowicie nowe państwo, lecz pozostaje z nią — w sensie państwowej tożsamości — tożsama, choć po wojnie jej organizacja państwowa obejmowała tylko część dawnego terytorium Niemiec.

I to jest różnica, której nie wolno zgubić w felietonowej papce.

RFN nie jest III Rzeszą. Ale RFN również nie jest państwem, które w 1949 roku spadło z nieba, a wcześniejsze Niemcy należy traktować jak historię jakiegoś zupełnie obcego państwa.

Ustrój się skończył.

Państwowość — nie.

To zresztą całkiem rozsądne rozróżnienie. Państwa zmieniają konstytucje, granice, nazwy, systemy polityczne i ideologie. Mogą przejść od monarchii do republiki, od demokracji do dyktatury i z powrotem do demokracji. Nie oznacza to automatycznie, że za każdym razem rodzi się zupełnie nowe państwo.

Dlatego nie mam najmniejszego zamiaru widzieć w każdym współczesnym Niemcu Hitlera.

Ale również nie mam zamiaru udawać, że Hitler był jakimś bezpaństwowym kosmitą, który przypadkiem wylądował w Berlinie, przejął na chwilę cudze państwo, wymordował pół Europy, a następnie odleciał, pozostawiając Niemcom w spadku wyłącznie niezręczne wspomnienie.

Nie panie Sikorski, Hitler nie przyleciał jak byście chcieli do Polski z Marsa.

Był niemieckim politykiem. III Rzesza była niemieckim państwem. Wehrmacht był niemiecką armią. Niemieckie państwo prowadziło przeciwko Polsce wojnę i niemieckie państwo ponosi za nią odpowiedzialność historyczną.

Możemy oczywiście godzinami prowadzić seminarium z rozróżnienia pomiędzy „Niemcami”, „nazistami”, „NSDAP”, „III Rzeszą”, „społeczeństwem niemieckim” i „państwem niemieckim”. I powinniśmy to robić, jeżeli zależy nam na prawdzie.

Ale nie po to, żeby z historii wyprodukować środek uspokajający dla współczesnej polityki.

Bo właśnie tutaj zaczyna się mój problem z Pańskim pytaniem o „pielęgnowanie ran”.

Czym innym jest pielęgnowanie nienawiści, a czym innym pielęgnowanie pamięci.

To są dwie zupełnie różne rzeczy.

I jeśli chce Pan, Panie Ministrze, żeby Polacy traktowali współczesne Niemcy jak europejskiego partnera — proszę bardzo. Ja również nie widzę w tym żadnego problemu.

Ale proszę nam przy okazji nie odbierać prawa do pamiętania, jaką drogą Niemcy do tej współczesnej europejskości doszły.

Bo pamięć nie jest oskarżeniem każdego współczesnego Niemca.

Pamięć jest przypomnieniem, że państwa mają historię, a historia nie znika tylko dlatego, że zmienił się rząd, konstytucja albo polityczna moda.

_________________________________________


Mr Sikorski, Hitler Didn’t Come to Poland from Mars

“Today’s opposition still sees a Nazi in every German; how long can we go on nursing the wounds inflicted on us by the Germans?” — Foreign Minister Radosław Sikorski asked in Poznań.

Well, Mr Minister. How long?

Let me begin with a rather obvious answer: as long as we remember what happened.

And let us get one thing straight from the outset. I am not claiming that today’s Federal Republic of Germany is the Third Reich. It is not. Nor is it its continuation in constitutional, ideological or political terms. The Federal Republic is a democratic state governed by the rule of law, founded on principles fundamentally different from those of the Nazi dictatorship.

But, Mr Minister, there is a difference between continuity of a political regime and continuity of statehood — and it was the German Federal Constitutional Court itself that made this distinction particularly clear.

In its famous 1973 ruling, the Court held that the German Reich survived the catastrophe of 1945 and that the Federal Republic of Germany was not the legal successor to the Reich in the sense of being an entirely new state. Rather, in terms of state identity, it remained the same German state, although after the war its effective governmental organisation covered only part of Germany’s former territory.

That is a distinction one should not lose in the sort of political mush produced for public consumption.

The Federal Republic is not the Third Reich. But neither did the Federal Republic simply drop out of the sky in 1949, leaving all earlier German history to be treated as the history of some entirely foreign state.

The regime ended.

The state did not simply cease to exist.

And this is, after all, a perfectly sensible distinction. States change constitutions, borders, names, political systems and ideologies. They can move from monarchy to republic, from democracy to dictatorship and back to democracy. That does not automatically mean that a completely new state has been born every time.

So no, I have no intention whatsoever of seeing Hitler in every German today.

But neither am I prepared to pretend that Hitler was some stateless extraterrestrial who happened to land in Berlin, temporarily seized somebody else’s country, murdered half of Europe and then flew back to Mars, leaving the Germans with nothing but an awkward memory.

No, Mr Sikorski. Hitler did not come to Poland from Mars, however convenient that version of history might be.

He was a German politician. The Third Reich was a German state. The Wehrmacht was the German armed forces. The German state waged war against Poland, and the German state bears historical responsibility for that war.

Of course, we can spend hours conducting seminars on the distinctions between “Germans”, “Nazis”, the NSDAP, the Third Reich, German society and the German state. And we should, if we care about historical truth.

But not in order to turn history into a tranquilliser for contemporary politics.

Because this is precisely where I have a problem with your question about “nursing wounds”.

There is a world of difference between nursing hatred and preserving memory.

They are not remotely the same thing.

And if you want Poles to regard contemporary Germany as a European partner — fine. I have no problem with that either.

But please do not, along with European partnership, try to take away our right to remember the road Germany travelled before it became the Germany of today.

Memory is not an accusation directed at every German alive today.

Memory is simply a reminder that states have histories — and history does not disappear merely because a government, a constitution or the prevailing political fashion has changed.

____________________________________________


Herr Sikorski, Hitler kam nicht vom Mars

„Unsere heutige Opposition sieht im Deutschen immer noch den Hitleranhänger; wie lange kann man die Wunden pflegen, die uns die Deutschen zugefügt haben?“ — fragte Außenminister Radosław Sikorski am Freitag in Poznań.

Nun, Herr Minister. Wie lange?

Beginnen wir mit einer ziemlich banalen Antwort: so lange, wie wir uns daran erinnern, was geschehen ist.

Und gleich vorweg, damit wir uns richtig verstehen: Ich behaupte nicht, dass die heutige Bundesrepublik Deutschland das Dritte Reich sei. Das ist sie nicht. Ebenso wenig ist sie dessen Fortsetzung in verfassungsrechtlicher, ideologischer oder politischer Hinsicht. Die Bundesrepublik ist ein demokratischer Rechtsstaat, der auf Prinzipien beruht, die mit denen der nationalsozialistischen Diktatur unvereinbar sind.

Aber, Herr Minister, es gibt einen Unterschied zwischen der Kontinuität eines politischen Systems und der Kontinuität der Staatlichkeit — und ausgerechnet das deutsche Bundesverfassungsgericht hat diesen Unterschied besonders deutlich gemacht.

In seinem berühmten Urteil von 1973 stellte das Gericht fest, dass das Deutsche Reich die Katastrophe von 1945 überdauert hatte und dass die Bundesrepublik Deutschland nicht etwa der Rechtsnachfolger des Deutschen Reiches als ein völlig neu entstandener Staat sei. Vielmehr sei sie — hinsichtlich der staatlichen Identität — mit dem Deutschen Reich identisch geblieben, auch wenn ihre staatliche Organisation nach dem Krieg zunächst nur einen Teil des früheren deutschen Staatsgebiets umfasste.

Das ist ein Unterschied, den man in der politischen Bouillon für den täglichen Gebrauch besser nicht untergehen lassen sollte.

Die Bundesrepublik ist nicht das Dritte Reich. Aber sie ist auch kein Staat, der 1949 plötzlich vom Himmel gefallen wäre und dessen gesamte deutsche Vorgeschichte man nun als Geschichte irgendeines völlig fremden Staates behandeln könnte.

Das Regime endete.

Die Staatlichkeit verschwand dadurch nicht einfach.

Das ist im Übrigen eine vollkommen vernünftige Unterscheidung. Staaten ändern ihre Verfassungen, Grenzen, Namen, politischen Systeme und Ideologien. Sie können von der Monarchie zur Republik, von der Demokratie zur Diktatur und wieder zurück zur Demokratie wechseln. Das bedeutet nicht automatisch, dass jedes Mal ein völlig neuer Staat geboren wird.

Deshalb habe ich nicht die geringste Absicht, in jedem heutigen Deutschen Hitler zu sehen.

Aber ebenso wenig bin ich bereit, so zu tun, als wäre Hitler ein staatenloser Außerirdischer gewesen, der zufällig in Berlin gelandet sei, vorübergehend den Staat eines anderen Volkes übernommen, halb Europa ermordet und sich anschließend wieder zum Mars verabschiedet habe — um den Deutschen lediglich eine unangenehme Erinnerung zu hinterlassen.

Nein, Herr Sikorski. Hitler kam nicht vom Mars nach Polen — so bequem diese Version der Geschichte auch wäre.

Er war ein deutscher Politiker. Das Dritte Reich war ein deutscher Staat. Die Wehrmacht war die deutsche Armee. Der deutsche Staat führte gegen Polen Krieg, und der deutsche Staat trägt dafür historische Verantwortung.

Natürlich können wir stundenlang Seminare über die Unterschiede zwischen „Deutschen“, „Nazis“, der NSDAP, dem Dritten Reich, der deutschen Gesellschaft und dem deutschen Staat veranstalten. Und wir sollten das tun, wenn uns historische Wahrheit wichtig ist.

Aber nicht, um aus der Geschichte ein Beruhigungsmittel für die gegenwärtige Politik zu machen.

Denn genau hier beginnt mein Problem mit Ihrer Frage nach dem „Pflegen der Wunden“.

Es gibt einen grundlegenden Unterschied zwischen dem Pflegen von Hass und dem Bewahren von Erinnerung.

Das ist nicht dasselbe.

Und wenn Sie wollen, Herr Minister, dass die Polen das heutige Deutschland als europäischen Partner betrachten — bitte sehr. Auch ich habe damit kein Problem.

Aber bitte nehmen Sie uns im Paket mit der europäischen Partnerschaft nicht auch das Recht, uns daran zu erinnern, welchen Weg Deutschland zurücklegen musste, um zu dem Deutschland von heute zu werden.

Erinnerung ist keine Anklage gegen jeden Deutschen, der heute lebt.

Erinnerung ist lediglich die Feststellung, dass Staaten eine Geschichte haben — und Geschichte verschwindet nicht einfach deshalb, weil sich eine Regierung, eine Verfassung oder die jeweils herrschende politische Mode geändert hat.