Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone Ameryki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone Ameryki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

...pani Kopacz zabrała głos...

...w niewątpliwie sprawie ważkiej...

"- Państwa unijne muszą sobie odpowiedzieć podczas szczytu UE w Brukseli, czy w sprawie Ukrainy nadal są jednością..."

źródło: "PAP" via nomen omen "Wirtualna Polska"

...choć niekoniecznie zaraz Ukrainy, a na początek warto by było niejako przy okazji w temacie swojej własnej, politycznej podmiotowości...

...pomyślałem nieprzystojnie w przypomnieniu, że przecież żadnego z nich z osobna, ani wszystkich razem odkąd pamięcią sięgam, a i podręcznikowo ciut dalej też, w sprawach globalnie politycznie istotnych nikt o zdanie nie pytał...

...a jakby kto nie wiedział, co to takiego chodzi mi po głowie, to pozwolę sobie przypomnieć, że dziś prezentuje się ona (Europa) taką, jaką jest nie za sprawą rządów Niemiec, Francji, Włoch czy też Wielkiej Brytanii...

...tylko, z grubsza rzecz ujmując, w swoim pierwotnym współcześnie kształcie za przyczyną układu pomiędzy Washingtonem i Moskwą zawartego w Teheranie roku 1943...

...dla jednych i drugich układu dotyczącego nic ponad, jak jednego z wielu "teatrów prowincjonalnych", na których scenach przychodzi im odgrywać kolejne numery w nieustającej rywalizacji zasadnej mniej lub bardziej sytuacyjnie dobranymi wariantami mocarstwowej racji stanu...

...o czym - można zgadywać - przypomniał pewnie również i pan Putin pani Merkel podczas ich ostatniej rozmowy w Australii...

...mało kurtuazyjnie, ale nie bez racji...

...choćby przez wzgląd na fakt, że zbyt wielka i potężna samostanowieniem o swoich wyborach Zjednoczona Europa nie tyle jest dziś w pierwszym rzędzie sprzeczna z interesami Rosji...

...co Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (...)...

...odnotowuję nie inaczej, jak zawsze tylko sobie a Muzom, choć tym razem nie bez szczypty zasmucenia słowami pani premier, która - jakby nie było - publicznie wyraża pogląd, że ktoś (kimkolwiek by nie był) z zewnątrz może jednak pokusić się o skuteczny podział europejskiej wspólnoty...

...cokolwiek to w jej ustach znaczy...

:-(

piątek, 31 maja 2013

...czym faktycznie jest amerykański establishment, to już pan Obama wie...

...ale po kolei:

Nie dalej, jak w poprzednim wpisie pisałem o moim, niewysychającym źródle poetycko barowych inspiracji, jakim jest między innymi "The Washington Post", a tu masz:

"...Unfortunately, the most plausible answer is that the administration has allowed itself to be played by Russian President Vladi­mir Putin, who is seeking to restore Moscow’s influence in the Middle East by thwarting the U.S. goal of regime change in Syria..."

źródło: "The Washington Post"

Co tłumacząc z amerykańskiego na nasze znaczy nic ponad to, że te dziesiątki tysięcy syryjskich ofiar nie padło zaszlachtowane na ołtarzu demokracji...

...nie po to odebrano im życie, by syryjskie kobiety wszystkich wyznań miały niezbywalne prawo do pokazywania cycków na "Twitterze", a po to tylko, by Stany Zjednoczone Ameryki mogły wpisać Syrię w przestrzeń swoich wpływów, a jak by komuś było tego mało, to proszę bardzo:

"...As we have written previously, the only hope for an acceptable political settlement in Syria lies in an intervention that would decisively shift the balance of Syria’s war — through arms supplies to the rebels and airstrikes to eliminate the regime’s air power. If Mr. Obama is unwilling to take such steps, he ought also to eschew diplomacy that makes his administration appear foolish as well as weak..." (źródło j.w.)

Pozostaje tylko dziękować Bogu - kimkolwiek On jest - że to, co dziś pisze "The Washington Post" absolutnie nie ma żadnego znaczenia...

...nie ma znaczenia dla nikogo, a już na pewno dla pana Prezydenta Obamy, który na przysłowiowej "własnej skórze" przekonał się już, czym faktycznie jest amerykański establishment (...), dlatego - czego jestem pewien - z godnością zniesie formułowane publicznie pod Jego adresem inwektywy robiąc dalej to, co rozum i serce Prezydentowi nakazuje...

...podążając śladem swoich poprzedników bez oglądania się na możliwe konsekwencje.
:-(

piątek, 9 listopada 2012

Oczywiste nawet dla daltonisty:

„…najważniejsze wybory naszej epoki…” ?

źródło: "Dziennik Opinii - Krytyka Polityczna"

Zdecydowanie tak dla Stanów Zjednoczonych Ameryki:

Po oczywistej już śmierci mitu „Amerykańskiego Snu” w naturalnym biegu zdarzeń przyszła kolej na gwałtowną polaryzację sposobu postrzegania wspólnoty przez jej obywateli, dzieląc ich na elektorat obydwu kandydatów w sposób nie mający prawdopodobnie dotychczas miejsca w historii U.S.A.

I nic tu nie pomoże w dłuższej perspektywie czasu niekłamany, amerykański patriotyzm, przywiązanie do wartości zapisanych w Konstytucji i wiara w doskonałość systemu opartego na twórczym, niczym nie skrępowanym indywidualizmie, bowiem akurat on jest światopoglądowo (ideowo, duchowo) obcy w statystycznej masie wyborcom Obamy w przeciwieństwie do tej części amerykańskiej wspólnoty, którą w wyborach reprezentował pan Romney, co stanowi w kreacyjnym sposobie prezentacji powyborczej rzeczywistości nad Potomac River zasadnym porównanie do podpalenia lontu w bombie z chwilą podliczenia głosów i ogłoszenia wyniku z raczej marnym pocieszeniem, że nieznana jest jego długość (jedna, dwie, trzy kolejne, prezydenckie kadencje ?).

Na szczęście równie prawdziwe jest powtórzenie przez panią Applebaum opinii, że nie ma to już istotnego (żadnego - T.L.) wpływu na losy świata pisanego z małej i dużej litery, bowiem nawet daltoniście trudno jest pomylić "Wuja Toma" z "Wujem Samem" z nieuniknionymi tego stanu rzeczy konsekwencjami dla sądzących inaczej.