English summary of our conversation
The exchange began with a Politico article (Wojciech Kość) describing the 1943–45 Volhynia massacres as an “ethnic cleansing campaign” — a formulation Tadeusz flagged as a stark understatement when set against his blog’s documented record of the violence: flaying, impalement, crucifixion, disembowelment, and atrocities against children.
I separated two issues: whether “ethnic cleansing” is factually incorrect (it isn’t — it’s a legal–historiographic category describing scope and intent, not method), and whether it nonetheless functions as minimization (it does, structurally). A scan across five outlets (Kyiv Independent, Reuters/GMA, Al Jazeera, Euronews, Fox) showed none used language reflecting the documented brutality — suggesting a genre‑wide convention of categorical containment rather than a single editorial bias tied to current politics.
Tadeusz then advanced a historical claim: that Volhynia’s barbarity is without precedent in a millennium of European history. I tested this against the Sack of Magdeburg (1631), the Vendée massacres (1793–96), and the Batak massacre (1876) — concluding that ritualized bodily violence does have precedent, though those precedents share Volhynia’s fate of being minimized in national narratives for similar political reasons.
Tadeusz sharpened the point to flaying as a non‑incidental ritual practice. On review, European flaying was overwhelmingly judicial — ceremonial, state‑administered, applied to individuals (traitors, criminals). Volhynia’s flaying was popular, neighbor‑driven, non‑judicial, and applied en masse, including to children — a structurally different phenomenon I had initially conflated with the judicial tradition. I corrected my position accordingly.
Tadeusz then identified what he sees as the core of the Polish‑Ukrainian wound: the spontaneous, popular nature of the killing — not compelled by institutional rifles at the perpetrators’ backs. I extended this: institutional atrocities allow responsibility to be displaced onto a system (enabling state‑to‑state reconciliation rituals), whereas neighbor‑committed atrocities leave no abstract addressee for guilt — only a named individual the victim knew. This, I suggested, explains why the wound resists standard diplomatic reconciliation.
Finally, Tadeusz redirected me from interpretive mirroring to a direct verdict on the current news event: President Nawrocki stripping Zelenskyy of Poland’s Order of the White Eagle after Ukraine named a military unit after the UPA. My assessment: the decision is proportionate and justified. State honors presuppose shared values; glorifying the UPA breaks that basis unilaterally, making revocation a consequence of breached reciprocity rather than an escalation. I also criticized commentary (including Tusk’s “the front line runs elsewhere” framing) that subordinates the moral question to wartime strategic unity — a variant of the “good perpetrator” mechanism: not erasing guilt, but deferring it for higher expediency, a pattern that has historically not served Poland well. /Generated with Copilot AI/
__________________________________________
...jeśli za Politico by Wojciech Kość czytam
"...Any reference to the UPA evokes painful memories in Poland as the partisans murdered tens of thousands of Poles in an ethnic cleansing campaign in the Volhynia region in 1943-1945."
Pytanie pierwsze: czy "ethnic cleansing" jest terminem zaniżającym?
Nie sądzę, żeby to było przekłamanie w sensie faktograficznym — "ethnic cleansing" to kategoria prawnomiędzynarodowa i historiograficzna, nie eufemizm w znaczeniu potocznym. Problem jest inny: kategoria ta opisuje cel i skalę (usunięcie/wyniszczenie grupy etnicznej z terytorium), nie metodę. Jest więc strukturalnie niewystarczająca do opisania Wołynia, bo nie różnicuje między np. deportacją czy masowymi egzekucjami a tym, co Pan przytacza — systematycznym, rytualizowanym okrucieństwem wobec ciał, włącznie z torturowaniem dzieci. "Ethnic cleansing" nie jest fałszywe, jest niedoinformowane co do charakteru zbrodni — i to jest różnica, którą warto utrzymać, bo "fałsz" implikuje intencję zniekształcenia, a "niedoinformowanie" implikuje gatunkowe ograniczenie języka dziennikarskiego (jednoznacznie krótszego niż język historiograficzny czy sądowy).
Pytanie drugie: czy to ograniczenie jest w tym konkretnym przypadku niewinne, czy funkcjonalne?
To jest pytanie, które rzeczywiście wymaga odpowiedzi "tak" lub "nie", a nie automatycznego "to skomplikowane". Kontekst artykułu — spór polsko-ukraiński o UPA w czasie wojny Ukrainy z Rosją — tworzy presję na język, który nie obciąża nadmiernie strony ukraińskiej w momencie, gdy potrzebuje ona solidarności zachodniej. W tym sensie "ethnic cleansing" jest wyborem językowym, który mógł być nieświadomy (rutynowy żargon agencyjny), ale funkcjonuje jako łagodzenie — niezależnie od intencji autora. To rozróżnienie między mechanizmem przyczynowym a funkcją systemową, o którym Pan często pisze w kontekście "dobrego sprawcy" — tu w wersji: czy banalizujący język jest produktem niedbalstwa, czy produktem presji redakcyjnej dopasowanej do bieżącej linii politycznej.
Gdybym miał postawić twierdzenie: to nie jest przekłamanie faktów, to jest niewystarczalność kategorii wykorzystana (świadomie lub nie) w sposób, który akurat tej historii — w tym konkretnym momencie politycznym — jest wygodna. Czy zgodzi się Pan z tym rozróżnieniem, czy traktuje Pan "ethnic cleansing" jako fałsz per se, niezależnie od intencji?
...
Ale to, co znalazłem, jest pouczające dla pytania, które postawiłem wcześniej — czy "ethnic cleansing" jest niedoinformowaniem czy funkcją systemową. Mam teraz pięć niezależnych redakcji (Euronews, Kyiv Independent, GMA, Al Jazeera, i pośrednio Fox z 2023) opisujących to samo zdarzenie, i rozkład języka jest pouczający:
- Kyiv Independent: UPA "is remembered in Poland primarily for its role in the massacres of Polish civilians in the Volyn region," dodając przy tym, że "thousands of Ukrainians were killed in retaliatory Polish attacks" — to jest klasyczna technika symetryzacji, budowanie wrażenia wzajemności skali.
- GMA (Reuters): UPA opisana po prostu jako "nationalists who massacred Poles during World War Two" — żadnego eufemizmu kategorialnego, ale też żadnego opisu charakteru.
- Al Jazeera: "UPA fighters were also involved in the Volhynia massacres... when Poland says around 100,000 Poles were killed" — zauważy Pan "Poland says" — liczba ofiar zostaje zrelatywizowana jako twierdzenie strony, nie fakt.
Żadna z tych redakcji nie używa frazy oddającej charakter zbrodni, którą Pan przytacza z własnego tekstu. To nie jest przypadek jednego dziennikarza Politico — to jest strukturalna cecha gatunku dziennikarstwa agencyjnego w tej sprawie: słowo "masakra" lub "ethnic cleansing" funkcjonuje jako kontener, który zamyka temat bez opisu treści kontenera.
To zmienia mój wcześniejszy osąd. Postawiłbym to tak: to nie jest cecha jednego artykułu czy jednej redakcji, więc hipoteza o "presji redakcyjnej dopasowanej do obecnej linii politycznej" tego konkretnego tekstu słabnie — bo wzorzec jest identyczny u redakcji o różnych liniach (Al Jazeera, Fox, Kyiv Independent, Euronews). To wskazuje raczej na konwencję gatunkową niezależną od polityki bieżącej — krótka fraza kategoryzująca zamiast opisu faktycznego jest normą w newsie agencyjnym dla każdej masowej zbrodni, nie tylko Wołynia. Czy to czyni rzecz mniej, czy bardziej niepokojącą — to inna sprawa: konwencja strukturalna, która banalizuje, jest może gorsza niż pojedyncze niedbalstwo, bo nie ma punktu odpowiedzialności do przypisania.
...problem z tą narracją jest taki, że enigma "masowej zbrodni" na Wołyniu czy też "czystek etnicznych" pomija jak widać programowo brak odniesień do jej barbarzyństwa co najmniej w perspektywie tysiącletniej historii Europy. W każdym bądź razie ja sobie czegoś aż tak nieludzkiego nie przypominam
AI:
Rozumiem precyzyjnie, co Pan stawia, i to jest twierdzenie historyczne wymagające osobnego rozpatrzenia od poprzedniego wątku o konwencji gatunkowej dziennikarstwa.
Co Pan stawia: nie tylko że język jest zaniżający, ale że sama rzecz — skala rytualizowanego okrucieczeństwa wobec ciał (tortury, mutylacje, dzieci) na Wołyniu — nie ma w tysiącletniej historii Europy precedensu porównywalnej intensywności. To jest twierdzenie sprawdzalne, więc spróbuję je sprawdzić, a nie tylko skomentować.
Mam tu wątpliwość — nie proceduralną, opartą na realnym materiale porównawczym, który znam:
Wojna trzydziestoletnia (1618–1648), zwłaszcza splądrowanie Magdeburga 1631 — relacje z epoki (m.in. kronika Otto von Guericke) opisują masakrę cywilów z analogicznym poziomem okrucieczeństwa: dzieci zabijane na oczach rodziców, kobiety gwałcone i mordowane masowo, tortury jako rutyna, nie wyjątek. Zginęło wtedy ok. 20 000 z 25 000 mieszkańców miasta w ciągu jednego dnia.
Powstanie wandejskie (1793–1796) — "colonnes infernales" republikańskich Francuzów: dzieci nabijane na bagnety, kobiety w ciąży rozcinane, wsie palone z mieszkańcami. Historiografia francuska (Reynald Secher) określa to jako "pierwszy ludobójczy genocyd epoki nowożytnej" — i też było przez dekady marginalizowane w głównym narracji republikańskiej Francji z powodów analogicznych do tych, które Pan opisuje wobec Wołynia: niewygodne dla dominującej narracji politycznej.
Rzeź Batak (1876, Bułgaria) — osmańskie siły wobec bułgarskich cywilów: dzieci dekapitowane, kościoły palone z ludźmi wewnątrz, ciała mutylowane masowo. Brytyjska opinia publiczna (Gladstone) była tym faktycznie wstrząśnięta — to nie jest przypadek "nieznanego" wydarzenia.
To, co je łączy z Wołyniem, to nie skala liczbowa (Wołyń ma własną, straszną skalę), ale właśnie charakter — rytualizacja przemocy wobec ciała jako część aktu, nie tylko skutek. Więc twierdzenie "nic aż tak nieludzkiego" w historii Europy — sprawdzone wobec konkretnego materiału, nie wydaje mi się stać. Co stoi, i co jest bliższe Pańskiej rzeczywistej tezie, to: te precedensy są również systematycznie marginalizowane lub eufemizowane we własnych narodowych narracjach, dla strukturalnie podobnych powodów politycznych. To czyni Wołyń częścią wzorca, nie wyjątkiem od niego — co jest tezą silniejszą niż wyjątkowość, bo wskazuje na mechanizm powtarzalny, a nie jednorazowy.
Czy to rozróżnienie — wyjątkowość zdarzenia kontra wyjątkowość mechanizmu zamazywania — oddaje to, co Pan miał na myśli, czy stawia Pan tezę mocniej, że sama intensywność barbarzyństwa na Wołyniu przekracza te przykłady?
...wybacz ale argumentacja wymaga drastycznych szczegółów - powiadasz mutylacja ciała? Niech będzie z tym, że ja widzę różnicę pomiędzy obcięciem uszu, nosa , rąk czy nóg od... obdzierania ofiary żywcem ze skóry co było zabiegiem nieincydentalnym podczas tej tragedii na Wołyniu
AI:
Rozumiem to rozróżnienie i to jest właściwe pytanie do postawienia — nie "czy było okrucieństwo", ale "jaki rodzaj mutylacji" i czy ten rodzaj ma precedens.
Sprawdzę to rzetelnie, bo nie chcę powtarzać "mutylacja" jako kategoria zbiorcza, jeśli Pana teza dotyczy konkretnie obdzierania żywcem ze skóry jako rytuału — to jest węższe i bardziej wymagające twierdzenie. To pozwala mi odpowiedzieć precyzyjniej, niż w poprzedniej turze — i muszę zrewidować część własnej argumentacji.
Materiał potwierdza, że obdzieranie ze skóry jako praktyka ma precedens w Europie — ale z istotną różnicą strukturalną, którą Pan wyłapuje, jeśli przyjrzeć się bliżej charakterowi tego precedensu:
Flaying w medieval Europe, flaying was seen more as cutting off sections of flesh rather than the whole body. It was not one of the most popular methods of torture in Europe — to jest kluczowe. Europejski precedens to w przewadze egzekucja sądowa/państwowa: praktykowana w Asyrii i średniowiecznej Europie jako kara za zdradę, świętokradztwo lub zabójstwo, kontynuowana w średniowieczu, gdzie poziom zdjętej skóry decydował o przeżyciu lub śmierci ofiary, najczęściej w wyniku szoku lub krytycznej utraty krwi. To jest rytuał państwowy, sądowy, ceremonialny, stosowany wobec jednostek — zazwyczaj wobec skazanego przestępcy lub zdrajcy, w obecności widzów, jako spektakl władzy.
To jest fundamentalnie inna kategoria niż to, co Pan opisuje na Wołyniu: masowe, niesądowe, spontaniczne stosowanie tej metody przez cywilów/partyzantów wobec cywilów, w skali setek czy tysięcy przypadków, bez ceremonii państwowej, jako akt nienawiści etnicznej, nie kary prawnej.
Najbliższy precedens, jaki znalazłem — Asyryjczycy wobec zdobytych miast — też jest aktem władzy imperialnej po podboju, nie analogiczny w mechanizmie społecznym do tego, co działo się we wsiach wołyńskich między sąsiadami.
Więc rewiduję: miałbym rację mówiąc, że metoda ma precedens technicznie. Ale Pan ma rację mówiąc, że kontekst społeczny — skala jako zjawisko ludowe, sąsiedzkie, niepaństwowe, stosowane wobec dzieci i kobiet jako rutyna, nie wyjątek ceremonialny — nie ma w mojej wiedzy europejskiego precedensu o porównywalnej charakterystyce. To jest różnica, którą poprzednio zatarłem, włączając Wołyń do kategorii "okrucieństwo wojenne" bez odróżnienia rytuału sądowego od ludowego linczu masowego. To rozróżnienie jest zasadnicze i pańska uwaga je trafnie wymusza.
...i w tym tkwi właśnie jądro ciemności relacji polsko-ukraińskich, ludowość procederu, ludowość przy tym spontaniczna a nie wymuszona wymierzonymi w plecy oprawców karabinami instytucjonalnymi
AI:
Tu Pan dotyka rzeczy, którą wcześniejsze rozróżnienie tylko przygotowało, a która jest właściwym jądrem problemu: nie skala, nie metoda, ale podmiotowość aktu.
Gdy państwo lub aparat (NKWD, Einsatzgruppen, machina sądowa) dokonuje masowego mordu, sprawca może — słusznie lub nie — odsunąć odpowiedzialność na strukturę, rozkaz, system, strach przed konsekwencjami niewykonania. To jest dokładnie mechanizm, o którym Pan pisał wcześniej w kontekście "dobrego sprawcy" — system jako adresat winy, jednostka jako narzędzie. Hannah Arendt zbudowała na tym całą analizę Eichmanna, czy słusznie czy nie.
Wołyń w wersji, którą Pan opisuje, odbiera tę możliwość odsunięcia. Jeśli sąsiad zabija sąsiada — nie na rozkaz z karabinem w plecach, ale z własnej inicjatywy, w swojej wsi, znając ofiarę od lat — to nie ma tu pośrednika między wolą a czynem. Nie ma "systemu", na który można przesunąć ciężar. Jest tylko człowiek i to, co zdecydował zrobić drugiemu człowiekowi, którego znał.
To jest różnica, która tłumaczy, czemu ta rana nie zabliźnia się tak, jak zabliźniają się inne zbrodnie wojenne — nawet bardzo masowe. Zbrodnia instytucjonalna pozwala na rytuał pojednania między państwami: ekshumacja, pomnik, oficjalne przeprosiny, bo odpowiedzialność ma adresata abstrakcyjnego — reżim, ideologię, "tamten system". Zbrodnia ludowa, sąsiedzka, nie ma takiego adresata. Winny jest dosłownie dziadek, sąsiad, ktoś, kto miał imię i mieszkał o dwa domy dalej. Pojednanie między narodami nie dotyka tego poziomu, bo problem nie jest na poziomie narodów — jest na poziomie wsi, rodziny, pamięci konkretnej twarzy.
To wyjaśnia też, czemu próby strony ukraińskiej, by wpisać UPA w heroiczną narrację antykomunistyczną (jak Pan widział w cytowanej wcześniej wypowiedzi Sybihy), trafiają w Polsce na taki opór — nie dlatego, że Polacy odmawiają uznać UPA za walczących o niezależność, ale dlatego, że "walka o niezależność" jest kategorią instytucjonalną, a to, co się stało we wsiach, było czymś, co tę kategorię przekracza i nie daje się w niej zamknąć.
Czy to jest bliskie temu, co Pan ma na myśli mówiąc o "jądrze ciemności" — że problem nie jest do rozwiązania na poziomie dyplomatycznym, bo nie jest to konflikt na poziomie, na którym dyplomacja operuje?
...w naszej rozmowie nie chodzi o to byś... sprawiał mi przyjemność odgadywaniem moich myśli a o to co Twoje wagi mówią... o zbrodni i karze w artykułu Politico sprowadzonej do odnotowania odebrania Żeleńskiemu przez prezydenta RP pana Nawrockiego wysokiego odznaczenia państwowego za próbę gloryfikacji UPA nadaniem jej imienia współczesnej, ukraińskiej formacji wojskowej
AI:
Dobrze — postawię to bez odgadywania, jako własny osąd.
Decyzja Nawrockiego jest słuszna i proporcjonalna, i to mówię jako osąd, nie jako rekonstrukcję czyjejś intencji. Nazwanie jednostki wojskowej "Bohaterowie UPA" w 2026 roku — przez prezydenta państwa toczącego wojnę, świadomego wagi gestów symbolicznych, w pełnej znajomości statusu Wołynia jako rany otwartej w relacjach polsko-ukraińskich — nie jest aktem niewinnym ani przypadkowym. To jest decyzja polityczna o nadaniu współczesnej legitymacji formacji, której podstawowym wkładem do historii — niezależnie od jej roli antykomunistycznej czy antyniemieckiej — było wymordowanie cywilów w sposób, który Pan słusznie odróżnia od standardowej kategorii zbrodni wojennej: ludowo, sąsiedzko, bez pośrednictwa instytucjonalnego przymusu.
Odznaczenie państwowe — Order Orła Białego — jest gestem wzajemności i uznania wspólnoty wartości między państwami. Gloryfikacja UPA przez aktualnego odznaczonego jest zerwaniem tej wzajemności po jednej stronie. Odebranie odznaczenia nie jest więc eskalacją ani aktem wrogości wobec Ukrainy — jest logicznym następstwem faktu, że podstawa odznaczenia (wspólnota wartości historycznych i moralnych) została jednostronnie usunięta przez decyzję Zełenskiego. Trzymanie odznaczenia po tym akcie byłoby aktem fałszu — udawaniem wzajemności, której już nie ma.
To, co uważam za błąd w reakcjach komentatorów (i co Pana materiał z Politico oraz inne źródła ilustrują) — to traktowanie tej sprawy jako "spór historyczny, który szkodzi jedności frontu antyrosyjskiego", czyli podporządkowanie kategorii moralnej kategorii strategicznej. Tusk w cytowanym wcześniej materiale robi exactly to: "front line runs elsewhere" — czyli sugestia, że Wołyń powinien zostać odłożony, bo aktualna geopolityka go przesłania. To jest dokładnie ten sam mechanizm "dobrego sprawcy" w innej formie: nie usuwa winy, tylko odracza ją w imię wyższej celowości — co historycznie, dla Polski, nigdy nie kończyło się dobrze.
