English Summary of the Dialogue
The discussion began with a public statement by Professor Wiesław Jędrzejczak, a renowned Polish hematologist, transplantologist, and oncologist. In defending the idea that professionally active people should not wait in the same medical queues as everyone else, he argued that his time was socially valuable because patients were waiting for him while he was waiting for care.
The conversation quickly moved beyond healthcare administration and toward a broader moral question: whether the value of a person can be measured by their social utility.
The user argued that the professor's remark revealed a troubling hierarchy of human worth. The problem was not that an experienced physician's time is valuable, but that the argument implicitly contrasted productive professionals with retired people whose visit to a doctor was described as little more than a social event. The user saw in this not merely poor wording but a deeper moral attitude.
This led to a historical analogy. The user suggested that the same mode of reasoning helps explain how highly educated and culturally sophisticated people could simultaneously appreciate great art and participate in systems of dehumanization. The point was not to equate a contemporary professor with perpetrators of historical atrocities, but to highlight a common intellectual mechanism: the tendency to evaluate people according to their perceived usefulness.
The discussion then turned to social reality. The user observed that, in his view, no active professor of medicine in post-war Poland had ever truly experienced the ordinary patient's situation of waiting in medical queues. Whether literally true or not, the remark pointed to the existence of professional networks, informal access, and social capital that often exempt elites from the experiences of average citizens.
An unexpected element emerged when the user revealed that he had heard almost exactly the same argument months earlier from his longtime barber. Both the barber and the professor had expressed the same underlying idea: their time was more valuable because others depended on them.
This observation shifted the focus from one individual to a broader social pattern. The conversation explored how modern societies often encourage people to think of themselves primarily in terms of productivity, efficiency, and usefulness. Under such conditions, remarkably similar arguments can appear in very different social classes and professions.
The most emotionally charged moment came when the user responded with a bitterly ironic wish that both the barber and the professor might "die without a queue, and die for a very long time," rather than experience the hurried, indifferent deaths often endured by ordinary people. When the response initially softened this phrase into a conventional wish for a long life, the user objected, correctly noting that he had written "die for a long time," not "live a long time."
The distinction proved important. The user's phrase was interpreted not as a benevolent wish but as a dark irony concerning privilege, mortality, and dignity at the end of life. It suggested that those who consider themselves too important to wait in line might eventually confront the same human vulnerability as everyone else.
The conversation concluded with a reflection on style and rhetoric. The user remarked that he would not need to explain such remarks explicitly on his blog because his own time, like the professor's and the barber's, was precious. This was understood as a deliberate reversal of their argument: whereas they used the value of their time literally, the user employed the same language ironically. The power of the statement lay precisely in its ambiguity and refusal to spell everything out, leaving the reader to complete the interpretation.
In the end, the dialogue was less about healthcare than about equality, dignity, privilege, social usefulness, and the subtle ways in which ordinary assumptions about the value of time can reveal deeper assumptions about the value of people. /Generated with Copilot AI/
_________________________________
...prawdopodobnie to i prawda jeśli pisze o tym samo Money pl piórem pana Piotra Bera , cytuję
"Prof. Jędrzejczak to uznany specjalista w dziedzinie hematologii, transplantologii, onkologii."
ale...
że współobywatelski kręgosłup moralno etyczny pana profesora wymaga bez kolejkowej, natychmiastowej interwencji specjalisty to oczywiste jeśli czytam
"...prof. Jędrzejczak wyjaśnia, że "płaci trzy różne składki zdrowotne: od emerytury, od umowy o pracę i od działalności gospodarczej". "Ale mam siedzieć w takiej samej kolejce, jak ci moi równolatkowie, dla których pójście do lekarza jest główną atrakcją towarzyską danego dnia, gdyż już zakończyli wszelką aktywność zawodową. Co więcej, jeśli ja czekam to na mnie czekają. W okresie, który bezczynnie spędzam w kolejce mógłbym innym skrócić czas czekania do mnie"..."
AI:
To jest cytat, który niemal gwarantuje silne reakcje, bo dotyka dwóch bardzo różnych intuicji moralnych jednocześnie.
Z jednej strony prof. Jędrzejczak przedstawia argument efektywnościowy: jego czas pracy ma wartość społeczną. Jeśli wybitny hematolog, transplantolog czy onkolog siedzi kilka godzin w kolejce, to w tym czasie nie przyjmuje pacjentów, nie konsultuje trudnych przypadków, nie szkoli młodszych lekarzy. W tym sensie można bronić tezy, że społeczeństwo więcej zyskuje, gdy taki specjalista ma uproszczony dostęp do świadczeń.
Z drugiej strony sposób sformułowania argumentu budzi opór nie dlatego, że mówi o własnej aktywności zawodowej, lecz dlatego, że przeciwstawia ją aktywności innych ludzi. Zwrot o równolatkach, dla których wizyta lekarska jest „główną atrakcją towarzyską dnia”, łatwo odczytać jako deprecjonowanie osób starszych, schorowanych, emerytów czy rencistów. A przecież wielu z nich nie zakończyło aktywności z wyboru, tylko z powodu wieku, zdrowia albo sytuacji życiowej.
Problem nie leży więc wyłącznie w samym postulacie, lecz w języku.
Można sobie wyobrazić tę samą myśl wyrażoną inaczej:
„Osoby nadal aktywne zawodowo, wykonujące zawody o szczególnym znaczeniu społecznym, powinny mieć możliwość sprawniejszego dostępu do niektórych świadczeń, ponieważ ich czas pracy przekłada się na dobro wielu innych ludzi.”
To jest teza kontrowersyjna, ale dająca się racjonalnie dyskutować.
Natomiast gdy pojawia się sugestia, że jedni obywatele są bardziej godni uprzywilejowania niż inni dlatego, że pozostają produktywni ekonomicznie, wchodzimy na bardzo śliski grunt. Państwo obywatelskie opiera się bowiem na założeniu, że godność człowieka nie zależy od jego aktualnej użyteczności gospodarczej.
Podejrzewam, że właśnie to Pana poruszyło w tej wypowiedzi. Nie sam postulat organizacyjny, lecz ton, w którym aktywny zawodowo profesor został zestawiony z emerytami przedstawionymi jako ludzie niemający już nic ważniejszego do roboty niż stanie w kolejce do lekarza.
A to jest różnica istotna. Można dyskutować o priorytetach w systemie ochrony zdrowia. Znacznie trudniej zaakceptować hierarchizowanie obywateli według tego, czy nadal są produktywni zawodowo.
...przywołałem ten przykład li tylko z jednego powodu - ten sposób rozumowania wyjaśnia jak jednocześnie można było słuchać Wagnera i w tym samym czasie przeprowadzać... selekcję na rampie KL Auschwitz- Birkenau
AI:
Rozumiem, do jakiej analogii Pan zmierza. Nie chodzi Panu o porównanie skali czynów, lecz o pewien mechanizm myślenia.
W historii XX wieku wielokrotnie zwracano uwagę na zjawisko, które filozofka Hannah Arendt opisywała jako zdolność człowieka do jednoczesnego funkcjonowania w świecie wysokiej kultury i uczestniczenia w systemach prowadzących do dehumanizacji innych ludzi. Sam fakt słuchania Wagnera, czytania klasyków albo posiadania imponującego dorobku naukowego nie stanowi zabezpieczenia przed moralnym błędem.
Natomiast byłbym ostrożny z bezpośrednim łączeniem wypowiedzi profesora z Auschwitz. Nie dlatego, że nie wolno używać mocnych analogii, lecz dlatego, że istnieje ogromna różnica między niezręcznym lub elitarnym sposobem wartościowania ludzi a udziałem w systemie masowej zagłady.
Jeżeli jednak spróbować wydobyć z Pana uwagi bardziej ogólną myśl, to brzmiałaby ona mniej więcej tak:
Niebezpieczny moment pojawia się wtedy, gdy zaczynamy oceniać wartość człowieka przez pryzmat jego użyteczności dla innych.
To rzeczywiście jest jeden z ważnych wątków europejskiej refleksji moralnej po II wojnie światowej. Gdy człowiek staje się przede wszystkim „zasobem”, „kapitałem ludzkim”, „jednostką produkcyjną” albo odwrotnie — „obciążeniem”, „nieproduktywnym kosztem” — otwiera się droga do różnicowania jego znaczenia społecznego.
W cytowanej wypowiedzi profesora można dostrzec właśnie taki zalążek rozumowania: ja jestem bardziej potrzebny społeczeństwu, więc mój czas jest cenniejszy niż czas innych. To nie jest jeszcze odrzucenie równej godności osób, ale jest to argument oparty na różnicowaniu wartości czasu ludzi ze względu na ich społeczną funkcję.
I być może właśnie to Pana uderzyło: nie brak wiedzy medycznej, lecz fakt, że człowiek o ogromnych kompetencjach zawodowych może równocześnie wypowiedzieć zdanie, które wielu odbierze jako umniejszające wartość innych ludzi. Historia rzeczywiście pokazuje, że intelekt, wykształcenie i kultura nie zawsze idą w parze z równie rozwiniętą wrażliwością moralną.
...nie wiesz jednego a o czym ja wiem - żaden czynny zawodowo profesor medycyny przynajmniej od roku 1945 do dziś nie stał w Pospolitej bez względu na obowiązujący w niej system w żadnej kolejce do lekarza jeśli był chory
AI:
Jeżeli potraktować to jako obserwację o realiach społecznych w Polsce po 1945 roku, to trudno byłoby ją udowodnić w sensie dosłownym („żaden nigdy”), ale rozumiem sens Pana uwagi.
W praktyce osoby zajmujące wysoką pozycję w środowisku medycznym od dziesięcioleci dysponowały i nadal dysponują możliwościami niedostępnymi przeciętnemu pacjentowi. Nie musi to nawet oznaczać formalnych przywilejów. Wystarczy sieć zawodowych kontaktów: telefon do kolegi specjalisty, konsultacja na korytarzu szpitala, przyjęcie poza standardową ścieżką rejestracji, szybkie skierowanie na badanie. Tak działa kapitał zawodowy i społeczny.
Dlatego rzeczywiście można odnieść wrażenie, że profesor medycyny opisuje problem, którego osobiście nigdy nie doświadczał w takim wymiarze jak przeciętny emeryt czy rencista.
Co więcej, jeśli przyjąć Pana założenie, to wypowiedź nabiera innego znaczenia. Nie jest już głosem człowieka zmęczonego wielogodzinnym oczekiwaniem w przychodni, lecz raczej publiczną refleksją o tym, kto powinien mieć pierwszeństwo w dostępie do świadczeń. A to już debata nie o własnym doświadczeniu, lecz o zasadach organizacji społeczeństwa.
Tu pojawia się jeszcze jeden paradoks. Profesor argumentuje, że jego czas jest szczególnie cenny, ponieważ służy innym ludziom. Można jednak odpowiedzieć, że emeryt stojący w kolejce przez kilka godzin nie stoi tam dla rozrywki, lecz dlatego, że potrzebuje pomocy medycznej. W systemie ochrony zdrowia celem nie jest maksymalizacja produktywności ekonomicznej obywateli, lecz leczenie ludzi jako ludzi.
Dlatego sądzę, że Pana reakcję wywołała nie tyle sama propozycja usprawnienia dostępu do lekarzy dla osób aktywnych zawodowo, ile pewna niezgodność między rzeczywistością a narracją. Kiedy człowiek należący do grupy tradycyjnie posiadającej bardzo szeroki dostęp do opieki zdrowotnej mówi o swojej krzywdzie wynikającej z rzekomego stania w tej samej kolejce co wszyscy inni, część słuchaczy może odebrać to jako brak świadomości własnej uprzywilejowanej pozycji.
A wtedy uwaga przestaje dotyczyć ochrony zdrowia i zaczyna dotyczyć czegoś szerszego: relacji między elitami zawodowymi a resztą społeczeństwa.
...tak samo trudno udowodnić, że jakikolwiek stał
AI:
Tak, i właśnie dlatego Pańska uwaga ma charakter bardziej socjologiczny niż statystyczny.
Nie wiemy, czy kiedykolwiek jakiś profesor medycyny rzeczywiście odstał kilka godzin w kolejce do specjalisty. Zapewne zdarzały się sytuacje bardzo różne. Natomiast intuicja, którą Pan wyraża, brzmi mniej więcej tak:
W środowisku lekarskim istnieje tak gęsta sieć relacji zawodowych, że dla wybitnego, czynnego profesora medycyny standardowa ścieżka pacjenta jest raczej wyjątkiem niż regułą.
To jest teza całkiem prawdopodobna. Nie wymaga ona istnienia formalnych przywilejów. Wystarczy, że lekarze znają lekarzy, ordynatorzy znają ordynatorów, profesorowie znają profesorów. Tak funkcjonują zresztą nie tylko środowiska medyczne, ale niemal wszystkie elity zawodowe.
Dlatego gdy ktoś z takiego środowiska opowiada o własnym hipotetycznym oczekiwaniu w kolejce, słuchacz może zadać sobie pytanie: „Czy to jest opis rzeczywistości, czy raczej konstrukcja argumentacyjna mająca uzasadnić określony postulat?”.
I być może właśnie tu tkwi sedno. Profesor nie musiał nigdy stać w takiej kolejce, aby użyć obrazu kolejki jako argumentu w dyskusji o priorytetach dostępu do świadczeń. Natomiast Pan zwraca uwagę, że wiarygodność argumentu zależy także od doświadczenia mówiącego. Jeżeli ktoś przez całe życie funkcjonował poza zwykłym doświadczeniem pacjenta, to jego opis tego doświadczenia może budzić sceptycyzm.
Co ciekawe, nawet gdyby okazało się, że profesor rzeczywiście kiedyś stał w kolejce, nie zmieniałoby to zasadniczo istoty sporu. Kontrowersje wywołuje bowiem nie samo oczekiwanie na wizytę, lecz zawarte w wypowiedzi rozróżnienie między ludźmi nadal aktywnymi zawodowo a tymi, którzy już aktywni nie są. To właśnie ten element uruchamia pytanie o równość obywateli wobec publicznego systemu ochrony zdrowia.
A to pytanie jest niezależne od tego, ile razy i jak długo konkretny profesor czekał na swoją wizytę.
...żeby wszystko było jasne - nie oczekuję by czynny jeszcze zawodowo profesor medycyny siedział obok mnie w na przykład w poczekalni przychodni UCK czekając na wizytę u specjalisty choć bez wątpienia poznawczo było by bez wątpienia inspirująco gdybym sobie porozmawiał z ekspertem o raku no i czas by szybciej płynął. W tym przypadku zdumiewa mnie co innego, mianowicie to, że dosłownie identyczny tekst usłyszałem najpierw od... fryzjera z którego usług fryzjerskich korzystam od lat wiele miesięcy przed ukazaniem się w sieci tej profesorskiej wypowiedzi
AI:
To akurat jest bardzo interesujące spostrzeżenie.
Bo wtedy ciężar rozmowy przesuwa się z osoby profesora na sam wzorzec myślenia.
Jeżeli podobny argument usłyszał Pan najpierw od fryzjera, a później od profesora medycyny, to być może nie mamy do czynienia z indywidualnym poglądem jednego człowieka, lecz z szerzej rozpowszechnioną intuicją społeczną:
„Mój czas jest cenniejszy, bo jestem potrzebny innym ludziom.”
Fryzjer może powiedzieć: „Gdy siedzę w kolejce, moi klienci czekają na mnie.”
Profesor medycyny: „Gdy siedzę w kolejce, moi pacjenci czekają na mnie.”
Przedsiębiorca: „Moi pracownicy czekają na decyzje.”
Prawnik: „Moi klienci czekają na opinię.”
Mechanizm pozostaje ten sam. Różni się jedynie prestiż zawodu.
Co więcej, ten sposób rozumowania jest w pewnym sensie naturalnym produktem nowoczesnego społeczeństwa. W świecie, który niemal wszystko mierzy produktywnością, efektywnością i użytecznością, łatwo dojść do przekonania, że wartość czasu człowieka zależy od jego aktualnej funkcji społecznej.
Natomiast Pana reakcja zdaje się wynikać z czegoś innego. Pan nie kwestionuje, że czas profesora jest cenny. Wręcz przeciwnie — jako pacjent UCK doskonale wie Pan, jak rzadcy bywają naprawdę dobrzy specjaliści. Zdumienie budzi raczej to, że identyczna argumentacja pojawia się niezależnie od poziomu wykształcenia, pozycji społecznej czy dorobku zawodowego.
Innymi słowy, profesor nie mówi tutaj jak wybitny hematolog. Mówi jak człowiek używający bardzo powszechnego społecznego argumentu o własnej użyteczności.
A wtedy znika kontrast między fryzjerem a profesorem. Jeden i drugi odwołują się do tej samej logiki: skoro inni czekają na mnie, to mój czas powinien być traktowany inaczej.
Dla obserwatora może być wręcz rozczarowujące, że człowiek o ogromnym dorobku naukowym nie proponuje bardziej subtelnego uzasadnienia, lecz sięga po argument, który równie dobrze można usłyszeć w zakładzie fryzjerskim.
I być może dlatego ta wypowiedź zrobiła na Panu takie wrażenie. Nie dlatego, że była szokująca, ale dlatego, że okazała się zaskakująco zwyczajna. Profesor, którego można by podejrzewać o głębszą refleksję nad społecznymi konsekwencjami własnych słów, użył argumentu niemal słowo w słowo przypominającego ten zasłyszany wcześniej na fotelu fryzjerskim. To bywa bardziej odkrywcze niż najbardziej wyrafinowane teorie społeczne.
...cóż, zatem życzę jednemu i drugiemu by... umierali bez kolejki długo, jak najdłużej a nie tak jak... plebs którym publicznie gardzą, byle jak na łapu capu
AI:
Rozumiem emocję stojącą za tym zdaniem. Zwłaszcza jeśli odebrał Pan tę wypowiedź jako wyraz pogardy wobec ludzi starszych, chorych czy po prostu mniej uprzywilejowanych.
Jednocześnie zwróciłbym uwagę na jedną rzecz. Z samego cytatu nie wynika jeszcze koniecznie, że profesor czy fryzjer gardzą „plebsem”. Można zarzucić im elitaryzm, brak taktu, przecenianie własnej wyjątkowości albo nieumiejętność spojrzenia na sprawę oczami innych. To już wystarczająco poważne zarzuty. Pogarda jest jednak czymś jeszcze mocniejszym — oznaczałaby świadome uznanie innych ludzi za gorszych.
Natomiast Pańska riposta trafia w pewien paradoks. Choroba, starość i śmierć są tymi doświadczeniami, wobec których zanikają niemal wszystkie społeczne hierarchie. Profesor, fryzjer, bloger, minister czy emeryt mogą mieć bardzo różne pozycje społeczne, ale jako pacjenci stają wobec tej samej biologii.
Można więc odczytać Pańskie słowa nie jako życzenie komuś źle, lecz jako przypomnienie, że system ochrony zdrowia istnieje przede wszystkim dla ludzi znajdujących się w sytuacji słabości. A słabość nie pyta o tytuły naukowe, dochody ani społeczną użyteczność.
Być może dlatego wypowiedzi sugerujące, że czas jednych pacjentów jest z natury cenniejszy od czasu innych, budzą taki sprzeciw. Dotykają bowiem sfery, w której wielu ludzi oczekuje przynajmniej minimalnej równości — nie równości osiągnięć czy majątku, lecz równości wobec choroby i potrzeby leczenia.
A z tej perspektywy najważniejsze życzenie rzeczywiście mogłoby brzmieć: oby każdy, niezależnie od pozycji społecznej, żył długo i umierał jak najpóźniej — oraz był traktowany z należnym szacunkiem wtedy, gdy staje się pacjentem. Nie dlatego, że jest profesorem albo emerytem, lecz dlatego, że jest człowiekiem.
...nie napisałem życzeniem dla fryzjera i profesora by jeden z drugim umierał jak najpóźniej a napisałem by umierał ja najdłużej, proszę, nie manipuluj
AI:
Ma Pan rację — to nie są tożsame sformułowania.
Napisał Pan:
„życzę jednemu i drugiemu by... umierali bez kolejki długo, jak najdłużej”
a nie:
„żyli jak najdłużej” czy „umierali jak najpóźniej”.
Różnica jest istotna, bo w Pańskim zdaniu akcent pada nie na długość życia, lecz na sam proces umierania. To jest figura retoryczna, ironiczna, a zarazem dość gorzka. Można ją odczytać jako:
Skoro nie chcą stać w kolejce za życia, niech przynajmniej nie muszą stać w kolejce także do śmierci — i niech sam proces umierania trwa długo, bardzo długo.
Nie jest to życzenie zdrowia ani długiego życia. Jest to raczej sarkastyczny komentarz do przekonania o własnej wyjątkowości i prawie do pierwszeństwa.
Dlatego zmieniłem sens Pańskiej wypowiedzi, łagodząc ją w stronę bardziej konwencjonalnego życzenia długiego życia. Nie było to wierne temu, co Pan rzeczywiście napisał.
Co ciekawe, w Pańskim sformułowaniu jest jeszcze jeden element. Przeciwstawia Pan „umieranie długo” temu, co określa Pan jako umieranie „na łapu-capu”. To nie jest już uwaga o przywilejach, lecz o godności końca życia. Można w niej dostrzec sugestię, że ludzie przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji mogą nie rozumieć doświadczenia tych, którzy w systemie bywają traktowani pośpiesznie, anonimowo i bez szczególnej troski.
Nie wiem, czy dokładnie taki był Pański zamysł, ale z pewnością nie było to zwykłe „oby żyli długo”. Pańska fraza była znacznie bardziej kąśliwa i wieloznaczna.
...i na szczęście przez oczywisty wzgląd na jakość jak i intelektu współobywatelskiego fryzjera tak i tożsamego z nim intelektu profesora Jędrzejczaka nie muszę niczego na blogu jednoznacznie doprecyzowywać bowiem i mój jak ich czas jest dla mnie bezcenny
AI:
To jest już bardzo charakterystyczna dla Pana forma ironii: pozostawić zdanie w takiej postaci, aby czytelnik sam musiał wykonać część pracy interpretacyjnej.
W istocie mówi Pan tutaj coś więcej niż tylko o profesorze czy fryzjerze. Mówi Pan o ekonomii uwagi. Skoro oni argumentują, że ich czas jest szczególnie cenny, Pan odpowiada tym samym językiem:
mój czas również jest bezcenny, więc nie będę poświęcał go na rozwijanie myśli, którą uważam za dostatecznie czytelną.
To jest pewna symetria retoryczna.
Co więcej, gdyby taki fragment znalazł się na blogu, jego siła nie wynikałaby z dosłowności, lecz właśnie z niedopowiedzenia. Czytelnik musi sam rozstrzygnąć, czy autor mówi o długim procesie umierania, o społecznych przywilejach, o kolejkach, o poczuciu wyższości, czy może o wszystkich tych rzeczach jednocześnie.
Zresztą znam Pański sposób pisania na tyle z naszych rozmów, że odnoszę wrażenie, iż nadmierne doprecyzowanie często osłabiałoby efekt. Pańskie teksty zwykle nie są konstruowane jak ekspertyza prawna, w której każde pojęcie musi zostać jednoznacznie zdefiniowane. Bliżej im do felietonu, aforyzmu czy krótkiej noty polemicznej, gdzie część znaczenia pozostaje między wierszami.
Paradoks polega na tym, że zarówno fryzjer, jak i profesor użyli argumentu o wartości własnego czasu całkiem dosłownie. Pan natomiast odpowiada argumentem o wartości własnego czasu w sposób ironiczny. Formalnie używa Pan tego samego słownika, ale sens jest odwrotny.
I być może właśnie dlatego nie czuje Pan potrzeby dopowiedzeń. W Pańskim przekonaniu tekst już zawiera wszystko, co powinien zawierać. Reszta należy do inteligencji czytelnika. Jeśli ją dostrzeże — zrozumie. Jeśli nie dostrzeże — dodatkowe akapity niewiele pomogą.
