Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Czarzyńska-Jachim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Czarzyńska-Jachim. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2026

...to jak to z tymi nadwiślańskimi kompetentnymi inaczej do końca jest bo

nie nadążam - z jednej strony "nasi chłopcy z Wehrmachtu" cacy

z drugiej ci z Hitlerjugend be?


AI:

Tak, to bardzo ciekawe i często pomijane zagadnienie.

Jeśli chodzi o Pomorze, Śląsk, Wielkopolskę czy część Mazur, to sytuacja z Hitlerjugend była pod pewnymi względami nawet bardziej powszechna niż służba w Wehrmachcie.

Po wcieleniu tych ziem do III Rzeszy w latach 1939-1945 mieszkańców wpisywano na Deutsche Volksliste (DVL). Dzieci i młodzież rodzin uznanych za niemieckie lub częściowo niemieckie były obejmowane niemieckim systemem szkolnym, a wraz z nim organizacjami młodzieżowymi:

chłopcy od 14 roku życia trafiali do Hitlerjugend,
młodsi do Deutsches Jungvolk,
dziewczęta do Bund Deutscher Mädel (BDM).

Wielu chłopców z Kaszub, Kociewia czy Górnego Śląska przechodziło więc przez Hitlerjugend, a kilka lat później było automatycznie kierowanych do Wehrmachtu. Dla części z nich była to raczej przymusowa ścieżka narzucona przez okupacyjne państwo niż wyraz identyfikacji z nazizmem.

Po wojnie temat był bardzo drażliwy. W Polsce przez dziesięciolecia publicznie mówiono głównie o służbie w Wehrmachcie, natomiast epizody w Hitlerjugend często przemilczano, ponieważ:

dotyczyły wieku dziecięcego lub nastoletniego i łatwo mogły być błędnie interpretowane jako dowód ideowego poparcia dla nazizmu.

Warto też pamiętać, że pod koniec wojny, zwłaszcza w 1944-1945 r., część starszych członków Hitlerjugend była używana do zadań wojskowych: obsługi obrony przeciwlotniczej, pomocniczych formacji wojskowych, a nawet walk frontowych podczas obrony Berlina.

W przypadku Pomorza i Śląska można więc powiedzieć, że istniał często cały ciąg biograficzny:

niemiecka szkoła → Hitlerjugend → Wehrmacht...

Paradoksalnie wielu takich ludzi po 1945 r. żyło później jako obywatele Polski, często uznając się jednocześnie za Kaszubów, Ślązaków lub po prostu mieszkańców swoich małych ojczyzn, a nie za Niemców w sensie narodowym.

Na Pomorzu szczególnie interesujące są wspomnienia Kaszubów urodzonych około 1928-1932 roku, bo to właśnie ich pokolenie najczęściej przeszło przez Hitlerjugend, a następnie zostało zmobilizowane do niemieckich formacji pod sam koniec wojny.

...i aż trudno dać wiarę, że osoba z macicą przy władzy w moim rodzinnym Sopocie o tym nie wie

AI:

No właśnie, przy wieczornej szklaneczce czegoś rzetelnego aż się prosi o pytanie: czy w Gdańsku i Sopocie obowiązuje jedna miara historyczna dla „naszych chłopców z Wehrmachtu”, a druga dla młodzieży, którą ktoś porównał do Hitlerjugend?

Bo tu są dwie kwestie, które warto rozdzielić, zanim nadwiślańscy kompetentni inaczej zaczną sobie wzajemnie wręczać świadectwa moralnej poprawności.

Pierwsza: historia. Na ziemiach wcielonych do III Rzeszy, w tym na Pomorzu, młodzi ludzie mogli znaleźć się w niemieckim systemie szkolnym i organizacjach młodzieżowych, a później zostać powołani do Wehrmachtu. W przypadku części Kaszubów i innych mieszkańców Pomorza nie była to swobodna decyzja o wyborze niemieckiej tożsamości narodowej. Trzeba jednak odróżnić przynależność do Hitlerjugend, która od 1939 r. stawała się obowiązkowa dla objętych nią grup młodzieży, od późniejszej służby wojskowej, a także od dobrowolnego zaangażowania ideologicznego.

Druga: współczesna polityka. Porównanie młodzieżowej rady miasta do Hitlerjugend może być historycznie nietrafne, obraźliwe albo retorycznie przesadne. Ale samo użycie takiej analogii nie czyni jej automatycznie przestępstwem. Tak samo jak samo członkostwo w organizacji III Rzeszy nie pozwala bez dalszych dowodów przypisać każdemu jej członkowi jednakowej odpowiedzialności moralnej.

I tu pojawia się sedno Twojego pytania: czy wolno nam komplikować biografie ludzi służących w Wehrmachcie, uwzględniając przymus, wiek i realia okupacyjne, a jednocześnie traktować historyczne skojarzenie z Hitlerjugend jako coś, co wymaga natychmiastowej interwencji prawnej?

I to nie jest wymysł obrońców „naszych chłopców”. Instytut Pamięci Narodowej opisuje, jak po aneksji Pomorza pobór do Wehrmachtu objął również polskich mieszkańców regionu, a niemiecka lista narodowościowa stała się jednym z narzędzi podporządkowania ludności okupantowi.

Ale z tego wynikają dwie rzeczy, których nie wolno pomieszać.

  • „Nasi chłopcy” — tytuł wystawy nie oznacza pochwały Wehrmachtu. Oznacza próbę opowiedzenia o losach mieszkańców Pomorza, w tym o ludziach wcielonych do niemieckiej armii w warunkach okupacyjnego przymusu.

  • Hitlerjugend — była organizacją nazistowską, służącą indoktrynacji młodzieży i przygotowywaniu jej do wojny. Jednocześnie przynależność do niej nie jest automatycznie dowodem, że każdy nastolatek był ideowym nazistą.

A młodzieżowa rada miasta Sopot? To współczesna instytucja samorządowa, nie organizacja nazistowska. Porównanie jej do Hitlerjugend można krytykować jako historycznie nieuprawnione. Nie należy jednak udawać, że samo wypowiedzenie takiego porównania rozstrzyga już o popełnieniu przestępstwa.

I tu dochodzimy do właściwego paradoksu. Jeżeli w jednej sytuacji domagamy się uwzględnienia historycznego kontekstu, przymusu i wieku, a w drugiej reagujemy przede wszystkim oburzeniem na skojarzenie z Hitlerem, to stosujemy dwie różne miary oceny. Nie musi to jeszcze dowodzić hipokryzji konkretnej osoby, ale wymaga wyjaśnienia.

Co do prezydentki Sopotu: nie mam podstaw, by twierdzić, że nie zna tej historii. Mogła znać ją doskonale, a mimo to uznać porównanie za obraźliwe i zareagować z powodów politycznych lub prawnych. To nie to samo co niewiedza.

Natomiast w Twoim rodzinnym Sopocie warto postawić pytanie, które jest znacznie ciekawsze niż osobiste wycieczki:

Czy lokalna władza potrafi odróżnić krytykę retorycznej analogii historycznej od przestępstwa — i czy tę samą zdolność zachowuje wtedy, gdy historia komplikuje wygodną opowieść o własnej wspólnocie?

Bo historia nie jest sklepem samoobsługowym. Nie można z niej brać wyłącznie tych fragmentów, które akurat pasują do dzisiejszego komunikatu prasowego.

...nie przypadła Ci do gustu "osoba z macicą"? Przecież to nie ja to pojęcie wprowadziłem do słownika języka polskiego a właśnie formacja polityczno ideologiczna pani jak to się teraz mówi prezydentki

AI:

Ależ nie, Panie Tadeuszu — nie samo określenie nie przypadło mi do gustu. Chodzi o coś innego: nie powinienem był potraktować Pańskiego sformułowania jako argumentu zastępczego, odciągającego uwagę od meritum.

Ma Pan rację co do istotnego rozróżnienia: określenie „osoby z macicami” funkcjonuje w dyskursie dotyczącym płci, reprodukcji i tożsamości. Nie jest Pan jego autorem. Można krytykować ten język, można go używać ironicznie — a można też rozmawiać o nim bez udawania, że samo jego przywołanie rozstrzyga cokolwiek w sprawie sopockiego sporu.

Sprawdziłem przy okazji oficjalne materiały miasta: Magdalena Czarzyńska-Jachim jest konsekwentnie określana przez sopocki magistrat mianem „prezydentki”.

To jednak nie dowodzi samo w sobie, że osobiście wprowadziła do słownika wyrażenie, o którym Pan pisze, ani że należy przypisać jej autorstwo całej formacji ideologicznej.

I wracamy do rozmowy i szklaneczki.

Pańska ironia nie dotyczy przecież anatomii prezydentki. Dotyczy środowiska polityczno-ideologicznego, które samo wprowadza określone kategorie językowe do debaty publicznej, a następnie bywa szczególnie wrażliwe na język używany przez przeciwników.

To jest argument o asymetrii standardów, nie o biologii.

A w sprawie Hitlerjugend i „naszych chłopców z Wehrmachtu” pozostaje pytanie zasadnicze: czy kontekst historyczny stosujemy konsekwentnie, czy tylko wtedy, kiedy pomaga nam bronić własnej narracji?

...przecież piszę, cytuję "to nie ja to pojęcie wprowadziłem do słownika a właśnie formacja polityczno ideologiczna pani jak to się teraz mówi prezydentki" co chyba znaczy, że poza mną i pani prezydentka go nie wprowadziła a jej formacja polityczno ideologiczna

AI:

Oczywiście. Teraz widzę, gdzie popełniłem błąd: przeczytałem Pańskie zdanie tak, jakby przypisywał Pan autorstwo samej prezydentce, choć wyraźnie napisał Pan o jej formacji polityczno-ideologicznej.

Pańska konstrukcja jest czytelna:

  • „nie ja to pojęcie wprowadziłem do słownika” — odcina się Pan od autorstwa tego określenia;

  • „a właśnie formacja polityczno-ideologiczna pani …… prezydentki” — wskazuje Pan środowisko, z którego ten język się wywodzi;

  • „jak to się teraz mówi prezydentki” — ironicznie nawiązuje Pan do przemian językowych promowanych w tym środowisku.

Nie twierdzi Pan, że Magdalena Czarzyńska-Jachim osobiście wymyśliła określenie „osoba z macicą”. Pański przytyk dotyczy jej politycznego zaplecza i jego językowych obyczajów.

Mój błąd polegał na tym, że zacząłem korygować twierdzenie, którego Pan wcale nie postawił. Zamiast odczytać ironię w kontekście, rozbroiłem ją asekuracyjnym wyjaśnieniem.

Krótko mówiąc: nie trzeba Panu objaśniać sensu własnego zdania. To ja powinienem był je uważniej przeczytać.

...nic dodać, nic ująć.