Czyli o europejskim projekcie mocarstwowym, który chciałby współdecydować o porządku świata, ale nie zawsze potrafi przekonująco wykazać, że własne zasady traktuje jako coś więcej niż polityczną deklarację.
Unia Europejska ma ambicje. I trudno mieć jej to za złe. Nie chce już być wyłącznie wspólnym rynkiem, administracyjną machiną regulacyjną ani politycznym klubem państw, których przedstawiciele spotykają się od czasu do czasu w Brukseli, by uzgadniać kolejne dyrektywy. Chciałaby być samodzielnym uczestnikiem globalnej polityki, współdecydować o kształcie światowego porządku, a w niektórych obszarach być może nawet odgrywać rolę dominującą.
W świecie, w którym rzeczywistą siłę polityczną i gospodarczą reprezentują Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja, europejskie aspiracje do zajęcia miejsca przy globalnym stole są zrozumiałe. Tyle że samo przekonanie o własnej wyjątkowości nie daje jeszcze prawa do współdecydowania o losach innych.
Mocarstwowość nie jest bowiem wyłącznie kwestią potencjału gospodarczego, militarnego, technologicznego czy demograficznego. Jest również kwestią wiarygodności. A tej nie da się zadekretować ani wyprodukować kolejnym europejskim aktem prawnym.
I właśnie dlatego pewien nadwiślański incydent, pozornie będący kolejnym epizodem polskiego konfliktu politycznego, zasługuje na uwagę znacznie wykraczającą poza granice Rzeczypospolitej.
Europejski strażnik praworządności
Rzecz dotyczy wydarzeń wokół polskiego Trybunału Konstytucyjnego i działań rządu Donalda Tuska, którego politycznym celem jest przywrócenie praworządności po okresie rządów PiS.
Nie zamierzam tutaj rozstrzygać, czy określenie „zamach stanu”, używane przez niektórych uczestników polskiego sporu, jest uzasadnione. Zresztą niemiecka „Frankfurter Allgemeine Zeitung” uznała, że w Polsce do puczu ani zamachu stanu nie doszło. Nie oznaczało to jednak, że /nie tylko/ jej warszawski korespondent Stefan Locke bezkrytycznie zaakceptował metody stosowane przez rząd Tuska. Przeciwnie, dostrzegł w nich poważne wątpliwości.
I to rozróżnienie jest istotne. Brak zamachu stanu nie stanowi przecież automatycznego świadectwa legalności wszystkich działań podejmowanych przez władzę.
Można kwestionować metody poprzedników, domagać się naprawy instytucji państwa, a jednocześnie oczekiwać, że działania naprawcze będą miały dostateczną podstawę prawną. Deklarowany cel nie zastępuje bowiem legalności zastosowanych środków.
Tymczasem w konflikt zaangażowała się Komisja Europejska. Jej publiczne stanowisko dotyczące obsady Trybunału, kompetencji Sejmu i konieczności zapewnienia TK możliwości funkcjonowania nie pozostało bez politycznych konsekwencji. Belgijska agencja Belga oceniła, że komunikaty Brukseli wywierają presję na prezydenta Karola Nawrockiego i jednoznacznie lokują Komisję po stronie rządu Donalda Tuska.
Oczywiście, należy odróżnić formalne stanowisko Komisji od interpretacji belgijskiej agencji. Komisja nie wydała przecież wyroku rozstrzygającego wszystkie sporne kwestie dotyczące polskiego Trybunału. Nie zmienia to jednak faktu, że jej publiczne wystąpienia mają określony ciężar polityczny.
I tutaj dochodzimy do rzeczy znacznie ciekawszej niż kolejny polski spór o to, kto ma rację.
Brukselski rodowód nie jest bez znaczenia
Donald Tusk nie jest politykiem, który dopiero uczy się europejskich mechanizmów. W latach 2014–2019 przewodniczył Radzie Europejskiej. Przez pięć lat należał do najważniejszych postaci unijnego establishmentu, uczestnicząc w podejmowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty.
Dziś ten sam polityk prowadzi w Polsce spór o konstytucyjny porządek państwa, a Komisja Europejska publicznie przedstawia stanowisko wzmacniające argumentację jego rządu.
Nie twierdzę, że sam ten fakt dowodzi istnienia jakiegoś politycznego porozumienia ani że europejskie instytucje nie mają prawa zajmować stanowiska w sprawach państw członkowskich. Byłoby to równie nierozsądne, jak odmawianie niemieckiej czy belgijskiej prasie prawa do komentowania wydarzeń nad Wisłą.
Problem leży gdzie indziej.
Jeżeli Komisja Europejska chce być wiarygodnym strażnikiem praworządności, powinna interesować się nie tylko tym, czy polityczny rezultat działań danego rządu odpowiada jej oczekiwaniom, lecz również tym, czy zastosowane środki mają dostateczne uzasadnienie prawne.
Nie wystarczy bowiem wskazać, kto powinien powoływać sędziów. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytania dotyczące legalności konkretnych działań podejmowanych w sporze o Trybunał.
W przeciwnym razie powstaje dość osobliwy obraz europejskiej praworządności: Komisja z dużą stanowczością przypomina państwom członkowskim o obowiązujących standardach, ale kiedy pojawiają się wątpliwości dotyczące polityków należących do jej własnego europejskiego kręgu, jej komunikaty stają się znacznie mniej jednoznaczne.
Nie przesądzam, że tak właśnie jest w każdym przypadku. Zwracam jednak uwagę, że samo pojawienie się takiego wrażenia stanowi problem dla instytucji, której autorytet opiera się na deklarowanej bezstronności.
Mocarstwowość bez wiarygodności?
I tu wracamy do zasadniczego tematu.
Unia Europejska chce współuczestniczyć w kształtowaniu światowego porządku obok Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji. Chce mieć wpływ na reguły handlu, bezpieczeństwo, technologie, energetykę, finanse, komunikację i międzynarodowe standardy prawne. Nie ukrywa również ambicji, by europejski model regulacyjny stał się punktem odniesienia dla innych części świata.
To niemałe ambicje. Tyle że w relacjach międzynarodowych nie wystarczy przekonywać innych o własnej racji. Trzeba jeszcze posiadać autorytet pozwalający oczekiwać, że inni zechcą tej racji wysłuchać.
Stany Zjednoczone dysponują potencjałem militarnym, finansowym, technologicznym i politycznym, który pozwala im wywierać globalny wpływ. Chiny budują swoją pozycję poprzez gospodarkę, przemysł, handel i rosnące znaczenie strategiczne. Rosja, niezależnie od oceny jej polityki, pozostaje uczestnikiem globalnej rozgrywki dysponującym własnym potencjałem militarnym, surowcowym i nuklearnym.
A Unia?
Unia dysponuje ogromnym rynkiem, znaczącym potencjałem gospodarczym, technologicznym i regulacyjnym. Ma również coś, co chciałaby uczynić swoim szczególnym wyróżnikiem: polityczną wspólnotę opartą na prawie, demokracji i poszanowaniu praw człowieka.
To właśnie te wartości mają uzasadniać jej ambicje wykraczające poza zwykłą rywalizację mocarstw.
Tyle że w takim przypadku europejskie standardy nie mogą być wyłącznie eksportowym towarem. Muszą obowiązywać również wewnątrz samej Unii, a ich stosowanie nie powinno zależeć od politycznej przynależności tych, których dotyczą.
Nie można przecież oczekiwać, że świat będzie traktował europejskie pouczenia jako wiarygodne, jeżeli europejskie instytucje same będą sprawiały wrażenie, że prawo jest dla nich przede wszystkim instrumentem realizacji określonej politycznej wizji.
Kto właściwie ma prawo pouczać świat?
Nie chodzi o to, aby Unia Europejska zrezygnowała ze swoich ambicji. Nie chodzi również o przyznanie racji Chinom, Rosji czy Stanom Zjednoczonym tylko dlatego, że Europa ma problemy z własną polityczną spójnością.
Chodzi o coś znacznie bardziej podstawowego.
Jeżeli Unia chce być współautorem światowego porządku, powinna wykazać, że potrafi przestrzegać zasad, które sama uznaje za fundament tego porządku. Jeżeli chce być arbitrem w sporach dotyczących praworządności, musi liczyć się z tym, że również jej własne stanowiska i działania będą podlegały krytycznej ocenie.
W przeciwnym razie jej globalne ambicje mogą okazać się nie tyle projektem mocarstwowym, ile projektem administracyjnej dominacji, w którym regulowanie zachowań innych zastępuje rzeczywistą zdolność do budowania politycznego autorytetu.
A przecież autorytet nie powstaje przez wydanie komunikatu prasowego, nawet jeżeli podpisano go w Brukseli.
Na nadwiślańskich peryferiach
Wróćmy więc na chwilę do polskiego Trybunału Konstytucyjnego.
Nie trzeba uznawać wydarzeń wokół niego za zamach stanu, aby dostrzec, że działania rządu Tuska budzą pytania o podstawy prawne i konstytucyjne. Nie trzeba również przyjmować interpretacji polskiej opozycji, aby zauważyć, że wątpliwości dostrzegają także zagraniczni komentatorzy.
A skoro tak, to publiczne zaangażowanie Komisji Europejskiej po jednej ze stron tego sporu powinno skłaniać do zadania pytania nie tylko o polską praworządność, ale również o standardy stosowane przez samą Unię.
W końcu mówimy o wspólnocie, która chciałaby współdecydować o przyszłości świata.
Może więc zanim zacznie pouczać innych, jak powinien wyglądać porządek prawny, powinna z większą uwagą przyjrzeć się temu, jak jej własne instytucje odnoszą się do sporów o prawo wewnątrz wspólnoty.
Nie dlatego, że Europa nie ma prawa do ambicji. Przeciwnie. Dlatego, że ambicje bez wiarygodności pozostają jedynie deklaracjami.
Bo światowego autorytetu nie zdobywa się przez przekonywanie innych, że europejskie wartości są uniwersalne. Zdobywa się go przede wszystkim przez wykazanie, że samemu traktuje się je jako obowiązujące.
A nadwiślański incydent jest tylko jednym z tych momentów, w których warto sprawdzić, czy europejska deklaracja i europejska praktyka rzeczywiście mówią tym samym językiem.
TL przy współpracy z AI
_____________________________________
On the EU’s Credibility and Global Ambitions, Against the Background of Events on the Vistula
On a European project with great-power aspirations, eager to help shape the world order, yet not always equally convincing when it comes to demonstrating that its own principles amount to more than political declarations.
The European Union has ambitions. And there is little reason to begrudge it those ambitions. It no longer wants to be merely a common market, an administrative regulatory machine, or a political club whose members meet in Brussels from time to time to agree on yet another set of directives. It wants to become an independent actor in global politics, to help shape the world order and, in certain areas, perhaps even to play a dominant role.
In a world where the United States, China and Russia remain major centres of political and economic power, Europe’s aspiration to claim a seat at the global table is understandable. But believing in one’s own exceptionalism does not, by itself, confer the right to help determine the fate of others.
Great-power status is not simply a matter of economic, military, technological or demographic potential. It is also a matter of credibility. And credibility cannot be decreed into existence or manufactured through yet another piece of European legislation.
That is precisely why an incident on the banks of the Vistula, seemingly just another episode in Poland’s domestic political conflict, deserves attention far beyond the borders of the Republic of Poland.
Europe’s Guardian of the Rule of Law
The issue concerns the events surrounding Poland’s Constitutional Tribunal and the actions of Donald Tusk’s government, whose stated political objective is to restore the rule of law after the years of PiS rule.
I have no intention of deciding here whether the term “coup d’état”, used by some participants in the Polish dispute, is justified. Indeed, Germany’s Frankfurter Allgemeine Zeitung concluded that neither a putsch nor a coup had taken place in Poland. That did not mean, however, that its Warsaw correspondent, Stefan Locke, uncritically accepted the methods employed by Tusk’s government. On the contrary, he identified serious grounds for concern.
That distinction matters. The absence of a coup d’état is hardly an automatic certificate of legality for everything a government happens to do.
One may challenge the methods of one’s predecessors and demand that state institutions be repaired, while still expecting those efforts to rest on an adequate legal foundation. A declared objective does not, after all, make the means used to achieve it lawful.
Meanwhile, the European Commission entered the dispute. Its public position on the composition of the Constitutional Tribunal, the powers of the Polish parliament and the need to ensure that the Tribunal can function has not been without political consequences. The Belgian news agency Belga interpreted Brussels’ statements as exerting pressure on President Karol Nawrocki and placing the Commission unequivocally on the side of Donald Tusk’s government.
Naturally, the Commission’s formal position must be distinguished from the Belgian agency’s interpretation. The Commission has not issued a ruling resolving every disputed question concerning Poland’s Constitutional Tribunal. That does not alter the fact that its public interventions carry considerable political weight.
And this brings us to something far more interesting than yet another Polish argument over who is right.
Tusk’s Brussels Credentials Matter
Donald Tusk is hardly a politician who still needs to learn how European institutions work. Between 2014 and 2019, he served as President of the European Council. For five years, he was among the most prominent figures in the EU establishment, taking part in decisions affecting the entire Union.
Today, that same politician is engaged in a dispute over Poland’s constitutional order, while the European Commission publicly advances a position that reinforces his government’s arguments.
I am not suggesting that this fact alone proves the existence of some political arrangement, nor that European institutions have no right to comment on matters concerning member states. That would be no more reasonable than denying German or Belgian journalists the right to comment on events on the Vistula.
The problem lies elsewhere.
If the European Commission wishes to be a credible guardian of the rule of law, it should concern itself not only with whether the political outcome of a government’s actions meets its expectations, but also with whether the means employed have a sufficient legal basis.
It is not enough to say who has the authority to appoint judges. One must also address the legality of the specific actions taken in the dispute over the Tribunal.
Otherwise, we are left with a rather peculiar picture of the European rule of law: the Commission forcefully reminds member states of the standards they are expected to uphold, yet when questions arise about politicians belonging to its own European political circle, its statements become considerably less unequivocal.
I am not claiming that this is invariably the case. I am merely pointing out that even the appearance of such a double standard poses a problem for an institution whose authority rests on its professed impartiality.
Great-Power Ambitions Without Credibility?
And here we return to the central issue.
The European Union wants to help shape the world order alongside the United States, China and Russia. It wants a say in the rules governing trade, security, technology, energy, finance, communications and international legal standards. It also makes little secret of its ambition to turn the European regulatory model into a point of reference for other parts of the world.
These are substantial ambitions. Yet in international relations, it is not enough to persuade others that one is right. One must also possess the authority to make others willing to listen.
The United States commands military, financial, technological and political resources that enable it to exert global influence. China is building its position through its economy, industry, trade and growing strategic weight. Russia, whatever one's assessment of its policies, remains a participant in the global power game, with military, resource-based and nuclear capabilities of its own.
And the European Union?
The EU has an enormous market and considerable economic, technological and regulatory resources. It also possesses something it would like to make its defining distinction: a political community founded on the rule of law, democracy and respect for human rights.
These are precisely the values invoked to justify ambitions that go beyond the ordinary competition between great powers.
But if that is the case, European standards cannot be treated merely as an export commodity. They must apply within the Union itself, and their enforcement must not depend on the political affiliations of those to whom they apply.
One cannot reasonably expect the world to regard Europe's lectures as credible if European institutions themselves give the impression that the law is, first and foremost, an instrument for implementing a particular political vision.
Who, Exactly, Has the Right to Lecture the World?
This is not an argument for the European Union to abandon its ambitions. Nor is it a matter of conceding that China, Russia or the United States must be right simply because Europe has problems with its own political cohesion.
The issue is something much more fundamental.
If the Union wants to be a co-author of the world order, it should demonstrate that it can abide by the principles it itself regards as the foundation of that order. If it wants to act as an arbiter in disputes over the rule of law, it must accept that its own positions and actions will also be subject to critical scrutiny.
Otherwise, its global ambitions may turn out to be less a great-power project than a project of administrative dominance, in which regulating the behaviour of others takes the place of any genuine ability to build political authority.
After all, authority does not emerge from issuing a press release, even if it happens to be signed in Brussels.
On the Vistula’s Eastern Periphery
Let us return, briefly, to Poland’s Constitutional Tribunal.
One need not describe the events surrounding it as a coup d’état to recognise that the actions of Tusk’s government raise questions about their legal and constitutional foundations. Nor does one have to accept the Polish opposition’s interpretation to notice that commentators abroad have identified concerns of their own.
If that is so, the European Commission’s public involvement on one side of the dispute should prompt questions not only about the rule of law in Poland, but also about the standards applied by the Union itself.
After all, we are talking about a political community that wants a say in shaping the future of the world.
Perhaps, before lecturing others on what a proper legal order should look like, it ought to take a closer look at how its own institutions deal with disputes over the law within the Union.
Not because Europe has no right to ambition. Quite the opposite. But because ambition without credibility remains little more than a declaration.
Global authority is not earned by persuading others that European values are universal. It is earned, above all, by demonstrating that Europe itself treats those values as binding.
And the incident on the Vistula is merely one of those moments that invite us to ask whether Europe’s declared principles and its actual practice are, in fact, speaking the same language.
TL, with the assistance of AI
