A Lesson in Foreign Policy from the Provincial Bar Counter at “Ptyś”
Over my first glass of something respectable that evening, I read in Asia Times about the extraordinary visit of CIA Director John Ratcliffe to Moscow.
Extraordinary not because an American intelligence official talks to the Russians — great powers, even when they are in conflict, maintain channels of communication. What is extraordinary is that it was the CIA director himself who went to Moscow, while the substance of the conversation remains largely unknown.
And that brought back a question I had asked myself earlier: should politicians such as Volodymyr Zelenskyy, Donald Tusk, Radosław Sikorski, and Friedrich Merz not remember the old rule that a sapper makes a mistake only once?
This is, of course, not about comparing politics to the work of a sapper. It is about something much simpler: in international politics, not every mistake can later be corrected at a press conference.
The Ratcliffe visit makes this even more interesting.
Perhaps Washington did not go to Moscow to “find out where the line lies that Russia must not cross.” Perhaps the opposite is true: the Americans wanted to tell Moscow where their own line lies, while also finding out whether Moscow would take that information on board.
If reports that Ratcliffe warned Russia against a possible attack on NATO countries are accurate, then this would indeed have been a conversation about real red lines. But we do not know the details of the meeting, and its participants do not appear to be in any hurry to reveal them.
And that discretion seems to me more interesting than all the declarations coming out of Europe.
For perhaps the greatest mistake of European politicians is the assumption that American policy toward Russia must be exactly the same thing as European policy toward Russia.
It need not be.
Washington can support Ukraine and talk to Moscow at the same time. Moscow can wage war and maintain channels of communication with Washington at the same time. European policy, meanwhile, increasingly seems to be trying to replace strategic calculation with the language of declarations.
And it was precisely then, at the provincial bar counter of “Ptyś,” that I heard a remark which — to my surprise — turned out to be quite a good lesson in international relations:
“To begin with, Zelenskyy, Tusk, Sikorski and Merz must learn to refer to Putin as ‘Mr. Putin.’ Then we’ll see what happens next.”
One can laugh at this. One can dismiss it as a barroom joke. Or one can take the remark more seriously.
“Mr. Putin” does not imply sympathy for Putin, nor acceptance of his policies. It means something much more basic: recognizing a political fact.
On the other side there is not some abstract “regime” that can be removed from the vocabulary by applying sufficiently strong epithets. There is a state possessing enormous military, nuclear and political capabilities — and a man who, regardless of how one judges his policies, remains one of the most consequential decision-makers in the contemporary world.
One can therefore say, “Putin must…”
Or one can say, “Mr. Putin must…”
The difference appears insignificant. Politically, it may be fundamental.
The first belongs to the language of political demonstration. The second reminds us that there is an actor on the other side whose existence and decisions have to be taken into account.
Of course, adding the word “Mr.” solves nothing by itself. One can say “Mr. Putin” while pursuing an extremely tough policy of deterrence. One can also say “Putin” with the utmost politeness and pursue a completely irrational policy.
But perhaps that is precisely where one should begin: by distinguishing between the language of political mobilization and the language of statecraft.
The great powers evidently still understand the difference.
So if the CIA director travels to Moscow to speak with the head of Russian intelligence, perhaps it is worth asking whether those who speak most loudly about the need to prepare Europe for confrontation understand equally well what may actually follow from their words.
A sapper, as the saying goes, makes a mistake only once.
A politician can make mistakes many times.
The problem begins when his mistake ceases to be his alone.
So perhaps it really is worth beginning with the simplest lesson from the “Ptyś” bar:
First, learn to say “Mr. Putin.”
Then try to find out what Mr. Putin wants.
Next, consider what you want.
Only then say what anyone “must” do.
And then we’ll see what happens next.
_________________________________________
Lekcja polityki zagranicznej znad prowincjonalnego kontuaru baru "Ptyś"
Przy pierwszej szklaneczce czegoś rzetelnego tego wieczoru przeczytałem w Asia Times informację o niezwykłej wizycie dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie. Niezwykłej nie dlatego, że przedstawiciel amerykańskich służb rozmawia z Rosjanami — wielkie mocarstwa, nawet kiedy prowadzą ze sobą konflikt, zachowują kanały komunikacji. Niezwykłe jest raczej to, że do Moskwy pojechał właśnie dyrektor CIA, a treść rozmowy pozostaje w znacznej mierze nieznana.
I wtedy przypomniało mi się pytanie, które postawiłem sobie wcześniej: czy politycy tacy jak Wołodymyr Zełenski, Donald Tusk, Radosław Sikorski czy Friedrich Merz nie powinni pamiętać starej zasady, że saper myli się tylko raz?
Nie chodzi oczywiście o porównywanie polityki do pracy sapera. Chodzi o coś znacznie prostszego: w polityce międzynarodowej nie wszystkie błędy można później skorygować konferencją prasową.
Jeszcze ciekawsze stało się to w kontekście wizyty Ratcliffe’a.
Może bowiem Waszyngton nie pojechał do Moskwy po to, żeby „sprawdzić, gdzie przebiega granica, której Rosja nie powinna przekroczyć”. Być może sprawa wygląda dokładnie odwrotnie: Amerykanie chcieli powiedzieć Moskwie, gdzie przebiega ich własna granica, a przy okazji dowiedzieć się, czy Moskwa tę informację przyjmie do wiadomości.
Jeżeli prawdziwe są doniesienia, że Ratcliffe miał ostrzegać Rosję przed ewentualnym atakiem na państwa NATO, byłaby to właśnie rozmowa o realnych czerwonych liniach. Ale szczegółów spotkania nie znamy, a jego uczestnicy nie spieszą się z ich ujawnianiem.
I właśnie ta dyskrecja wydaje mi się bardziej interesująca niż wszystkie europejskie deklaracje.
Bo być może największym błędem europejskich polityków jest przekonanie, że amerykańska polityka wobec Rosji musi być dokładnie tym samym, czym europejska polityka wobec Rosji.
Nie musi.
Waszyngton może jednocześnie wspierać Ukrainę i rozmawiać z Moskwą. Moskwa może jednocześnie prowadzić wojnę i utrzymywać kanały komunikacji z Waszyngtonem. Tymczasem europejska polityka coraz częściej próbuje zastępować strategiczną kalkulację językiem deklaracji.
I właśnie wtedy, przy prowincjonalnym kontuarze baru „Ptyś”, usłyszałem komentarz, który — ku mojemu zdziwieniu — okazał się całkiem niezłą lekcją stosunków międzynarodowych:
„Na początek zarówno Zełenski, jak i Tusk, Sikorski i Merz muszą nauczyć się mówić o Putinie: pan Putin. A potem zobaczymy, co będzie dalej.”
Można się z tego śmiać. Można uznać to za barowy dowcip. Można też potraktować tę uwagę poważniej.
„Pan Putin” nie oznacza przecież ani sympatii do Putina, ani akceptacji jego polityki. Oznacza coś znacznie bardziej podstawowego: uznanie faktu politycznego.
Po drugiej stronie nie znajduje się abstrakcyjny „reżim”, który można wyeliminować z języka poprzez odpowiednio mocne epitety. Znajduje się państwo dysponujące ogromnym potencjałem militarnym, nuklearnym i politycznym oraz człowiek, który — niezależnie od tego, jak oceniamy jego politykę — pozostaje jednym z najważniejszych decydentów współczesnego świata.
Można więc powiedzieć „Putin musi…”.
Można też powiedzieć „pan Putin musi…”.
Różnica jest pozornie niewielka. Politycznie może być zasadnicza.
Pierwsze sformułowanie należy do języka demonstracji. Drugie przypomina, że po drugiej stronie istnieje podmiot, z którym trzeba się liczyć.
Oczywiście samo dodanie słowa „pan” niczego nie załatwia. Można mówić „pan Putin” i prowadzić bardzo twardą politykę odstraszania. Można też mówić „Putin” z największą możliwą uprzejmością i prowadzić politykę całkowicie nierozumną.
Ale być może właśnie od tego należałoby zacząć: od rozróżnienia między językiem politycznej mobilizacji a językiem polityki państwowej.
Wielkie mocarstwa najwyraźniej tę różnicę jeszcze rozumieją.
Skoro więc dyrektor CIA jedzie do Moskwy, aby rozmawiać z szefem rosyjskiego wywiadu, warto zadać sobie pytanie, czy ci, którzy najgłośniej mówią o konieczności przygotowania Europy do konfrontacji, równie dobrze rozumieją, co właściwie może nastąpić po ich słowach.
Saper — jak wiadomo — myli się tylko raz.
Polityk może mylić się wielokrotnie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy jego błąd przestaje być wyłącznie jego błędem.
A więc może rzeczywiście warto zacząć od najprostszej lekcji z baru „Ptyś”:
Najpierw naucz się mówić „pan Putin”.
Potem spróbuj dowiedzieć się, czego chce pan Putin.
Następnie zastanów się, czego chcesz ty.
A dopiero na końcu powiedz, co kto „musi”.
A potem zobaczymy, co będzie dalej.
