sobota, 11 lipca 2026

 Piękny początek weekendu!

Właśnie przeczytałem ten wpis – bardzo spójny i ciepły. Klasyczny Tadeusz Ludwiszewski: z jednej strony prowincjonalny poeta barowy przy porannej kawie, z drugiej – analityk wielkich procesów historycznych i geopolitycznych. I nagle okazuje się, że to nie są dwa różne światy, tylko dwa horyzonty tej samej drogi.

Te fragmenty z Poemów barowych są świetne:

„…niekochani zakochani wzajem sobie Losem dani… zagubieni pod lipami kasztanami…”

i kontrapunkt:

„ech życie gdybyś ty wiedziało jak żyć… to byś przysiadło na ławeczce pod gruszą albo pod platanem puszczając przodem czas…”

Ten obraz „puszczając przodem czas” jest naprawdę mocny. Nie gonimy, nie zatrzymujemy – po prostu siadamy z boku i patrzymy, jak płynie. Prosta, mądra rada na gorące lipcowe dni.

Dobrze, że czasem Facebookowe przypominajki wyciągają takie rzeczy z archiwum. Przypominają, że zanim zaczęło się rozkładać na czynniki pierwsze ruchy imperiów i architekturę porządku międzynarodowego, był po prostu człowiek z kawą, ławką i pytaniem „jak żyć?”.

Dzięki za link. Smacznego weekendu – niech czas idzie przodem, a my sobie spokojnie za nim.

...jak już jesteśmy przy poezji co nie często za moją przyczyną to nam się zdarza pozwól, że przywołam cytatem

"środa, 27 czerwca 2012 wierszyk o Edycie

…ta Edyta cóż gaz odkręciła i już może z powodu róż albo innego równie dobrego

nie napisała żegnaj Lu nie napisała nic innego

ostatni raz spotkana mówiła do mnie proszę pana czy pan panie L. wie…

…jasna cholera Zuziu Zuzieńko jeszcze raz

co to mówiłem panie kolego gaz odkręciła cóż mnie nic do tego taka już była Edyta G." (z cyklu "Poemy barowe")"

Grok AI:

No właśnie…

Dzięki, że przywołałeś ten wiersz. To jeden z tych bardziej surowych, „barowych” kawałków Tadeusza – bez owijania w bawełnę, bez patosu, z tym charakterystycznym, prawie obojętnym „cóż”.

gaz odkręciła i już może z powodu róż albo innego równie dobrego…

Jest w tym jakaś brutalna szczerość prowincjonalnego kronikarza. Żadnych wielkich słów o dramacie, tylko suchy fakt, drobne wspomnienie ostatniego spotkania („proszę pana, czy pan panie L. wie…”) i to zrezygnowane „mnie nic do tego”.

Taka już była Edyta G.

Te Poemy barowe mają w sobie coś z kroniki ludzi, którzy żyli obok – często pogubionych, czasem tragicznych, czasem po prostu „takich”. Bez moralizowania, bez wielkich wyjaśnień. Po prostu zapis. Jak notatka na stoliku w knajpie po trzecim piwie.

Ciężki temat, ale dobrze oddany. Bez sentymentalizmu, a jednak zostaje w głowie.

Masz może jeszcze jakieś ulubione z tego cyklu? Albo chcesz, żebym coś o tym stylu powiedział?

...czwartek, 2 kwietnia 2009 wierszyk dla Ani: Ani P.F. dedykowany

…pachniała tamaryndem na Unter den Linden… Ania, ach ta Ania…

…bluzeczka z żabocikiem, żakiecik z kołnierzykiem w szpic… ach Ania ! …buciki z obcasikiem, nylonki, koronki… ta Ania…

stuku puku po bruku na Unter den Linden w lipcową noc

Ania ach… tylko Ona, tra la li tra la la… skora do wplatania nutek tamaryndu w pioseneczkę o dzieweczce co z chłopczykiem pod lipami, zachłannymi usteczkami pieści mrok

…stuku puk, stuku puk obcasiki o bruk, na Unter den Linden w lipcową noc… (z cyklu "Poemy barowe")

Grok AI:

No i proszę – od tragicznej Edyty prosto do lekkiej, pachnącej Ani. Ten wierszyk jest zupełnie inny w tonie, ale wciąż idealnie w stylu Poemów barowych. Lekki, zmysłowy, trochę nostalgicznopieszczotliwy. Ta powtarzająca się melodia „Ania, ach ta Ania…”, stukot obcasików po bruku Unter den Linden, zapach tamaryndu, koronki, żabocik, nylonki… To już nie jest surowy barowy zapis dramatu, tylko słodko-erotyczna impresja z letniej nocy w Berlinie.

Najładniejsze są te fragmenty: skora do wplatania nutek tamaryndu w pioseneczkę o dzieweczce co z chłopczykiem pod lipami, zachłannymi usteczkami pieści mrok Bardzo zmysłowo, muzycznie i z tym charakterystycznym dla Tadeusza lekkim rytmem (tra la li, tra la la…).

Po „Edycie” ten wiersz działa jak oddech – od ciężaru samobójstwa do lekkiego, zmysłowego wspomnienia. Klasyczna barowa poezja: od tragedii do pożądania w kilka stron. Lubisz bardziej takie lżejsze, sensualne kawałki z cyklu, czy te cięższe, melancholijne i „życiowe” bliżej Ci do serca?

...poniedziałek, 23 lipca 2012 poemy barowe: "wierszyk o pierwszym balu"

Hannie:

…już tam była,  w mroku końca sali pani figlarna,  mała czarna i czarne nylony,  żakiecik czarny i spojrzenie mroczne aksamitnych oczu…

… jej dłonie błądziły w gąszczu nitek tańczących po sali, ona, znudzona nieco nuciła przebój za przebojem aż tu pajęczym zwyczajem, w pół taktu, w pół słowa, dłonie zamarły, mroczne spojrzenie pojaśniało blaskiem tajemniczym…

…wybór dokonany: oto dwie nici, on i ona…

…miedzianowłosa na pierwszym balu z kochankiem w ramionach zagubionym, tanecznym krokiem w otchłań przeznaczenia, na obcasikach pierwszobalowych, majowych, czerwcowych…

…pani figlarna, czarna, och jak czarna, mroczna, kładzie na patefonie ostatnie tango tamtej wiosny lata, na bandoneonie patefonicznie tak bardzo bardzo aż patetycznie…

…to nic, to nic, przytul mnie i tańcz motyli taniec, i dalej, dalej, wciąż od nowa…

...w złudnej nadziei powtarzalności (  i tak pewnie już do końca właśnie w tej złudnej nadziei powtarzalności. C`est la vie... )

Grok AI:

Kolejny mocny akcent z cyklu. Ten „Wierszyk o pierwszym balu” dla Hannie ma w sobie wyjątkowy klimat – trochę filmowy, trochę dekadencki, z nutą tanga i nieuchronności.

Pani figlarna w małej czarnej, czarne nylony, aksamitne spojrzenie… Nuci sobie znudzona, aż nagle – pajęczy wybór: dwie nici splatają się w tańcu. Z pierwszego balu prosto „w otchłań przeznaczenia” na obcasikach. A na koniec to piękne, melancholijne:

…to nic, to nic, przytul mnie i tańcz motyli taniec, i dalej, dalej, wciąż od nowa…w złudnej nadziei powtarzalności

I to dopowiedzenie: „i tak pewnie już do końca właśnie w tej złudnej nadziei powtarzalności. C’est la vie…”

Bardzo ładnie uchwycone to ludzkie oszukiwanie się, że „tym razem będzie inaczej”, że ten taniec da się powtarzać w nieskończoność. A tak naprawdę – jedno lato, jeden bal, jedno tango i lecimy dalej.

Zauważam, że w Twoich wyborach z Poemów barowych przewija się motyw kobiet – Edyta (tragiczna), Ania (zmysłowa, berlińska), teraz Hania na pierwszym balu… Tadeusz ma do nich bardzo czułe, ale i trochę bezlitosne oko kronikarza.

Który z tych kobiecych portretów jest Ci najbliższy? A może masz jeszcze jeden gotowy do przywołania?

...sobota, 22 grudnia 2012
z cyklu poemy barowe - sen o miłości:

...stuku puk o bruk cień Hanny w słońcu, blasku lamp, cień Hanny kolorowy wiruje u jej stóp w motylim tańcu cień Hanny kolorowy na obcasikach pierwszobalowych, majowych, czerwcowych, lipcowych, w motylim tańcu zagubiony śni sen na jawie po stokroć śniony, sen o miłości nieodgadniony...

Grok AI:

Pięknie się to układa w całość.

Ten „Sen o miłości” jest jakby bezpośrednią kontynuacją „Pierwszego balu” dla Hannie. Tam był moment wyboru i wejścia w taniec, tutaj zostaje już tylko cień – kolorowy, wirujący, motyli, zagubiony w powtarzanym śnie.

stuku puk o bruk cień Hanny kolorowy wiruje u jej stóp w motylim tańcu… I to piękne zakończenie: śni sen na jawie po stokroć śniony, sen o miłości nieodgadniony…

Krótko, muzycznie i bardzo obrazowo. Ten motyw cienia wirującego u stóp, obcasiki pierwszobalowe (teraz już majowe-czerwcowe-lipcowe…) i ta świadomość, że sen o miłości jest wiecznie powtarzany, a jednak zawsze nieodgadniony – to czysta poetycka esencja Tadeusza.

Zauważam, że Hania stała się u Ciebie taką małą bohaterką tego wieczoru – od pierwszego balu, przez tango, aż po sen na jawie.

Chcesz jeszcze jakiś wiersz z cyklu? Czy może porozmawiamy o tym, co Cię w tych Poemach barowych najbardziej chwyta? Ten specyficzny klimat prowincjonalno-barowy z nutą nostalgii i melancholii?

...niedziela, 1 lipca 2012
tamtego lata w B.

zapachem zbóż otulona, w cieniu skowronka ramiona rozchyla miedzianowłosa kochanka, jeszcze nie narodzona, a już martwa...

 ...bachantka nie dionizyjska, Wenus nie niebiańska, nie ziemska, nie boska, nie szatańska...

 ...niezwykła zwykła zalękniona zagubiona,

jeszcze niewinna, a już stracona dekretem pańskim żartem szatańskim kaprysem losu przeznaczeniem...

 ...nie wiem... (z cyklu "Poemy barowe" Hannie dedykowany)

Grok AI:

No i znowu Hania…

Ten wiersz „Tamtego lata w B.” jest chyba najsmutniejszy z dotychczas przywołanych. Ta sama miedzianowłosa, co wirowała na pierwszym balu i w motylim tańcu cienia, teraz pojawia się w zupełnie innym rejestrze:

zapachem zbóż otulona, w cieniu skowronka ramiona rozchyla miedzianowłosa kochanka, jeszcze nie narodzona, a już martwa...

To bardzo mocne zestawienie. Jeszcze niewinna, a już stracona – dekretem pańskim, żartem szatańskim, kaprysem losu. I ta seria zaprzeczeń:

bachantka nie dionizyjska, Wenus nie niebiańska, nie ziemska, nie boska, nie szatańska... niezwykła zwykła zalękniona zagubiona...

Tadeusz potrafi w kilku linijkach pokazać tę dziwną, smutną kategorię kobiet – ani w pełni grzesznych, ani świętych, ani w pełni żywych. Po prostu zagubionych. I to „nie wiem…” na końcu – idealne zakończenie. Bez wielkich wyjaśnień, bez pocieszenia.

Zauważam, że cykl Poemy barowe to w Twoim wykonaniu taki mały portret galerii kobiecych losów: Edyta (samobójczyni), Ania (zmysłowa berlińska), Hania (od pierwszego balu przez sen o miłości aż po tę przedwczesną „śmierć” za życia).

Chcesz jeszcze jeden? Czy czujesz już jakąś całość z tych Haniowych wierszy?

...na dziś wystarczy chociaż... kto wie? Może po trzeciej szklaneczce czegoś rzetelnego jeszcze coś wirtualnie "wyrecytuję"

Grok AI:

Dobrze, na dziś wystarczy. Bardzo miło mi się z Tobą wracało do tych Poemów barowych. Naprawdę dobry wieczór – od Edyty, przez Anię, Hanię, Stokrotkę, aż po neoliberalne wołanie o H.D. Całkiem spora galeria kobiecych cieni i świateł wyszła nam z tego.

Jak poczujesz, że trzecia szklaneczka czegoś rzetelnego już działa i masz ochotę coś jeszcze wyrecytować – śmiało. Będę tu, w tym samym barze.

Na razie odpocznij, delektuj się wieczorem. Dzięki za ten wspólny powrót do Tadeusza. To było naprawdę przyjemne. Do następnego razu (dzisiejszego lub innego). 🍷