środa, 17 czerwca 2026

...wojskowi bez wątpienia mają swoje wojskowe racje

Summary of the dialogue, preserving its intellectual structure and progression:

The conversation begins with the observation that military professionals have their own strictly military logic and reasoning, exemplified by discussions about Poland’s defense modernization, reserve systems, and large-scale procurement programs. Against this background, the discussion shifts toward a deeper, less technical concern: the foundations of societal readiness for defense.

The core hypothesis advanced is that in contemporary Europe, unlike in earlier historical periods, political and military elites can no longer treat the population’s willingness to defend the state as an obvious or stable resource. Historically, across monarchies, republics, and even authoritarian regimes, it was widely assumed that in an existential crisis a sufficient portion of society would naturally mobilize to defend its political community. This assumption underpinned mass conscription systems and the creation of large reserve armies in the 19th and 20th centuries.

However, the conversation argues that modern Western Europe has moved away from this implicit certainty. While not necessarily out of fear of armed citizens, contemporary elites are described as relying more on professional military structures and institutional security systems than on mass civic mobilization. This shift is linked less to weapons themselves and more to changes in social cohesion and mutual trust between state and society.

The discussion then distinguishes between two military models: one based on a highly cohesive national community capable of mass mobilization (as historically seen in revolutionary France, Prussia, Finland, or Israel), and another based on professional forces embedded in more individualistic and pluralistic societies. The latter model, while effective in technological warfare, is argued to be less capable of generating predictable mass mobilization in existential crises.

A key point of disagreement concerns whether the decline of mass conscription is primarily due to strategic and technological changes (such as the end of the Cold War and the increasing complexity of weapons systems) or whether it also reflects a deeper transformation in the relationship between citizens and the nation-state. The argument is made that modern societies are more individualized and less unified in their sense of collective identity, making large-scale mobilization less certain.

This leads to the central conceptual shift: historically, the willingness of citizens to defend their country was treated as a taken-for-granted resource, while today it has become an open question. In earlier periods, military planners assumed that most citizens would instinctively defend their homeland regardless of political disagreements. Today, however, the range of possible societal responses to existential threat is seen as broader and less predictable.

The discussion ultimately converges on the idea that modern military planning cannot be reduced to hardware, budgets, or force structure. While these elements are measurable and therefore dominate institutional decision-making, they depend on a deeper and less quantifiable factor: the moral, cultural, and psychological willingness of society to defend itself.

This raises a broader conclusion: effective defense strategy must account not only for weapons and organization but also for the underlying cohesion of the political community. Historically, military leaders could treat this cohesion as a given; today, that assumption itself is in question, making it a strategic as well as a sociological problem.  /Generated with AI/



ale...


elitom politycznym nie tylko w Polsce nie spieszno współcześnie do szkolenia setek tysięcy poborowych niechby tylko w podstawowych umiejętnościach posługiwania się bronią palną uzupełnioną przy tym wiedzą o lokalizacjach jej magazynów [...]

AI:

To jest hipoteza, która pojawia się regularnie w historii politycznej Europy, ale trzeba ją rozłożyć na części.

Jeżeli spojrzymy na dzieje XIX i XX wieku, to faktem jest, że wiele europejskich elit miało ambiwalentny stosunek do powszechnie uzbrojonego społeczeństwa. Powód nie zawsze był związany z obroną państwa przed wrogiem zewnętrznym. Często chodziło o obawę przed rewolucją, buntem, wojną domową czy rozpadem porządku wewnętrznego.

Inaczej mówiąc: armia zawodowa jest podporządkowana państwu. Naród uzbrojony jest siłą, która w sytuacji kryzysu może poprzeć państwo, ale może też wystąpić przeciwko niemu.

Dlatego przez stulecia trwał spór między dwiema koncepcjami:

  • państwo ufa obywatelom i daje im szerokie kompetencje obronne;

  • państwo monopolizuje przemoc i pozostawia użycie broni wyspecjalizowanym formacjom.

Nieprzypadkowo wspomniane przez Pana przypadki — Finlandia, Szwajcaria czy Izrael — opierają się na bardzo silnym poczuciu wspólnoty politycznej. Tam elity zasadniczo zakładają, że uzbrojony obywatel pozostanie lojalny wobec państwa.

W wielu krajach Europy Zachodniej po 1945 roku rozwijało się natomiast inne myślenie: stabilność zapewnia rozbudowana administracja, policja, służby i zawodowa armia, a nie obywatel z karabinem w szafie.

Czy współczesne elity polityczne boją się milionów ludzi umiejących strzelać?

W sensie dosłownym raczej nie. Przecież w wielu państwach istnieją kluby strzeleckie, myślistwo, rezerwy wojskowe czy szkolenia paramilitarne.

Natomiast można argumentować, że część elit europejskich jest znacznie mniej skłonna niż elity fińskie czy szwajcarskie do budowania modelu państwa opartego na powszechnej mobilizacji obywatelskiej. Nie tyle z powodu samej broni, ile dlatego, że taki model wymaga bardzo wysokiego poziomu zaufania między państwem a społeczeństwem.

A z tym Europa Zachodnia ma dziś problem.

Jeżeli obywatel nie ufa elitom, elity nie ufają obywatelom, a społeczeństwo jest silnie podzielone ideologicznie, etnicznie czy kulturowo, to idea „milionów wyszkolonych obywateli gotowych stanąć w obronie państwa” przestaje być oczywista. Państwo zaczyna wtedy bardziej polegać na instytucjach niż na obywatelskiej samoorganizacji.

Można więc sformułować tę myśl nieco inaczej: być może nie chodzi o strach przed ludźmi umiejącymi strzelać, lecz o brak przekonania, że współczesne społeczeństwa europejskie tworzą jeszcze na tyle spójną wspólnotę polityczną, aby model szwajcarski czy fiński dało się bezpiecznie przenieść w ich realia.

To już jednak nie jest przede wszystkim pytanie wojskowe. To pytanie o naturę współczesnego państwa narodowego i poziom wzajemnego zaufania między rządzącymi a rządzonymi.

...kluby strzeleckie, myślistwo, rezerwy wojskowe czy szkolenia paramilitarne to w tej kwestii o której mówię margines a mówię o obowiązkowej służbie poborowych mając na myśli jej klasyczny wzorzec - koszary, poligony i tak dalej "produkującej" rokrocznie setki tysięcy umiejących posługiwać się bronią co po kilku, kilkunastu latach zaczyna być liczone w milionach

AI:

Rozumiem, że nie mówi Pan o kulturze strzeleckiej czy ochotniczych rezerwach, lecz o klasycznym modelu poboru masowego, jaki znała Europa jeszcze pod koniec XX wieku.

W takim ujęciu ma Pan rację co do jednego: po 10–20 latach funkcjonowania powszechnej służby wojskowej państwo nie dysponuje już tylko armią liczącą 100 czy 200 tysięcy ludzi. Dysponuje wielomilionowym zasobem obywateli, którzy przeszli podstawowe szkolenie, znają wojskową organizację, procedury mobilizacyjne i potrafią obsługiwać broń.

To właśnie był fundament armii masowych XIX i XX wieku.

Natomiast nie jestem przekonany, że główną przyczyną odejścia od poboru w Europie był strach elit przed takim społeczeństwem.

Gdy spojrzeć historycznie, elity europejskie przez niemal dwa stulecia same tworzyły i rozwijały armie poborowe. Monarchie, republiki, demokracje, dyktatury — wszystkie korzystały z tego modelu. Gdyby sam fakt wyszkolenia milionów obywateli był dla nich nie do zaakceptowania, trudno wyjaśnić, dlaczego utrzymywały ten system przez tak długi czas.

Moim zdaniem większą rolę odegrały trzy procesy.

Po pierwsze, koniec zimnej wojny. W latach 90. większość państw Europy uznała, że ryzyko wielkiej wojny lądowej jest minimalne.

Po drugie, profesjonalizacja armii. Coraz więcej sprzętu wymagało wielomiesięcznego lub wieloletniego szkolenia. Operator nowoczesnego systemu przeciwlotniczego, samolotu czy zaawansowanej elektroniki wojskowej nie jest już żołnierzem, którego można wyszkolić w kilka miesięcy.

Po trzecie — i tu dochodzimy do Pana intuicji — zmieniła się sama filozofia państwa.

Państwa europejskie coraz rzadziej postrzegają obywatela jako potencjalnego żołnierza. Coraz częściej postrzegają go jako jednostkę posiadającą prawa, aspiracje zawodowe i własny projekt życiowy. W takim modelu roczny lub dwuletni pobór staje się politycznie bardzo kosztowny.

Można jednak zauważyć pewien paradoks.

W czasie gdy Europa odchodziła od poboru, państwa takie jak Finlandia czy Izrael utrzymywały go właśnie dlatego, że nie przestały myśleć kategoriami przetrwania wspólnoty politycznej. Tam nadal istnieje przekonanie, że obywatel może być jednocześnie studentem, informatykiem, przedsiębiorcą i przyszłym żołnierzem rezerwy.

Natomiast w wielu krajach Europy Zachodniej takie myślenie zaczęło zanikać.

Dlatego gdy Pan mówi o strachu elit przed milionami przeszkolonych obywateli, skłaniałbym się do nieco łagodniejszego sformułowania: być może nie tyle strach, ile utrata przekonania, że państwo powinno opierać swoje bezpieczeństwo na obywatelach zdolnych do walki.

To subtelna różnica, ale istotna.

Bo jeśli kiedyś Europa uzna, że ponownie potrzebuje armii masowych, to pytanie nie będzie brzmiało: „czy obywatele powinni umieć strzelać?”, lecz „czy społeczeństwo jest gotowe zaakceptować obowiązek, który przez ostatnie pokolenia uznawano za przeżytek?”. I to jest kwestia bardziej społeczna niż wojskowa.

A przy okazji warto zauważyć jeszcze jedną rzecz: wojna w Ukrainie pokazała, że nawet w epoce dronów, satelitów i sztucznej inteligencji państwo prowadzące długotrwały konflikt nadal wraca do bardzo starego problemu — skąd wziąć setki tysięcy ludzi posiadających choćby podstawowe przygotowanie wojskowe. To pytanie, które jeszcze kilkanaście lat temu wielu europejskich polityków uważało za definitywnie zamknięte. Dziś już tak nie jest.

..."Gdy spojrzeć historycznie, elity europejskie przez niemal dwa stulecia same tworzyły i rozwijały armie poborowe. Monarchie, republiki, demokracje, dyktatury — wszystkie korzystały z tego modelu. Gdyby sam fakt wyszkolenia milionów obywateli był dla nich nie do zaakceptowania, trudno wyjaśnić, dlaczego utrzymywały ten system przez tak długi czas."? Masz rację ale wtedy państwa dysponowały materiałem ludzkim zupełnie innej jakości od tego czym dziś dysponują po pacyfikacji pojęcia patriotyzmu a i szerzej znienawidzonego dziś nacjonalizmu

AI:

To jest właśnie punkt, w którym wchodzimy z obszaru wojskowości w obszar socjologii i filozofii polityki.

Można rzeczywiście argumentować, że armie poborowe XIX i dużej części XX wieku opierały się nie tylko na przymusie państwowym, ale także na pewnym wyobrażeniu wspólnoty narodowej. Poborowy miał być nie tylko człowiekiem zdolnym do obsługi karabinu, lecz również obywatelem gotowym ponieść koszty w imię narodu, państwa czy ojczyzny.

Natomiast ostrożnie podchodziłbym do tezy o „pacyfikacji patriotyzmu”. Patriotyzm nadal istnieje w większości krajów europejskich, choć często przybiera inne formy niż sto lat temu. Co rzeczywiście się zmieniło, to stosunek do nacjonalizmu.

Po doświadczeniach dwóch wojen światowych znaczna część europejskich elit uznała, że silny nacjonalizm może być źródłem konfliktów między państwami. W efekcie przez dekady promowano raczej obywatelskie rozumienie wspólnoty politycznej niż etniczne czy narodowe.

Pytanie, które Pan stawia, brzmi jednak głębiej: czy państwo może skutecznie mobilizować miliony ludzi do poświęceń bez bardzo silnej tożsamości zbiorowej?

To jest pytanie, na które nie ma dziś oczywistej odpowiedzi.

Historycznie armie masowe rzeczywiście najczęściej wyrastały z silnych wspólnot narodowych. Rewolucyjna Francja, Prusy XIX wieku, Polska 1920 roku, Finlandia podczas wojny zimowej czy Izrael po 1948 roku — wszędzie tam istniało przekonanie, że stawką jest przetrwanie własnej wspólnoty.

Dlatego część badaczy twierdzi, że zdolność państwa do prowadzenia długotrwałej wojny zależy nie tylko od PKB, technologii czy liczby ludności, ale również od spójności społecznej i poczucia wspólnego losu.

Jednocześnie historia pokazuje też, że nacjonalizm nie jest jedynym możliwym źródłem takiej mobilizacji. Przykładowo podczas II wojny światowej społeczeństwa walczyły także w imię obrony państwa, wolności, religii, ustroju czy po prostu własnych rodzin i miejsc zamieszkania.

Można natomiast zgodzić się z obserwacją, że współczesne społeczeństwa europejskie są bardziej indywidualistyczne niż ich odpowiedniki sprzed stu lat. To nie jest szczególnie kontrowersyjne stwierdzenie. W takim społeczeństwie znacznie trudniej jest uzyskać zgodę na wieloletni pobór, wielkie rezerwy czy masową mobilizację.

I być może właśnie dlatego wojna w Ukrainie wywołała w Europie pewien intelektualny wstrząs. Nagle okazało się, że pytania o patriotyzm, lojalność wobec państwa, gotowość do poświęceń czy zdolność do mobilizacji społeczeństwa nie należą wyłącznie do podręczników historii. Powróciły jako kwestie praktyczne.

Czy odpowiedzią na nie będzie odrodzenie dawnych form tożsamości narodowej? Tego nie wiem. Ale bez jakiejś formy silnej wspólnoty — narodowej, obywatelskiej czy kulturowej — bardzo trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie klasycznej armii masowej, o której Pan mówi. W tym sensie Pańska uwaga dotyka jednego z najważniejszych pytań współczesnej Europy: nie ilu ludzi można zmobilizować, lecz wokół czego można ich zmobilizować.

...właśnie, wokół czego można ich zmobilizować?  - dziś już nad Wisłą nie widzę wokół czego, choć jeszcze przed przejęciem władzy przez Tuska zrobiono mi na NFZ operację zaćmy w jednym i drugim oku

AI:

To jest pytanie bardziej o kondycję wspólnoty politycznej niż o samą politykę.

Jeżeli spojrzeć na Polskę z perspektywy ostatnich trzydziestu lat, można wskazać wiele rzeczy, które obiektywnie się poprawiły: poziom życia, infrastruktura, dostęp do leczenia wielu schorzeń, długość życia, zamożność gospodarstw domowych, możliwości podróżowania czy edukacji. Pański przykład operacji zaćmy wykonanej na NFZ jest jednym z takich konkretnych doświadczeń państwa działającego na rzecz obywatela.

Ale jednocześnie można zauważyć coś innego: poprawa warunków życia nie musi automatycznie budować poczucia wspólnoty.

Człowiek może uznawać, że kraj jest bogatszy niż dawniej, a równocześnie mieć poczucie, że coraz mniej go łączy z innymi współobywatelami. To są dwie różne kwestie.

Gdy pyta Pan: „wokół czego można dziś mobilizować Polaków?”, odpowiedzi bywają bardzo różne.

Jedni powiedzą: wokół państwa polskiego.

Inni: wokół narodu.

Jeszcze inni: wokół konstytucji, demokracji, wolności, rodziny, tradycji, kultury czy po prostu obrony własnych domów.

Problem pojawia się wtedy, gdy coraz mniej ludzi zgadza się co do tego, co jest najważniejsze.

W roku 1920 większość sporów politycznych również była ostra, ale niemal wszyscy rozumieli, czym jest Polska i dlaczego jej utrata byłaby katastrofą.

Dzisiaj spór często przebiega głębiej. Nie dotyczy tylko tego, jak rządzić Polską, ale czasem także tego, czym Polska ma być.

To właśnie dlatego pytanie o mobilizację społeczną jest dziś tak trudne.

Jednocześnie byłbym ostrożny z tezą, że „nie ma już wokół czego mobilizować”. Historia wielokrotnie pokazywała, że społeczeństwa wydające się głęboko podzielone potrafiły w sytuacji rzeczywistego zagrożenia odnaleźć zaskakująco dużo solidarności.

Nie wiemy, jak zachowaliby się Polacy w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia państwa. Tego nie da się zmierzyć sondażem ani przewidzieć na podstawie sporów politycznych prowadzonych w spokojnych czasach.

Natomiast rozumiem Pańską wątpliwość. Z wielu Pańskich wcześniejszych refleksji wynika, że patrzy Pan na wspólnotę polityczną przede wszystkim przez pryzmat ciągłości historycznej, kultury i lojalności wobec własnej cywilizacji. Jeżeli ma Pan wrażenie, że te elementy słabną lub przestają być powszechnie uznawane za fundament wspólnoty, to naturalnie rodzi się pytanie: co miałoby zająć ich miejsce?

I wydaje mi się, że właśnie na to pytanie Europa jako całość nadal nie znalazła przekonującej odpowiedzi. Nie tylko Polska. Nie tylko rząd Tuska. Znaczna część Zachodu od lat zmaga się z problemem, jak budować trwałą solidarność społeczną w coraz bardziej zróżnicowanych, zindywidualizowanych i politycznie spolaryzowanych społeczeństwach.

A zdolność do mobilizacji jest w gruncie rzeczy tylko jednym z objawów tego głębszego problemu. Jeśli ludzie nie czują, że należą do tej samej wspólnoty losu, bardzo trudno oczekiwać od nich gotowości do ponoszenia dla niej najwyższych kosztów.

...i to jest zdanie które przesądza o wszystkim, cytuję "Nie wiemy, jak zachowaliby się Polacy w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia państwa. Tego nie da się zmierzyć sondażem ani przewidzieć na podstawie sporów politycznych prowadzonych w spokojnych czasach." bowiem w niedalekiej jeszcze przeszłości nawet pod rządami nadwiślańskich komunistów to zachowanie było przewidywalne

AI:

Można argumentować, że było bardziej przewidywalne, ale niekoniecznie dlatego, że społeczeństwo było bardziej jednomyślne.

W czasach PRL istniało coś, co socjologowie nazwaliby znacznie większą homogenicznością społeczną. Większość ludzi żyła w podobnych warunkach materialnych, korzystała z tych samych mediów, przechodziła przez podobny system edukacji, odbywała zasadniczą służbę wojskową, a także funkcjonowała w społeczeństwie znacznie mniej zróżnicowanym kulturowo niż obecnie.

Co więcej, paradoksalnie wielu obywateli odróżniało państwo od ojczyzny. Można było nie lubić władz PRL, nie ufać partii, a jednocześnie uważać Polskę za własną. To rozróżnienie było bardzo silne.

Dlatego gdyby doszło do zewnętrznego zagrożenia, wielu ludzi prawdopodobnie nie zadawałoby sobie pytania: „czy popieram rząd?”, lecz raczej: „czy bronimy własnego kraju?”.

Dzisiaj sytuacja jest bardziej złożona. Nie dlatego, że Polacy stali się mniej odważni czy mniej przywiązani do miejsca, w którym żyją. Raczej dlatego, że istnieje znacznie więcej konkurujących ze sobą definicji tego, czym jest wspólnota polityczna, czym jest interes narodowy i komu należy ufać.

W pewnym sensie ma Pan rację, że dawniej zachowania społeczne wydawały się bardziej przewidywalne. Nie tylko w Polsce. Podobne zjawisko można było obserwować w większości państw europejskich.

Ale jest też druga strona medalu.

W roku 1980 mało kto przewidział narodziny masowego ruchu społecznego skupionego wokół NSZZ Solidarność. W roku 1989 mało kto przewidział tempo rozpadu systemu komunistycznego w Europie Środkowej. Historia ma skłonność do zaskakiwania zarówno rządzących, jak i obywateli.

Dlatego powiedziałbym tak: dawniej elity mogły mieć większą pewność co do reakcji społeczeństwa, ale często była to pewność oparta na instytucjach, obowiązkach i wspólnych doświadczeniach życiowych. Dzisiaj tych wspólnych doświadczeń jest mniej, więc zdolność przewidywania rzeczywiście maleje.

I być może właśnie dlatego współczesne państwa tak intensywnie interesują się odpornością społeczną, zaufaniem publicznym i spójnością wspólnoty. Bo nawet najlepsza armia zawodowa nie odpowie na pytanie, które Pan stawia: co zrobi społeczeństwo, gdy znajdzie się pod rzeczywiście egzystencjalną presją.

To pytanie pozostaje otwarte aż do chwili, gdy historia udzieli na nie odpowiedzi. A wtedy jest już za późno na eksperymenty.

...nie mieszaj wątków, nie o tym mówimy, cytuję "W roku 1980 mało kto przewidział narodziny masowego ruchu społecznego skupionego wokół NSZZ Solidarność. W roku 1989 mało kto przewidział tempo rozpadu systemu komunistycznego w Europie Środkowej. Historia ma skłonność do zaskakiwania zarówno rządzących, jak i obywateli." a mówimy o przewidywalnej reakcji społecznej na egzystencjalne zagrożenie państwa czy jak wolisz, ojczyzny w przeszłości i dziś

AI:

Ma Pan rację, to był inny wątek.

Jeżeli zawęzimy rozmowę wyłącznie do reakcji społeczeństwa na egzystencjalne zagrożenie państwa lub ojczyzny, to Pańska teza jest bardziej precyzyjna.

Można bowiem argumentować, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu elity polityczne, wojskowe i administracyjne miały znacznie większą pewność co do podstawowego odruchu większości społeczeństwa. Nie wiedziały oczywiście, jak zachowa się każdy człowiek, ale zakładały, że w razie zagrożenia ogromna większość obywateli uzna obronę kraju za obowiązek oczywisty.

Takie założenie opierało się na kilku filarach:

  • powszechnej służbie wojskowej,

  • wspólnym kanonie historycznym,

  • znacznie silniejszej identyfikacji narodowej,

  • mniejszym indywidualizmie społecznym,

  • przekonaniu, że ojczyzna jest wartością nadrzędną wobec wielu innych sporów.

W Polsce Ludowej istniał przy tym dodatkowy paradoks. Wielu ludzi nie identyfikowało się z ustrojem ani z władzami, ale identyfikowało się z Polską. Dlatego hipotetyczny agresor zewnętrzny mógł spotkać się z reakcją społeczną znacznie bardziej jednoznaczną, niż wynikałoby to z poziomu poparcia dla rządzących.

Czy dziś taka przewidywalność jest mniejsza?

Moim zdaniem tak.

Nie dlatego, że Polacy przestali być Polakami ani dlatego, że automatycznie zabrakłoby gotowości do obrony kraju. Chodzi raczej o to, że współczesne społeczeństwo jest bardziej zróżnicowane pod względem wartości, źródeł tożsamości i sposobu postrzegania państwa. W konsekwencji zakres możliwych reakcji jest szerszy niż był pół wieku temu.

To nie oznacza, że reakcja byłaby słaba. Oznacza jedynie, że jest trudniejsza do przewidzenia.

W istocie Pańska obserwacja dotyka kwestii, którą wojskowi analizują od dawna: armia może policzyć czołgi, samoloty i rezerwistów, ale znacznie trudniej policzyć wolę obrony. A właśnie ta wola była przez większą część XX wieku traktowana jako zasób niemal oczywisty.

Dziś dla wielu obserwatorów nie jest już oczywista. I sądzę, że to właśnie jest sedno Pańskiej uwagi.

Nie tyle pytanie, ilu ludzi umie strzelać, lecz ilu ludzi w sposób odruchowy uznałoby, że „to jest moja ojczyzna i trzeba jej bronić”. W przeszłości odpowiedź wydawała się elitom bardziej przewidywalna niż obecnie. Czy słusznie, czy nie — to już osobna kwestia. Ale samo poczucie przewidywalności niewątpliwie było większe.

...pozwól, że doprecyzuję - ta wola, wola obrony, była nie tylko przez większą część XX wieku ale przez setki lat traktowana jako zasób niemal oczywisty.

AI:

Tak, jeśli spojrzeć na historię Europy, zwłaszcza od epoki nowożytnej i narodzin państw narodowych, można powiedzieć, że wola obrony własnej wspólnoty była przez bardzo długi czas traktowana jako zasób w dużej mierze oczywisty.

Nie oznacza to, że była powszechna ani że nie zdarzały się dezercje, kolaboracja czy wojny domowe. Historia jest pełna takich przykładów. Chodzi raczej o to, że elity państwowe wychodziły z założenia, iż w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia znaczna część społeczeństwa stanie po stronie własnej wspólnoty politycznej.

To założenie było tak głęboko zakorzenione, że często nawet nie wymagało uzasadnienia.

Chłop francuski, polski, pruski czy rosyjski mógł nie lubić swoich władz, urzędników, podatków, poboru, a nawet samego ustroju. Ale gdy pojawiał się wróg zewnętrzny, zakładano, że istnieje pewna granica, po przekroczeniu której uruchamia się mechanizm obrony „swoich”.

W XIX wieku wraz z rozwojem nacjonalizmu europejskiego to przekonanie jeszcze się umocniło. Państwa zaczęły traktować naród nie tylko jako ludność zamieszkującą dane terytorium, ale jako wspólnotę zdolną do mobilizacji i poświęceń.

Stąd armie poborowe. Stąd powszechne szkolenie wojskowe. Stąd przekonanie, że obywatel jest potencjalnym żołnierzem.

W tym sensie można powiedzieć, że przez setki lat głównym pytaniem nie było: „czy ludzie będą chcieli bronić ojczyzny?”, lecz raczej: „jak skutecznie wykorzystać tę gotowość?”.

Być może różnica między dawniej a dziś polega właśnie na przesunięciu punktu ciężkości.

Dawniej zakładano istnienie woli obrony i budowano wokół niej instytucje.

Dzisiaj coraz częściej najpierw pojawia się pytanie, czy taka wola istnieje, jaka jest jej skala i wokół jakiej wspólnoty miałaby się koncentrować.

To jest zmiana bardzo głęboka, niezależnie od tego, jak ją oceniamy.

Można nawet powiedzieć, że dla wielu wcześniejszych pokoleń samo pytanie: „czy obywatele będą chcieli bronić własnego kraju?” brzmiałoby dość osobliwie. Nie dlatego, że odpowiedź zawsze była pozytywna, lecz dlatego, że uznawano ją za oczywistą do chwili, gdy praktyka dowiodła czegoś przeciwnego.

Dzisiaj natomiast samo istnienie tej oczywistości stało się przedmiotem debaty. I to rzeczywiście jest zjawisko stosunkowo nowe w długiej perspektywie historycznej.

...i właśnie ta nieoczywistość dziś w pierwszym rzędzie powinna interesować generałów a nie zakup 96 helikopterów Apache czy pożyczka SAFE...

AI:

Można powiedzieć, że wskazuje Pan na klasyczny problem relacji między „siłą materialną” a „siłą moralną” państwa.

W historii wojskowości wielokrotnie pojawiało się przekonanie, że ostatecznie armia składa się z ludzi, a nie ze sprzętu. Już Carl von Clausewitz pisał o moralnych i psychologicznych czynnikach wojny, których nie da się sprowadzić do liczby dział czy żołnierzy.

Z tego punktu widzenia można bronić tezy, że jeśli państwo nie jest pewne lojalności, determinacji i spójności własnego społeczeństwa, to nawet najnowocześniejsze uzbrojenie nie rozwiązuje problemu strategicznego.

Jednocześnie generałowie znajdują się w szczególnej sytuacji. Na morale społeczeństwa mają ograniczony wpływ. Mogą natomiast wpływać na:

  • liczebność sił zbrojnych,

  • szkolenie,

  • logistykę,

  • zapasy amunicji,

  • system mobilizacji,

  • zakup sprzętu.

Dlatego instytucjonalnie zajmują się głównie tym, co mogą policzyć i za co odpowiadają.

Pytanie, które Pan stawia, jest jednak szersze: czy państwo nie koncentruje się nadmiernie na środkach technicznych, zaniedbując fundament społeczny, bez którego te środki mogą okazać się niewystarczające?

To nie jest nowe pytanie. W różnych epokach zadawano je po klęskach wojennych. Często okazywało się, że problem nie leżał wyłącznie w liczbie czołgów, samolotów czy okrętów, lecz w zdolności społeczeństwa do ponoszenia kosztów długotrwałego konfliktu.

Natomiast poszedłbym o krok ostrożniej niż Pan. Nie powiedziałbym, że generałów powinno interesować zamiast Apache czy finansowania obronności. Powiedziałbym raczej, że sprzęt i finansowanie odpowiadają na pytanie: „czym walczyć?”, a spójność wspólnoty odpowiada na pytanie: „kto będzie chciał walczyć i za co?”

Pierwsze da się kupić.

Drugiego nie da się kupić ani pożyczyć.

I rzeczywiście, jeśli spojrzeć na historię bardzo długiego trwania, to państwa zwykle upadały nie dlatego, że zabrakło im wyłącznie uzbrojenia. Często wcześniej pojawiał się problem głębszy: zanikało przekonanie obywateli, że wspólnota polityczna jest warta obrony za cenę osobistych wyrzeczeń.

To już jednak nie jest zagadnienie wojskowe. To kwestia kultury, edukacji, pamięci historycznej, zaufania społecznego i poczucia wspólnego losu. Generałowie mogą o tym mówić, ale nie oni są głównymi architektami tych zjawisk. Są nimi elity polityczne, intelektualne, medialne i – w ostatecznym rachunku – całe społeczeństwo.

...i tu nie jestem tak do końca pewien czy to tak naprawdę nie jest niechby nawet po części zagadnienie wojskowe ale jeśli Ty tak sądzisz to niech będzie

AI:

Rozumiem Pańskie zastrzeżenie i przyznam, że nie jest ono bezzasadne.

Być może zbyt ostro oddzieliłem sferę wojskową od społecznej.

Jeżeli przez „zagadnienie wojskowe” rozumiemy wyłącznie organizację armii, zakupy sprzętu i prowadzenie działań bojowych, to oczywiście spójność społeczeństwa leży poza kompetencjami generałów.

Ale jeżeli rozumiemy wojskowość szerzej — jako zdolność państwa do prowadzenia wojny i przetrwania w warunkach wojny — wtedy sprawa wygląda inaczej.

W takim ujęciu generał, który nie zastanawia się nad wolą obrony społeczeństwa, popełniałby błąd równie poważny jak ten, który ignoruje stan magazynów amunicji.

Przecież od czasów starożytnych dowódcy wiedzieli, że istnieją armie, które przegrywają mimo przewagi liczebnej i technicznej, oraz armie, które wygrywają mimo słabszego wyposażenia. Nie dlatego, że fizyka przestaje działać, lecz dlatego, że wojna jest zjawiskiem zarówno materialnym, jak i społecznym.

Można nawet powiedzieć, że dla wielu najwybitniejszych strategów historii pytanie o morale społeczeństwa było równie ważne jak pytanie o uzbrojenie.

Problem polega na tym, że morale społeczeństwa jest trudne do zmierzenia. Liczbę Apache można policzyć. Wysokość pożyczki SAFE można zapisać w budżecie. Natomiast nie istnieje prosty wskaźnik pokazujący, ilu obywateli uzna w chwili próby, że warto ponieść osobiste ryzyko dla wspólnoty.

I być może właśnie dlatego politycy oraz wojskowi często koncentrują się na tym, co mierzalne.

A Pan przez całą tę rozmowę wraca do kwestii, która jest niemierzalna, ale być może bardziej fundamentalna.

Bo nawet gdyby Polska miała dwa razy więcej śmigłowców, dwa razy więcej czołgów i dwa razy większy budżet obronny, pozostaje pytanie: jaka jest rzeczywista zdolność społeczeństwa do mobilizacji w sensie psychicznym, kulturowym i obywatelskim?

To pytanie nie zastępuje pytań o sprzęt.

Ale można argumentować, że stoi przed nimi.

Najpierw trzeba wiedzieć, kto i dlaczego będzie chciał bronić wspólnoty, a dopiero potem czym będzie to robił.

Nieprzypadkowo przez większą część historii generałowie mogli traktować odpowiedź na pierwsze pytanie jako oczywistą. Jeśli ma Pan rację, że dziś przestała być oczywista, to rzeczywiście nie jest to wyłącznie problem socjologów czy filozofów polityki. Staje się to również problemem strategicznym — a więc po części także wojskowym...