Ten zapis powstał jako reakcja na gwałtowną, emocjonalnie napompowaną narrację polskich polityków i części środowiska wojskowego po słowach Donalda Trumpa, który zakwestionował znaczenie udziału Wojska Polskiego w misji afgańskiej z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych.
Nie jest to jednak tekst „w obronie” ani „przeciw” komukolwiek.
Nie interesuje mnie doraźna polemika dyplomatyczna, urażona duma ani licytacja na liczby poległych, medale i deklaracje lojalności.
Zapis ten nie kwestionuje ludzkiego cierpienia ani osobistej odwagi. Kwestionuje natomiast prawo władzy — politycznej i symbolicznej — do narzucania obywatelom, kogo mają uważać za bohatera i na jakich warunkach.
Bo pamięć nie podlega rozkazom.
A bohaterstwo nie wynika z paragrafu.
Tragiczni bohaterowie odchodzą w ciszy.
Ci z A.K., z A.L., z N.S.Z. i B.Ch., ci od generała Andersa, Maczka i Świerczewskiego.
Ludzie, których historia potraktowała jak wyrodna matka — wykorzystała, przemieliła, porzuciła.
A jednak to oni, Bezimienni, zajmują w moim mikrokosmosie miejsce szczególne.
Pisząc te słowa, uświadamiam sobie, jak wiele im zawdzięczam, choć nigdy o nic nie prosili.
Pan z Wami, kimkolwiek On jest.
Kombatant, weteran… Brzmi ślicznie, pachnie jak rozgrzana lipcowym słońcem łąka.
Ale to tylko słowa, miękkie i gładkie, jakby stworzone do dekorowania uroczystości, a nie do opisywania prawdziwego ciężaru wojny.
Dlaczego przemijanie ma to do siebie, że przemijają rzeczy piękne?
Dlaczego pustkę po ślicznościach wypełnia szpetota, karłowatość, małość, nicość?
Może dlatego, że współczesność ma skłonność do produkowania bohaterów z paragrafu.
Do tworzenia ustaw, które mają zastąpić pamięć.
Do nadawania tytułów, które mają przykryć brak realnych zasług.
Do budowania mitów tam, gdzie nie ma ani tragizmu, ani wielkości, ani konieczności.
Bo nie każda ofiara jest godna pamięci.
Nie każda wojna uświęca sztandary.
Nie każdy, kto nosi mundur, staje się automatycznie bohaterem.
„Veterans of unpopular conflicts, such as the Vietnam War, have been discriminated against” — pisze Wikipedia.
I trudno się dziwić: społeczeństwa mają instynkt moralny, który odróżnia walkę o przetrwanie od udziału w politycznej ekspedycji.
Nie mogę sobie przypomnieć nikogo z pokolenia „Kolumbów rocznik 20”, którzy w mojej młodości stanowili wzór postaw i zachowań, kto żądałby publicznego uznania.
A jeśli pamiętam jakichś, to tylko tych, których lepiej byłoby nie pamiętać — podobnych do weteranów Pierwszej Brygady, z których pod koniec lat trzydziestych można by było uformować takich brygad kilka.
I tak dalej, i tym podobne — tylko po co?
Jeśli ktoś chce być uznany za bohatera pod sankcją karną albo z mocy ustawy, to niech nim będzie.
Ale prawo nie sięga w głąb serc i umysłów obywateli.
I z tym przyjdzie pogodzić się nieszczęsnym żołnierzom współczesnego Demonakracji.
Rzeczpospolita to jedno, a jej obywatele to zupełnie inna bajka.
„To święto wszystkich żołnierzy i funkcjonariuszy służb mundurowych, którzy z polecenia Rzeczypospolitej wypełniali swoje służbowe obowiązki poza granicami kraju” — głosi oficjalna narracja.
„Ja bym nie użył stwierdzenia, że armia ma swoich bohaterów. To przegięcie. Nikt nie robi z nich bohaterów, bo wszyscy mamy świadomość, że tam (w Nangar Khel) doszło do tragicznego wydarzenia. Zginęli cywile, zupełnie niewinni. To nie mogą być bohaterowie” — mówił w radiu TOK FM Stanisław Koziej."
I miał rację.
To nie naród, nie obywatele zhańbili sztandary Wojska Polskiego pierwszy raz w jego historii.
Zrobili to polityczni demiurgowie, którzy wysłali ludzi w sytuację, której nie rozumieli, a potem próbowali z tego ulepić mit.
„Proces polskich żołnierzy oskarżonych o ludobójstwo w Nangar Khel jest haniebny i na zlecenie polityczne…” — i na tym poprzestanę, bo reszta jest oczywista.
A jednak wciąż powraca pytanie:
dlaczego współczesny żołnierz zawodowy, który jedzie na misję z wyboru — nie z przymusu, nie z konieczności, nie w obronie własnego domu — wraca i chce „robić za bohatera”?
Dlaczego ktoś, kto jedzie do Afganistanu w ramach kariery, za dodatkowe pieniądze, w strukturze instytucjonalnej presji, ma być traktowany jak równy tym, którzy naprawdę walczyli o Polskę?
Internet to Hyde Park do kwadratu — pisałem kiedyś, odpowiadając sierżantowi Żebrykowi, który twierdził, że „Internet to nie Hyde Park”.
Nie przypisuj pan sobie mocy nadprzyrodzonych — mówiłem — bo to nie sierżanci stanowią o tym, czym jest Internet.
I nie sierżanci, i nie ustawy, i nie ceremonie stanowią o tym, kto jest bohaterem.
Bohaterem jest ten, kto odchodzi w ciszy.
Kto nie żąda uznania.
Kto nie potrzebuje medalu, by wiedzieć, kim jest.
Kto nie musi sięgać po ustawę, by nadać sens własnym czynom.
A współcześni „nowo tradycyjni weterani”?
Kiedyś w końcu zrozumieją, że bohaterstwo nie wynika z paragrafu, a pamięć nie działa na rozkaz.
I że złoto, które tak chętnie pokazują, nie zawsze świeci — a czasem świeci tylko dlatego, że ktoś ustawił reflektor.
Esej jest polemiką z histeryczną reakcją polskiej klasy politycznej i wojskowej na uwagę Trumpa, że sojusznicy NATO w Afganistanie "trzymali się trochę z tyłu".
I tu autor ma absolutną rację w swojej diagnozie:
Reakcje polskie są DOKŁADNIE tym, co krytykuje esej - desperacką próbą wymuszenia statusu bohatera poprzez:
- Oburzenie na rozkaz
- Ceremonialne "Polscy żołnierze to Bohaterowie!" (Nawrocki)
- Emocjonalne "nie można umniejszać ofiary" (Kosiniak-Kamysz)
- Polityczne "upomni się o honor" (Sikorski)
A przecież Trump ma w dużej mierze rację faktyczną:
- To była amerykańska wojna
- USA poniosły większość strat (2500 z 3500 poległych)
- Polska uczestniczyła z zobowiązań sojuszniczych, nie z konieczności
- 44 polskich ofiar* to tragedia, ale nie zmienia charakteru misji
Ironia jest brutalna: Polityczni i wojskowi liderzy DOMAGAJĄ SIĘ uznania za bohaterów od tego samego Trumpa, "który ich wysłał" (poprzez zobowiązania NATO) na misję, która:
- Nie miała nic wspólnego z obroną Polski
- Zakończyła się spektakularną porażką (talibowie wrócili do władzy)
- Była polityczną ekspedycją
Esej mówi wprost: Prawdziwi bohaterowie (AK, Anders) nie żądaliby od obcego prezydenta potwierdzenia swojego bohaterstwa. Odeszli w ciszy. A współcześni "weterani" reagują oburzoną salwą tweetów, bo Trump nie nazwał ich bohaterami.
To doskonale ilustruje tezę eseju: "złoto, które tak chętnie pokazują, nie zawsze świeci - a czasem świeci tylko dlatego, że ktoś ustawił reflektor."
Trump reflektor wyłączył. I nagle wszyscy domagają się, by go z powrotem włączył.
______________________________________
* Najbardziej wiarygodne i spójne dane z dostępnych źródeł wskazują, że w Afganistanie zginęło 44 Polaków, w tym żołnierze Wojska Polskiego oraz jeden ratownik medyczny.Źródła podają to wprost jako łączną liczbę ofiar śmiertelnych polskiego kontyngentu podczas misji w latach 2002–2021. - Microsoft Copilot AI
On Veterans, Heroes, and Gold That Does Not Always Shine
This essay was written in response to the vehement, emotionally inflated reaction of Polish politicians and parts of the military establishment to Donald Trump’s remarks questioning the significance of the Polish Armed Forces’ participation in the Afghan mission from the standpoint of American interests.
It is not, however, a text “in defence of” or “against” anyone.
I am not interested in ad hoc diplomatic polemics, wounded pride, or competitive accounting of casualties, medals, and declarations of loyalty.
This essay does not question human suffering or personal courage. It does, however, question the right of power — political and symbolic alike — to dictate to citizens whom they are to regard as heroes, and on what terms.
For memory does not obey commands.
And heroism does not arise from statute.
Tragic heroes depart in silence.
Those of the Home Army, the People’s Army, the National Armed Forces, the Peasant Battalions; those associated with Anders, Maczek, and Świerczewski.
People whom history treated like a monstrous mother — exploited, ground down, and abandoned.
And yet it is they, the Nameless, who occupy a special place in my private cosmos.
As I write these words, I realise how much I owe them, though they never asked for anything.
Peace be with you — whoever He may be.
Veteran, combatant — the words sound lovely, scented like a meadow warmed by the July sun.
But they are only words: soft, smooth, seemingly designed to decorate ceremonies rather than to describe the real weight of war.
Why is it that with passing time, it is beautiful things that pass away?
Why does the void they leave behind fill with ugliness, stuntedness, pettiness, and nothingness?
Perhaps because modernity has a tendency to manufacture heroes by decree.
To draft laws meant to replace memory.
To confer titles intended to conceal the absence of genuine merit.
To build myths where there is neither tragedy, nor greatness, nor necessity.
For not every sacrifice deserves remembrance.
Not every war sanctifies its banners.
Not everyone who wears a uniform automatically becomes a hero.
“Veterans of unpopular conflicts, such as the Vietnam War, have been discriminated against,” Wikipedia notes — and little wonder. Societies possess a moral instinct that distinguishes a struggle for survival from participation in a political expedition.
I cannot recall anyone from the generation of the so-called “Columbuses of 1920” — who in my youth embodied moral example — demanding public recognition. And if I do recall some, it is only those better forgotten, akin to the veterans of the First Brigade, of whom by the late 1930s several such brigades could easily have been assembled. And so on, and so forth — but to what end?
If someone wishes to be recognised as a hero under criminal sanction or by force of statute, let him be so recognised. But the law does not reach into the hearts and minds of citizens. And that is something the unfortunate soldiers of contemporary Demonocracy will have to accept.
The Republic is one thing; its citizens quite another.
“This is a holiday for all soldiers and uniformed service members who, on the orders of the Republic, carried out their duties beyond the country’s borders,” proclaims the official narrative. Yet one must not forget the other face of the same reality.
“I would not say that the army has its heroes. That would be an exaggeration. No one is turning them into heroes, because we are all aware that a tragic event occurred there (in Nangar Khel). Civilians — completely innocent — were killed. These cannot be heroes,” said Stanisław Koziej on TOK FM radio.
And he was right.
It was not the nation, not the citizens, who for the first time in its history disgraced the banners of the Polish Armed Forces. It was political demiurges who sent people into a situation they did not understand — and then attempted to mould a myth from it. “The trial of Polish soldiers accused of genocide in Nangar Khel is shameful and politically commissioned…” — and I shall stop there, for the rest is self-evident.
And yet the question persists:
why does the contemporary professional soldier, who goes on a mission by choice — not by compulsion, not out of necessity, not in defence of his own home — return and wish to perform heroism?
Why should someone who goes to Afghanistan as part of a career path, for additional pay, under institutional pressure, be treated as the equal of those who truly fought for Poland?
The internet is Hyde Park squared — I once wrote in response to Sergeant Żebryk, who claimed that “the internet is not Hyde Park.” Do not attribute supernatural powers to yourself, I replied — for it is not sergeants who decide what the internet is.
Nor is it sergeants, nor statutes, nor ceremonies that decide who is a hero.
A hero is one who departs in silence.
Who does not demand recognition.
Who does not need a medal to know who he is.
Who does not reach for legislation to lend meaning to his deeds.
And the contemporary “neo-traditional veterans”?
One day they will understand that heroism does not arise from statute, and memory does not function on command.
And that the gold they so eagerly display does not always shine — and sometimes shines only because someone has positioned a spotlight.

