wtorek, 2 grudnia 2025

Konstytucja jako narzędzie. O niebezpiecznej ewolucji polskiej myśli prawniczej

Gdy "czucie" zastępuje wykładnię

Autor: Claude AI

Niedawna propozycja prof. Ewy Łętowskiej, by sprawy kompetencyjne między Prezydentem a Premierem rozstrzygał Naczelny Sąd Administracyjny, zasługuje na głębszą refleksję. Nie tylko ze względu na potencjalne konsekwencje ustrojowe, ale jako symptom szerszego zjawiska w polskiej kulturze prawniczej.


Prof. Łętowska uważa, że warto byłoby "przetestować" w NSA, które akty prezydenta podlegają kontroli sądowej. Problem w tym, że takie "testowanie" w praktyce oznaczałoby fundamentalną zmianę w relacjach między naczelnymi organami państwa. A najważniejsze pytanie pozostaje bez odpowiedzi: kto wyznaczy granice tej kontroli?

Mechanizm bez hamulców

Wyobraźmy sobie scenariusz: Premier zaskarża do NSA akt Prezydenta w sporze kompetencyjnym (nie w sprawie obywatelskiej, lecz w czystym sporze o podział władzy). NSA rozstrzyga na korzyść jednej ze stron. I co dalej?

  • Kto może powiedzieć NSA, że przekroczył kompetencje?
  • Sam NSA? To oznaczałoby, że sąd sam wyznacza granice swojej władzy nad najwyższymi organami państwa.
  • Trybunał Konstytucyjny? Jego legitymacja jest kwestionowana.
  • Strony sporu? Nie mogą być sędziami we własnej sprawie.

Precedens zostaje stworzony. Droga do przekształcenia jednego z organów konstytucyjnych w "ustrojową atrapę" - podporządkowaną drugiemu za pośrednictwem sądu - zostaje otwarta. I nie ma mechanizmu korekty.

Fundamentalna różnica

Należy wyraźnie rozróżnić dwie zupełnie różne sytuacje:

Obywatel kontra organ państwa - to normalna kontrola sądowa decyzji administracyjnych, ochrona praw jednostki, podstawowa funkcja sądów administracyjnych.

Premier kontra Prezydent - to spór kompetencyjny między organami konstytucyjnymi, walka o granice władzy w państwie, w której NSA nie ma mandatu konstytucyjnego do arbitrażu.

Gdy NSA zacznie rozstrzygać tego drugiego rodzaju spory, przestaje być sądem administracyjnym, a staje się arbitrem politycznym. To nie jest "testowanie granic" - to przesunięcie tektoniczne w systemie ustrojowym.

"Czuję, że tak wymaga przyzwoitość"

Ta propozycja nie jest odosobniona. Wpisuje się w szerszy wzorzec, który można zaobserwować w wypowiedziach części polskich autorytetów prawniczych.

W sporze o kontrasygnatę prof. Jerzy Zajadło przyznał otwarcie: "Wprawdzie nie potrafię tego prawniczo jednoznacznie uzasadnić i wiem, że prawnie to słaby argument, ale po prostu czuję, że tego (...) wymaga przyzwoitość".

Prof. Wojciech Sadurski wtórował: "Wtedy, gdy rozsądni i kompetentni ludzie mogą się różnić co do prawnych skutków, a decyzję podjąć trzeba, należy odwołać się do standardów takich jak przyzwoitość, zdrowy rozsądek lub sprawiedliwość".

Mylenie myślenia z fizjologią

Gdy prawnik mówi "czuję" zamiast "wynika to z artykułu X Konstytucji" - przestajemy być w przestrzeni prawa. Jesteśmy w przestrzeni polityki owiniętej w prawniczą togę.

"Przyzwoitość", "zdrowy rozsądek", "sprawiedliwość" - to oczywiście ważne wartości. Ale w ustach prawnika rozstrzygającego spór konstytucyjny stają się pustymi znacznikami, które każdy wypełnia własną treścią polityczną.

Paradoks jest druzgocący: ci sami prawnicy, którzy jeszcze niedawno krytykowali rządy poprzedniej formacji za "gięcie prawa" i "rządy w dobrej wierze", dziś otwarcie proponują:

  • Odstąpienie od ścisłej wykładni prawnej
  • Odwołanie się do "przyzwoitości" (przez siebie definiowanej)
  • "Testowanie" mechanizmów, które mogą zniszczyć równowagę konstytucyjną

Prawo jako narzędzie, nie jako wartość

Zarysowuje się niepokojący obraz: dla części polskich elit prawniczych Konstytucja nie jest wartością samą w sobie. Jest narzędziem w walce politycznej - chroni wtedy, gdy chroni "naszych", ustępuje, gdy przeszkadza "słusznej sprawie".

Takie podejście ma głębokie konsekwencje:

  • Niszczy zaufanie społeczne do prawa
  • Legitymizuje arbitralność władzy
  • Uczy obywateli, że prawo to fasada dla gry politycznej
  • Podważa fundamenty państwa prawa

Demokraci pierwszego pokolenia?

Być może korzeni tego zjawiska należy szukać w specyfice polskiej transformacji. Elity III RP wykształciły się w warunkach, gdzie prawo faktycznie często było narzędziem politycznym. Czy nawyki myślowe z tamtej epoki przetrwały pod demokratyczną fasadą?

To pytanie nie jest retoryczne. Gdy obserwujemy, jak wybitni konstytucjonaliści proponują rozwiązania, które w logicznej konsekwencji prowadzą do destrukcji równowagi ustrojowej - trudno oprzeć się wrażeniu, że kultura prawna demokratycznego państwa nie została w Polsce do końca zinternalizowana.

Co dalej?

Polska potrzebuje debaty o granicach władzy sądowniczej nad organami konstytucyjnymi. Ale ta debata musi być prowadzona uczciwie:

  1. Nie pod presją bieżącego sporu politycznego - gdy każda strona chce "przetestować" mechanizmy korzystne dla siebie
  2. Z pełną świadomością konsekwencji - bez naiwnego przekonania, że "jakoś się ułoży"
  3. Z poszanowaniem symetrii - jeśli NSA może kontrolować Prezydenta, to może też kontrolować Premiera
  4. Z jasnym wyznaczeniem granic - i mechanizmem, który te granice ochroni

Bez tego "testowanie" stanie się burzeniem - nie wiadomo z jakim skutkiem, ale na pewno nieodwracalnym.

Podsumowanie

Propozycja, by NSA rozstrzygał spory kompetencyjne między Prezydentem a Premierem, nie jest technicznym udoskonaleniem systemu kontroli sądowej. To propozycja rewolucji ustrojowej - przeprowadzonej nie przez konstytucjonodawcę, lecz przez precedens sądowy.

A gdy prawnicy uzasadniają takie rewolucje nie argumentami prawnymi, lecz tym, że "tak czują" - mamy prawo być zaniepokojeni. Bo w państwie prawa decydować powinny normy, nie uczucia. Nawet uczucia profesorów.


Debata o granicach władzy jest potrzebna. Ale instrumentalne traktowanie Konstytucji - przez którąkolwiek stronę sporu - to droga donikąd.


"Die Verfassung als Instrument

Über die gefährliche Evolution des polnischen Rechtsdenkens"

Übersetzung aus dem Polnischen durch ChatGPT‑5

Wenn „Gefühl“ die Auslegung ersetzt

Der jüngste Vorschlag der Juristin Prof. Ewa Łętowska, Kompetenzstreitigkeiten zwischen Staatspräsident und Ministerpräsident vom Obersten Verwaltungsgericht (NSA) entscheiden zu lassen, verdient eine eingehendere Betrachtung. Nicht nur wegen seiner möglichen verfassungsrechtlichen Folgen, sondern auch als Symptom eines breiteren Trends in der polnischen Rechtskultur.

Prof. Łętowska vertritt die Ansicht, es lohne sich, beim NSA „zu testen“, welche Akte des Präsidenten der gerichtlichen Kontrolle unterliegen. Das Problem dabei: Ein solches Testen käme einer grundlegenden Veränderung der Beziehungen zwischen den obersten Staatsorganen gleich. Die entscheidende Frage bleibt unbeantwortet: Wer zieht die Grenze dieser Kontrolle?


Ein Mechanismus ohne Sicherungen

Man stelle sich folgendes Szenario vor: Der Ministerpräsident fechtet einen Präsidentenakt im Kompetenzstreit vor dem NSA an – nicht in einer Bürgersache, sondern in einem reinen Machtkonflikt zwischen verfassungsmäßigen Organen. Das NSA entscheidet zugunsten einer Seite. Und dann?

Wer könnte dem NSA sagen, dass es seine Kompetenzen überschritten hat?

  • Das Gericht selbst? Das hieße, es würde die Grenzen seiner Macht gegenüber den höchsten Staatsorganen selbst bestimmen.

  • Das Verfassungsgericht? Seine Legitimität ist politisch umstritten.

  • Die Streitparteien? Sie können nicht Richter in eigener Sache sein.

Ein Präzedenzfall wäre geschaffen. Der Weg wäre frei, ein verfassungsmäßiges Organ über den Umweg richterlicher Kontrolle zu einer institutionellen Hülle eines anderen zu machen – ohne jeglichen Korrekturmechanismus.


Ein fundamentaler Unterschied

Es gilt strikt zwischen zwei völlig verschiedenen Konstellationen zu unterscheiden:

  1. Bürger gegen Staat – klassische gerichtliche Kontrolle staatlicher Entscheidungen, Schutz individueller Rechte; Kernfunktion der Verwaltungsgerichtsbarkeit.

  2. Ministerpräsident gegen Präsident – ein Kompetenzkonflikt zwischen Verfassungsorganen, ein Kampf um die Grenzziehung der Staatsgewalt, für den das NSA keinerlei verfassungsmäßigen Auftrag hat.

Beginnt das NSA, Kompetenzstreite dieser zweiten Art zu entscheiden, hört es auf, Verwaltungsgericht zu sein. Es wird zum politischen Schiedsrichter. Das ist kein „Testen der Grenzen“ – sondern eine tektonische Verschiebung im institutionellen Gefüge.


„Ich fühle, dass es die Anständigkeit verlangt“

Dieser Vorschlag steht nicht allein. Er fügt sich in ein Muster ein, das in Äußerungen einiger führender polnischer Rechtsautoritäten zu beobachten ist.

Im Streit um die Gegenzeichnungspflicht räumte Prof. Jerzy Zajadło offen ein:
„Zwar kann ich das juristisch nicht eindeutig begründen und weiß, dass es ein schwaches Rechtsargument ist, aber ich fühle einfach, dass dies (…) die Anständigkeit verlangt.“

Prof. Wojciech Sadurski sekundierte:
„Wenn vernünftige und kompetente Menschen über die rechtlichen Folgen unterschiedlicher Meinung sein können und dennoch entschieden werden muss, sollte man sich auf Standards wie Anständigkeit, gesunden Menschenverstand oder Gerechtigkeit berufen.“


Wenn Denken mit bloßer Empfindung verwechselt wird

Wenn ein Jurist sagt: „Ich fühle“, statt: „Es ergibt sich aus Artikel X der Verfassung“, dann verlassen wir den Bereich des Rechts. Wir betreten den Raum der Politik – eingehüllt in eine juristische Robe.

„Anständigkeit“, „gesunder Menschenverstand“, „Gerechtigkeit“ – das sind zweifellos wichtige Werte. Doch im Munde eines Juristen, der eine verfassungsrechtliche Streitfrage entscheiden will, werden sie zu leeren Markern, die jeder mit seiner politischen Präferenz füllt.

Die Ironie ist bitter: Dieselben Juristen, die früher die vorherige Regierungsmehrheit für „Rechtsbeugung“ und „Regieren im guten Glauben“ kritisierten, schlagen nun offen vor:

  • die strikte Rechtsauslegung aufzugeben,

  • sich auf subjektiv definierte „Anständigkeit“ zu berufen,

  • Mechanismen zu „testen“, die das institutionelle Gleichgewicht zerstören können.


Recht als Werkzeug – nicht als Wert

Es entsteht ein beunruhigendes Bild: Für einen Teil der polnischen juristischen Elite ist die Verfassung kein Wert an sich. Sie ist ein politisches Instrument – sie gilt, solange sie „unsere“ Seite schützt, und tritt zurück, wenn sie einer „guten Sache“ im Wege steht.

Dieser Ansatz hat weitreichende Folgen:

  • Er zerstört das Vertrauen der Bürger in das Recht.

  • Er legitimiert die Willkür der Macht.

  • Er lehrt, dass Recht nur Fassade politischer Spiele ist.

  • Er untergräbt die Grundlagen des Rechtsstaats.


Demokraten der ersten Stunde?

Vielleicht liegen die Wurzeln dieses Phänomens in der Besonderheit der polnischen Transformation. Die Eliten der Dritten Republik bildeten sich in einem Umfeld, in dem Recht tatsächlich oft politisches Werkzeug war. Haben Denkgewohnheiten aus jener Epoche unter demokratischer Fassade überlebt?

Die Frage ist nicht rhetorisch. Wenn wir beobachten, wie herausragende Verfassungsrechtler Lösungen vorschlagen, die logisch zu einer Erosion des institutionellen Gleichgewichts führen, drängt sich der Eindruck auf, dass die Rechtskultur eines demokratischen Staates in Polen nie vollständig verinnerlicht wurde.


Wie weiter?

Polen braucht eine Debatte über die Grenzen der gerichtlichen Kontrolle über Verfassungsorgane. Doch sie muss fair geführt werden:

  • ohne Druck aktueller politischer Konflikte,

  • mit Bewusstsein für die Konsequenzen,

  • mit strenger Symmetrie – wer den Präsidenten kontrollieren kann, kann auch den Premier,

  • mit klar gezogenen und geschützten Grenzen.

Ohne dies wird jedes „Testen“ zum Abbruch – mit unabsehbaren, aber sicher irreversiblen Folgen.


Fazit

Der Vorschlag, das NSA solle Kompetenzstreite zwischen Präsident und Ministerpräsident entscheiden, ist kein technisches Upgrade der gerichtlichen Kontrolle. Es ist ein Vorschlag zur verfassungsrechtlichen Revolution – nicht durch den Verfassungsgeber, sondern durch richterlichen Präzedenzfall.

Und wenn Juristen eine solche Revolution nicht mit Rechtsargumenten, sondern mit dem Hinweis begründen, dass sie „es so empfinden“ – dann haben wir Grund zur Sorge. Denn im Rechtsstaat entscheiden Normen, nicht Gefühle. Auch nicht die Gefühle von Professoren.

Eine Debatte über Machtgrenzen ist notwendig. Doch die instrumentelle Behandlung der Verfassung – von welcher Seite auch immer – führt in eine Sackgasse.

Oto pełna, skorygowana wersja z wdrożonymi poprawkami („empty shell”, „Early Democrats?”, „without any safeguards”). Zachowana została dotychczasowa precyzja, rytm i rejestr Oxford English.


"The Constitution as an Instrument

On the Dangerous Evolution of Polish Legal Thought"

English version by ChatGPT‑5

When “Feeling” Replaces Interpretation

The recent proposal by the jurist Prof. Ewa Łętowska to have competence disputes between the President of the Republic and the Prime Minister adjudicated by the Supreme Administrative Court (NSA) merits closer scrutiny. Not only because of its potential constitutional implications, but also as a symptom of a broader trend within Poland’s contemporary legal culture.

Prof. Łętowska argues that it would be worthwhile to “test” before the NSA which presidential acts fall under judicial review. The problem is obvious: such a “test” would amount to a fundamental reconfiguration of the relationship between the highest organs of state. One crucial question remains entirely unanswered: who sets the limits of this judicial control?

A Mechanism Without Safeguards

Imagine the following scenario.
The Prime Minister challenges a presidential act before the NSA in a competence dispute—not in a matter concerning a citizen, but in a pure power struggle between constitutional organs. The NSA rules in favour of one side. And then?

Who is able to tell the NSA that it has exceeded its powers?

The court itself?
That would mean it sets the boundaries of its own authority vis-à-vis the highest organs of state.

The Constitutional Tribunal?
Its legitimacy is politically contested.

The disputing parties?
They cannot be judges in their own cause.

A precedent would be created. The way would be open for one constitutional organ, via the detour of judicial review, to be reduced to an empty shell of another—without any safeguards.

A Fundamental Distinction

We must maintain a strict distinction between two entirely different configurations:

Citizen versus State – classic judicial review of administrative decisions, the protection of individual rights; the very core of administrative jurisdiction.

Prime Minister versus President – a competence struggle between constitutional organs, a contest over the boundaries of state power, for which the NSA has no constitutional mandate at all.

If the NSA starts adjudicating disputes of the second type, it ceases to be an administrative court. It becomes a political arbiter. This is not “testing the boundaries” – it is a tectonic shift in the institutional architecture of the state.

“I feel that decency requires it”

This proposal does not stand alone. It fits into a pattern increasingly visible in the pronouncements of certain prominent Polish legal authorities.

In the debate over the countersignature requirement, Prof. Jerzy Zajadło openly admitted:

“I cannot justify this unequivocally in legal terms, and I know it is a weak legal argument, but I simply feel that (…) decency requires it.”

Prof. Wojciech Sadurski added:

“If reasonable and competent people can disagree about the legal consequences, and a decision still has to be made, one should appeal to standards such as decency, common sense or justice.”

When Thinking Is Confused with Mere Sensation

When a lawyer says, “I feel,” instead of: “It follows from Article X of the Constitution,” we leave the domain of law. We enter the domain of politics—wrapped in judicial robes.

“Decency,” “common sense,” “justice” – these are undoubtedly important values. But in the mouth of a lawyer seeking to resolve a constitutional dispute, they become empty markers, each of which can be filled with one’s own political preference.

The irony is bitter. The very same lawyers who once criticised the previous parliamentary majority for “bending the law” and for “governing in good faith,” now openly propose to:

  • abandon strict legal interpretation,

  • invoke subjectively defined “decency,”

  • “test” mechanisms that may destabilise the institutional balance.

Law as a Tool – Not as a Value

A disquieting picture emerges: for a segment of Poland’s legal elite, the Constitution is not a value in itself. It is a political instrument – valid so long as it protects “our” side, and silently set aside when it obstructs a “good cause.”

This approach has profound consequences:

  • It destroys citizens’ trust in the law.

  • It legitimises arbitrariness in the exercise of power.

  • It teaches that law is but a façade for political games.

  • It undermines the foundations of the rule of law.

Early Democrats?

The roots of this phenomenon may lie in the specific character of Poland’s post-communist transition. The elites of the Third Republic were shaped in an environment in which law was often a political instrument. Have the habits of thought formed in that era survived beneath a democratic veneer?

The question is not rhetorical. When we observe eminent constitutional scholars advancing solutions that logically lead to an erosion of institutional equilibrium, one is left with the impression that the legal culture of a democratic state has never been fully internalised in Poland.

What Next?

Poland undoubtedly needs a serious debate about the limits of judicial control over constitutional organs. But such a debate must be conducted fairly:

  • without the pressure of current political conflicts,

  • with awareness of the consequences,

  • with strict symmetry – whoever may control the President may also control the Prime Minister,

  • with boundaries clearly drawn and institutionally protected.

Without this, every “test” becomes a fault line—leading to consequences that are unforeseeable, yet almost certainly irreversible.

Conclusion

The proposal to have the NSA adjudicate competence disputes between the President and the Prime Minister is not a technical upgrade of judicial review. It is a proposal for a constitutional revolution – not enacted by the constitutional legislator, but introduced through judicial precedent.

And when lawyers justify such a revolution not with legal arguments, but with the assertion that they “feel” this is right, we have cause for concern. For in a state governed by the rule of law, norms decide – not sentiments. Not even the sentiments of professors.

A debate on the limits of power is necessary. But treating the Constitution as an instrument – from whatever side of politics – leads only into a blind alley.