swoistego „wypracowania domowego” autorstwa Helen Whittle, opublikowanego na wirtualnych łamach Deutsche Welle pod tytułem „Lufthansa i nazistowska przeszłość wielkich firm”. Tekstu, który zdaje się zakładać, że niemieckie firmy o ciągłości przekraczającej osiem dekad mogłyby posiadać inną historię.
"Powracanie po ośmiu dekadach do „nazistowskiej przeszłości firm” ma w sobie coś z moralnej buchalterii prowadzonej po fakcie przez tych, którzy nie ryzykowali niczego. Jest to rachunkowość wygodna, bo prowadzona w świecie, w którym wszystkie koszty zostały już zapłacone przez innych, a zyski z potępienia są czysto symboliczne.
W państwie totalnym nie istnieje kategoria „nie współpracy”. Istnieje jedynie funkcjonowanie albo nieistnienie. W III Rzeszy współpracował każdy: koncern i cech rzemieślniczy, bank i wodociągi miejskie, kolej i piekarnia, rolnik i szewc. Współpracował, bo żył. System nie dopuszczał neutralności — neutralność była buntem, a bunt był przestępstwem. Mówienie dziś o „współpracy firm z reżimem” bez tego elementarnego rozróżnienia nie jest analizą historii, lecz jej spłaszczeniem.
Historycy wiedzą to od dawna. Niemiecka historiografia wypracowała po wojnie precyzyjne narzędzia opisu: odróżnienie między biernym uczestnictwem w gospodarce państwa totalnego a aktywnym współtworzeniem aparatu zbrodni — ideologicznym, organizacyjnym, technologicznym. Ta linia została dawno narysowana, opisana, a tam, gdzie było to możliwe, także prawnie rozliczona. Powrót do ogólnej tezy, że „wiele znanych marek współpracowało z nazistami”, nie wnosi już żadnej nowej wiedzy. To nie odkrycie — to przypomnienie rytualne.
Rytuał ten ma jednak swoją funkcję. Nie służy zrozumieniu przeszłości, lecz utwierdzaniu współczesnej tożsamości moralnej. Jest gestem, który pozwala powiedzieć: my już tacy nie jesteśmy. Co więcej — my jesteśmy lepsi. Tyle że to porównanie jest fałszywe, bo dokonane w warunkach absolutnie nieporównywalnych. Łatwo być moralnie bezwzględnym wobec ludzi i instytucji, które działały w świecie pozbawionym alternatyw, gdy samemu żyje się w świecie, który alternatywy deklaruje, ale rzadko testuje do granic.
Problem zaczyna się wtedy, gdy inflacja winy prowadzi do erozji sensu pojęć. Jeśli „współpracą” było wszystko, to słowo przestaje cokolwiek różnicować. Staje się moralnym młotkiem, którym można uderzyć w dowolny obiekt — firmę, instytucję, nazwę, logo — bez potrzeby precyzji. A tam, gdzie zanika precyzja, zanika także odpowiedzialność intelektualna.
Nie jest przypadkiem, że takie narracje wracają dziś. Nie w momencie historycznego przełomu badawczego, lecz w czasie, gdy Europa doświadcza strategicznej bezradności, erozji realnej suwerenności decyzyjnej i coraz większego rozdźwięku między deklarowanymi wartościami a praktyką. Rozliczanie przeszłości staje się wtedy substytutem mierzenia się z teraźniejszością. Jest bezpieczne, bo nie rodzi kosztów. Nie wymaga decyzji. Nie zmusza do wyboru.
Łatwiej spojrzeć na stuletnią historię linii lotniczej niż zapytać, jak dzisiejsze korporacje reagują na presję państw autorytarnych, rynków wojennych, sankcji obchodzonych półoficjalnie. Łatwiej potępić inżyniera z lat trzydziestych niż zapytać współczesnego menedżera, gdzie przebiega jego granica odpowiedzialności — i czy w ogóle jeszcze ją widzi.
W tym sensie powrót do „nazistowskiej przeszłości firm” nie jest aktem odwagi, lecz ucieczką. Ucieczką w moralność retrospektywną, która nie zobowiązuje do niczego dziś. Historia staje się scenografią, a nie nauczycielką. A winy przeszłe — walutą symboliczną, którą można bez końca rozmieniać na drobne.
Tymczasem prawdziwe pytanie brzmi inaczej i znacznie nie wygodniej:
czy w warunkach realnej presji — ekonomicznej, politycznej, egzystencjalnej — dzisiejsze społeczeństwa i instytucje potrafiłyby zachować się lepiej?
Nie na poziomie deklaracji, lecz kosztu.
Odpowiedź na to pytanie jest nieznana. I być może właśnie dlatego tak chętnie wracamy do odpowiedzi, które znamy już od dawna."
Die Inflation der Schuld
Die erneute Rückkehr zur „nationalsozialistischen Vergangenheit deutscher Unternehmen“ nach fast achtzig Jahren wirkt zunehmend wie eine moralische Buchführung im Nachhinein – betrieben von jenen, die selbst keinerlei Risiko tragen mussten. Es ist eine bequeme Form der Abrechnung: Die historischen Kosten wurden längst von anderen bezahlt, der symbolische Ertrag moralischer Verurteilung hingegen ist bis heute verfügbar.
In einem totalitären Staat existiert keine Kategorie der „Nicht-Kooperation“. Es gibt lediglich Funktionieren oder Verschwinden. Im Deutschland des Nationalsozialismus war jede institutionalisierte Tätigkeit Teil des Systems: Großkonzerne ebenso wie kommunale Wasserwerke, Straßenbahnbetriebe, landwirtschaftliche Betriebe, Bäcker, Schuster und Handwerker. Man „kooperierte“, weil man lebte. Neutralität war kein geschützter Raum, sondern ein Delikt. Wer diesen strukturellen Zwang ausblendet, betreibt keine Geschichtsanalyse, sondern moralische Vereinfachung.
Die historische Forschung weiß das seit Jahrzehnten. Die deutsche Nachkriegshistoriographie hat eine zentrale Unterscheidung herausgearbeitet: jene zwischen passiver Einbindung in die Wirtschaftsordnung eines totalen Staates und aktiver Mitgestaltung des verbrecherischen Apparates – ideologisch, organisatorisch oder technologisch. Diese Grenze ist bekannt, vielfach untersucht und dort, wo es möglich war, juristisch wie gesellschaftlich aufgearbeitet worden. Die pauschale Feststellung, zahlreiche bekannte Marken hätten „mit dem NS-Regime kooperiert“, fügt diesem Wissen nichts hinzu. Sie ist keine Erkenntnis, sondern ein Ritual.
Dieses Ritual erfüllt jedoch eine gegenwärtige Funktion. Es dient weniger dem Verständnis der Vergangenheit als der Selbstvergewisserung heutiger moralischer Identität. Es erlaubt die beruhigende Feststellung: Wir sind anders. Mehr noch: Wir sind besser. Der Vergleich ist allerdings irreführend, weil er unter radikal unterschiedlichen historischen Bedingungen gezogen wird. Moralische Strenge gegenüber Akteuren eines Systems ohne realistische Alternativen ist leicht, solange man selbst in einer Ordnung lebt, die Alternativen postuliert, sie jedoch selten bis zur existenziellen Grenze erprobt.
Problematisch wird diese Praxis dort, wo es zur Inflation des Schuldbegriffs kommt. Wenn nahezu jedes wirtschaftliche Handeln rückwirkend als „Kollaboration“ etikettiert wird, verliert der Begriff seine analytische Schärfe. Er differenziert nicht mehr, sondern nivelliert. Geschichte wird dann nicht mehr erklärt, sondern symbolisch bewirtschaftet.
Dass solche Narrative gerade heute Konjunktur haben, ist kaum zufällig. Sie erscheinen nicht in einer Phase neuer archivalischer Durchbrüche, sondern in einem Moment europäischer strategischer Unsicherheit, schwindender Entscheidungssouveränität und wachsender Diskrepanz zwischen normativer Rhetorik und politischer Praxis. Die moralische Abrechnung mit der Vergangenheit wird zum Ersatz für die unbequeme Auseinandersetzung mit der Gegenwart. Sie ist folgenlos, kostengünstig und risikofrei.
Es ist einfacher, auf die Geschichte einer hundertjährigen Fluggesellschaft zu blicken, als zu fragen, wie heutige Unternehmen unter dem Druck autoritärer Staaten, kriegerischer Märkte oder halbherzig durchgesetzter Sanktionen handeln. Es ist leichter, den Ingenieur der dreißiger Jahre zu verurteilen, als den heutigen Entscheidungsträger nach der Grenze seiner Verantwortung zu fragen – und danach, ob diese Grenze noch sichtbar ist.
In diesem Sinne ist die wiederholte Beschwörung der „nazistischen Vergangenheit“ großer Unternehmen weniger ein Akt historischer Aufklärung als eine Fluchtbewegung: eine Flucht in eine retrospektive Moral, die keine Entscheidungen im Hier und Jetzt verlangt. Geschichte wird zur Kulisse, nicht zur Lehrmeisterin. Schuld zur symbolischen Währung, die sich unbegrenzt zirkulieren lässt.
Die eigentliche Frage bleibt unbeantwortet – vielleicht gerade deshalb:
Ob heutige Gesellschaften und Institutionen unter realem Druck tatsächlich besser handeln würden.
Nicht im Modus der Erklärung, sondern im Modus des Preises.
Hier ist die Übersetzung ins Hochdeutsche:
Postskriptum
Das Kapital flieht nicht vor der Geschichte. Das Kapital flieht vor der Unberechenbarkeit eines Staates, der beginnt, die Geschichte als Instrument laufender moralischer Korrekturen zu behandeln. Nicht weil es die Abrechnung fürchtet – sondern weil eine Abrechnung ohne klar definierte Grenzen aufhört, eine Abrechnung zu sein, und zum Präzedenzfall wird.
In diesem Sinne ist das Problem nicht, ob Lufthansa, Thyssen oder die deutsche chemische Industrie eine Vergangenheit haben. Das Problem ist die Andeutung, dass die Vergangenheit – noch einmal – als politisches Argument gegenüber dem gegenwärtigen Eigentum in der Bundesrepublik Deutschland verwendet werden könnte. Und sei es nur auf der Ebene der Narration. Denn das Kapital reagiert nicht auf Gesetze, sondern auf die Veränderung dessen, was zur Selbstverständlichkeit wird.
Wenn die Grenze zwischen Geschichte und laufender Politik verwischt wird, dann muss der nächste Schritt nicht vollzogen werden. Es genügt, dass er zur Selbstverständlichkeit wird. Und in der Welt mehrerer Generationen umfassender Eigentümer, Familienstiftungen und Kapitals, das nicht in einem Konjunkturzyklus wurzelt, sondern in Jahrzehnten – genügt eine solche Selbstverständlichkeit, um das Schwergewicht der Interessen dorthin zu verlagern, wo der Staat keinen Dialog mit der Vergangenheit auf Kosten der Zukunft führt.
Die Bundesrepublik Deutschland verliert Kapital nicht deshalb, weil sie zu moralisch ist. Sie verliert es dann, wenn Moral beginnt, eine regulatorische Funktion zu erfüllen, ohne Verantwortung für die Folgen zu übernehmen. Und das ist ein Luxus, den sich ausschließlich jene leisten können, die weder heute noch morgen die Kosten der Entscheidungen tragen.
Ein Staat, der – wie die Bundesrepublik Deutschland – beginnt, die Zukunft mittels der Vergangenheit zu verwalten, entdeckt rasch, dass er die Fähigkeit verliert, beide zu verwalten.
The Inflation of Guilt
There is something faintly absurd about reopening, eighty years later, the question of companies’ “collaboration” with the Nazi regime. Absurd not because the past is unimportant, but because the moral accounting is now carried out by those who bear none of its risks. It is a form of retrospective bookkeeping in which the costs were paid long ago by others, while the profits of condemnation are entirely symbolic.
In a totalitarian state, “non-collaboration” does not exist as a meaningful category. One either functions within the system or ceases to exist. In the Third Reich, everyone collaborated: industrial conglomerates and municipal waterworks, railways and bakeries, farmers, cobblers, tram operators and clerks. They collaborated because they lived. Neutrality was not an option; it was a form of defiance, and defiance was punishable. To speak today of “corporate collaboration” without this elementary distinction is not historical analysis but historical flattening.
This is hardly a controversial insight. German historiography settled the matter decades ago by drawing a crucial line: between passive participation in the economy of a total state and active involvement in the machinery of crime — ideological, organisational or technological. That line has been examined, debated and, where possible, legally addressed. Repeating the broad claim that “many well-known brands collaborated with the Nazis” adds no new knowledge. It is not a discovery. It is a ritual.
Rituals, however, serve a purpose. This one is not about understanding the past but about stabilising contemporary moral identity. It allows the comforting declaration: we are not like that. Better still: we are better. Yet the comparison is false, because it is made between fundamentally incomparable conditions. Moral severity is easy when applied to people and institutions that operated in a world without alternatives, from the safety of a world that proclaims alternatives but rarely tests them to their limit.
The real problem begins when this inflation of guilt erodes the meaning of the very words it employs. If “collaboration” means everything, it explains nothing. It becomes a moral hammer, suitable for striking any logo, institution or anniversary, without the inconvenience of precision. And where precision disappears, intellectual responsibility soon follows.
It is no accident that such narratives resurface now. Not at a moment of historical breakthrough, but at a time of European strategic drift — when sovereignty is diluted, decisions are postponed, and the gap between declared values and actual practice grows ever wider. Revisiting the past becomes a substitute for confronting the present. It is safe. It carries no cost. It demands no choice.
It is easier to scrutinise a century-old airline than to ask how today’s corporations behave under pressure from authoritarian states, war economies, or sanctions discreetly circumvented. Easier to condemn an engineer of the 1930s than to question where the modern executive draws the line of responsibility — and whether he still sees it at all.
In this sense, the renewed obsession with companies’ Nazi past is not an act of moral courage but a form of evasion. A retreat into retrospective virtue that obliges nothing in the here and now. History becomes stage scenery rather than a teacher, and past guilt a symbolic currency endlessly broken into small change.
The uncomfortable question is therefore not whether companies eighty years ago behaved badly — that much is already known. The real question is whether today’s societies and institutions would behave any better when the pressure is real: when markets collapse, when energy runs out, when security is at stake, when careers, profits and comfort are on the line. Not in declarations, but at actual cost.
The suspicion we prefer not to articulate is this: that under comparable conditions, most would comply just as readily — and explain it just as eloquently. Which is why the past is endlessly reheated. It is safer to condemn ancestors than to test oneself. Retrospective virtue is cheap, risk-free, and infinitely reusable. Moral courage, by contrast, has yet to be demonstrated — and that silence, rather than history, is what truly deserves scrutiny.
