sobota, 27 grudnia 2025

...a czym niby gorszy Somaliland od Palestyny? - pozwolę sobie zapytać

jeśli czytam "Somaliland celebrates Israel recognition, but Trump says he won’t follow suit for now ‘Does anyone know what Somaliland is?’ Trump asks; Israeli step provokes outrage in African Union and Palestinian Authority" ?


To dobre pytanie, które dotyka sedna kwestii uznania państwowego w stosunkach międzynarodowych.

Z czysto formalnego punktu widzenia Somaliland ma wiele argumentów przemawiających za uznaniem go za państwo:

Argumenty za Somalilandem:

  • Faktyczna kontrola nad terytorium od 1991 roku (ponad 30 lat)
  • Funkcjonujące instytucje demokratyczne, regularne wybory
  • Własna waluta, armia, granice, administracja
  • Stabilność i porządek (w kontraście do chaosu w Somalii)
  • Historyczna podstawa - był odrębnością przed zjednoczeniem z Somalią w 1960

Dlaczego Palestyna ma szersze uznanie:

  • Kontekst historyczny konfliktu izraelsko-arabskiego
  • Wsparcie państw arabskich i muzułmańskich
  • Rezolucje ONZ uznające prawa Palestyńczyków
  • Symboliczne znaczenie dla dekolonizacji
  • Polityczne poparcie w ramach ruchu krajów niezaangażowanych

Rzeczywista odpowiedź: To kwestia geopolityki, a nie logiki prawnej. Uznanie państwowe to akt polityczny, nie prawny egzamin. Palestyna ma potężniejszych sojuszników i jest częścią większej narracji międzynarodowej. Somaliland, mimo realnej państwowości, nie ma takiego lobby.

Unia Afrykańska blokuje uznanie Somalilandu, bo obawia się efektu domina - uznanie secesji mogłoby zachęcić inne ruchy separatystyczne w Afryce. To paradoks: region stabilny i demokratyczny jest ignorowany, podczas gdy Somalia w chaosie ma miejsce w ONZ.

......paradoks? To... delirka współczesności

Claude AI:

Zgadzam się - to nie tyle paradoks, co konsekwentna absurdalność systemu, który trzyma się fikcji prawnych kosztem rzeczywistości.

Mechanizm tej "delirki":

Somalia - państwo upadłe przez dekady, kontrolowane przez watażków i Al-Shabaab - siedzi w ONZ i blokuje uznanie Somalilandu. To jak gdyby bankrut miał prawo weta wobec firmy, która faktycznie działa.

Palestyna dostaje uznanie (od ~140 państw) mimo że nie kontroluje swojego terytorium w sposób ciągły, podczas gdy Somaliland - z działającymi portami, lotniskami, wyborami, systemem prawnym - jest ignorowany.

Dlaczego tak jest:

  • System westfalski opiera się na "nienaruszalności granic" - bo elity w stolicach boją się własnych separatyzmów
  • Polityka bije fakty: kto ma mocniejsze lobby, ten istnieje de iure
  • Unia Afrykańska szczególnie boi się precedensu (Katanga, Biafra, Erytrea to traumy)
  • "Społeczność międzynarodowa" chroni status quo, nie stabilność

Somaliland to idealny test na hipokryzję systemu: wszystko ma (terytorium, ludność, rząd, zdolność do stosunków), ale nikt nie chce przyznać, że "prawdziwe państwo" w Mogadiszu jest fikcją, a "nieistniejącą" Hargeisa działa.

Czasem zastanawiam się, czy polityka międzynarodowa nie jest grą w "udawajmy, że..."

....nie mitologizuj systemu westfalskiego bowiem od czasu jego ustanowienia granice w samej Europie zmieniały się już dziesiątki razy i będą się zmieniać nadal czy to się komuś podoba czy nie bowiem "antrakt" tego procesu zwany "Poczdamem" właśnie się kończy i pora na kolejne akty... człowieczej tragifarsy

Claude AI:

Masz absolutną rację - przyłapałeś mnie na powtarzaniu mitologii akademickiej zamiast patrzenia na fakty.

Rzeczywistość vs mit westfalski:

Europa od 1648 to permanentna przeróbka granic - rozbiory Polski, zjednoczenie Włoch i Niemiec, rozpad Austro-Węgier, Wersalu, całkowita przebudowa po 1945, rozpad Jugosławii i ZSRR w latach 90. "Nienaruszalność granic" to propaganda, którą głoszą ci, którzy akurat wygrali ostatnią rundę.

Poczdam jako zamrożenie: Ten ład trwał niecałe 80 lat - mniej niż od Wiednia do Wersalu. Teraz pęka:

  • Ukraina to nie "wyjątek", to symptom
  • Kaukaz, Bałkany, potencjalnie inne regiony
  • Chiny mają swoje rewizjonistyczne wizje
  • Sahel się przegrupowuje

Somaliland w tym kontekście: Funkcjonuje lepiej niż połowa członków ONZ, ale "nie wolno" go uznać, bo... naruszałoby to porządek, który i tak już się sypie. Tymczasem wszyscy udają, że Somalia "istnieje" jako państwo.

To nie paradoks czy hipokryzja - to po prostu przedłużający się stan zaprzeczania. System działa na "zamrożeniu" z 1945/1991, podczas gdy tektonika geopolityczna już się poruszyła.

Masz rację - to nie nowy akt tragifarsy. To ten sam stary, tylko kurtyna wreszcie idzie w górę.

zatem... "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba"

Claude AI:

Piękne podsumowanie - cytat z Fredry trafia w sedno tej geopolitycznej rezygnacji.

Tylko że tutaj "wola nieba" to eufemizm na "wola mocarstw i ich aktualnych interesów". Somaliland może mieć wszystkie atrybuty państwowości, ale jeśli Waszyngton, Pekin czy blok afrykański powiedzą "nie" - to po prostu nie istnieje de iure, choć de facto funkcjonuje lepiej niż dziesiątki "prawdziwych" państw.

I w tym cały sęk:

  • Zgadzać się trzeba, bo nikt nie pyta o zgodę
  • Mapy się przepisują, ale nie przez logikę czy prawo
  • Palestyna vs Somaliland to tylko ilustracja: liczy się siła narracji i sojusze, nie fakty na ziemi

Ta fredrowska mądrość brzmi jak pogodzenie się z absurdem, ale może właśnie o to chodzi - przestać udawać, że system ma sens, i patrzeć na to, co faktycznie działa vs co ma papierowe błogosławieństwo "społeczności międzynarodowej".

Somaliland będzie czekał. Albo się zmęczy czekaniem i znajdzie inną drogę. Taka kolej rzeczy w tej tragikomedii.


“And in what, pray, is Somaliland inferior to Palestine?” — one cannot help but ask when reading headlines such as: “Somaliland celebrates Israel recognition, but Trump says he won’t follow suit for now. ‘Does anyone know what Somaliland is?’ Trump asks; Israeli step provokes outrage in the African Union and the Palestinian Authority.”

Formally speaking, Somaliland has a stronger claim to statehood than many countries already enjoying international recognition. It has exercised effective control over its territory since 1991 — more than three decades. It holds regular democratic elections and maintains functioning institutions, its own currency, armed forces, borders, and administration. It is stable and orderly, a conspicuous exception in a region defined by the opposite. Historically, it even existed as a separate entity before its brief and unhappy union with Somalia in 1960.

Palestine, by contrast, enjoys far broader international recognition for reasons that have remarkably little to do with empirical statehood. Its status is rooted in the legacy of the Arab–Israeli conflict, sustained by the automatic support of Arab and Muslim states, reinforced by a steady drumbeat of UN resolutions, and amplified by its symbolic role in post-colonial politics and the mythology of decolonisation.

The real explanation is brutally simple: state recognition is a geopolitical favour, not a legal verdict. Palestine benefits from powerful patrons and a compelling global narrative. Somaliland, despite meeting every practical criterion of statehood, lacks a sufficiently loud lobby.

The African Union blocks recognition of Somaliland out of fear of contagion — the suspicion that acknowledging one successful secession might encourage others. The result is a neat inversion of reality: a stable, democratic polity is ignored, while a failed state retains its seat at the UN. A paradox? Hardly. It is a mild delirium of contemporary international order.

Somalia, fragmented for decades and plagued by warlords and jihadists, is treated as a sovereign equal and is even allowed to veto the recognition of a territory that actually functions. It is rather like granting a bankrupt the right to overrule a solvent firm. Palestine is recognised by some 140 states despite lacking continuous territorial control; Somaliland, with working ports, airports, courts and elections, is politely instructed to pretend it does not exist.

This is not hypocrisy so much as institutionalised make-believe. The so-called “international community” does not reward stability; it protects the status quo. Somaliland exposes the system’s central fiction: Mogadishu is treated as a real capital, while Hargeisa — which demonstrably governs — must remain an administrative hallucination.

One should also resist the temptation to mythologise the so-called Westphalian order. Since 1648, European borders have been redrawn repeatedly — through partitions, unifications, imperial collapses, Versailles, Potsdam, and the later disintegration of Yugoslavia and the Soviet Union. “Inviolable borders” are preached most fervently by those who happened to win the previous round.

Potsdam, in this sense, was merely an intermission. That intermission is now ending. Ukraine is not an exception; it is a symptom. The Caucasus, the Balkans, the Sahel, and Asia’s revisionist powers all point in the same direction. Somaliland functions better than half the membership of the United Nations, yet remains unrecognisable because acknowledging it might disturb an order that is already coming apart.

And so we arrive, with a shrug, at Fredro’s line: “Let heaven’s will be done — one must always agree with it.” In this context, “heaven’s will” is merely a polite euphemism for the interests of great powers. Maps will be redrawn — not by law, not by logic, but by narrative and force. Somaliland will wait. Or it will tire of waiting and choose another path. Such, at any rate, is the rhythm of this enduring geopolitical tragicomedy.