Some casual reflections over a morning cup of coffee on great-power ambitions, an American nanny and Europe’s political coming of age
— The German press is outraged that Trump cares neither for Ukraine nor for Europe, I thought to myself as I read Niemiecka prasa o Trumpie: Ukraina i Europa go nie obchodzą
— Really? And why, exactly, should he? came a voice from over my shoulder.
— Why, he is the President of the United States!
— Precisely. Not the President of Ukraine, not the President of the European Council, and certainly not Europe’s chief security supervisor. The President of the United States. Has somebody in Berlin, Brussels or Warsaw forgotten that countries conduct foreign policy in their own interests, rather than run a charitable service dedicated to meeting everybody else’s expectations?
— But Europe needs American support…
— Of course it does. And it is perfectly entitled to seek it. But there is a difference between expecting cooperation from an ally and assuming that the ally is obliged to hold your hand indefinitely. Particularly when the person being led has already spent years assuring the world that he knows perfectly well where he is going.
— How, then, are we to explain the ambitions of Europe’s leaders? Ursula von der Leyen, Kaja Kallas, Friedrich Merz… All of them want a say in running the world.
— Ambition is a fine thing. Especially when accompanied by the means, the capabilities and the willingness to accept responsibility. The trouble begins when great-power aspirations come to an abrupt halt at the point where independent action becomes necessary.
— Meaning?
— Europe wants a seat at the world’s top table, expects to help deal the cards and lectures everyone else on how the world ought to be run. Yet the moment the American nanny looks the other way, there is an outcry—as though someone had just announced that, from tomorrow, everyone would have to learn to tie their own shoelaces.
— A rather curious definition of strategic autonomy.
— I would say a distinctly European one. Autonomy that requires a minder in constant attendance is simply dependence dressed up in more prestigious language. Brussels, however, seems to have concluded that if you give something a grand enough name, reality will obligingly fall into line.
— So the problem is not that Trump refuses to look after Europe unconditionally?
— No. The problem is that Europe’s political elites appear to regard American involvement as the natural order of things, while treating their own independence as an ambitious project whose completion can always be postponed. Preferably until after the next summit, where another solemn declaration on strategic autonomy will duly be issued.
— And what would you advise them to do?
— Spend less time telling Washington how to run the world and rather more time working out how to manage their own corner of it. It is difficult to persuade others that you are a great power when, in your own house, you are still waiting for a general to arrive from across the Atlantic.
Silence fell. I reached for my coffee.
— And what about the morning business of relieving oneself? I asked after a moment.
— Well, if you aspire to help run the world, surely it is not unreasonable to expect you to manage at least the most elementary bodily functions without American assistance.
— Even without a telephone consultation with Washington?
— Even then. Though, judging by some European reactions to Trump’s latest moves, I would not rule out the possibility that Brussels will convene yet another emergency summit before Europe achieves full independence in the matter of its morning ablutions.
I finished my coffee and clicked the Publish button.
TL, in collaboration with AI
____________________________________
Europa, Trump i problem zainteresowanych tą kwestią z porannym oddawaniem moczu
Czyli słów kilka o mocarstwowych ambicjach, amerykańskiej opiekunce i europejskiej dojrzałości politycznej, odnotowanych niezobowiązująco przy porannym kubku kawy
— Niemiecka prasa oburza się, że Trumpa nie obchodzą ani Ukraina, ani Europa — czytam
— Doprawdy? A z jakiej racji miałoby go to obchodzić? — znad ramienia słyszę.
— Jak to? Przecież jest prezydentem Stanów Zjednoczonych!
— Właśnie dlatego. Nie prezydentem Ukrainy, nie przewodniczącym Rady Europejskiej i nie europejskim nadzorcą bezpieczeństwa. Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czyżby ktoś w Berlinie, Brukseli albo Warszawie zapomniał, że państwa prowadzą własną politykę zagraniczną, a nie działalność charytatywną na rzecz cudzych oczekiwań?
— Ale Europa potrzebuje amerykańskiego wsparcia…
— Oczywiście. I ma prawo o nie zabiegać. Czym innym jest jednak oczekiwać współpracy sojusznika, a czym innym uważać, że sojusznik ma obowiązek bezterminowo prowadzić nas za rękę. Zwłaszcza gdy prowadzony od dawna zdążył już ogłosić światu, że sam doskonale wie, dokąd zmierza.
— W takim razie jak wytłumaczyć ambicje europejskich przywódców? Ursula von der Leyen, Kaja Kallas, Friedrich Merz… Wszyscy chcieliby współdecydować o losach świata.
— Ambicje są rzeczą piękną. Szczególnie gdy towarzyszą im odpowiednie środki, zdolności i gotowość do ponoszenia odpowiedzialności. Gorzej, gdy mocarstwowe aspiracje kończą się tam, gdzie zaczyna się konieczność samodzielnego działania.
— Czyli?
— Europa chciałaby zasiadać przy światowym stole jako równorzędny gracz, rozdawać karty i pouczać innych, jak należy urządzać świat. Ale gdy amerykańska opiekunka choćby na chwilę odwraca wzrok, natychmiast podnosi się lament, jakby ktoś właśnie oznajmił, że od jutra każdy będzie musiał sam zawiązywać sobie buty.
— Dość osobliwa definicja strategicznej autonomii.
— Powiedziałbym nawet, że wyjątkowo europejska. Autonomia, która wymaga stałej obecności opiekuna, jest po prostu zależnością z bardziej prestiżową nazwą. Najwyraźniej jednak w Brukseli uznano, że wystarczy zmienić nazwę, aby zmieniła się również rzeczywistość.
— A więc problemem nie jest to, że Trump nie chce bezwarunkowo zajmować się Europą?
— Nie. Problemem jest to, że europejskie elity zdają się traktować amerykańskie zaangażowanie jako naturalny stan rzeczy, a własną samodzielność jako ambitny projekt, którego realizację można bez końca przesuwać. Najlepiej na następny szczyt, po którym zostanie ogłoszona kolejna deklaracja o strategicznej autonomii.
— I co byś im poradził?
— Na początek mniej pouczać Waszyngton, jak ma urządzać świat, a więcej zastanowić się, jak samodzielnie urządzić własny kawałek świata. Bo trudno przekonać innych, że jest się mocarstwem, gdy we własnym domu wciąż czeka się na przyjazd generała zza oceanu.
Zapadło milczenie. Sięgnąłem po kawę.
— A z tym porannym oddawaniem moczu? — zapytałem po chwili.
— Cóż, jeśli ktoś aspiruje do współrządzenia światem, można chyba oczekiwać, że przynajmniej podstawowe czynności będzie potrafił wykonać bez amerykańskiej asysty.
— Nawet bez telefonicznej konsultacji z Waszyngtonem?
— Nawet. Choć, sądząc po niektórych europejskich reakcjach na poczynania Trumpa, nie wykluczałbym, że prędzej doczekamy się kolejnego nadzwyczajnego szczytu w Brukseli niż pełnej samodzielności przy porannej toalecie.
Dopiłem kawę i kliknąłem w ikonkę "Opublikuj".
TL przy współpracy z AI
