a co w tym złego, że nadwiślańska prawica posługuje się w walce politycznej argumentem obecności Ukraińców w Polsce na prawach, które mogą co najmniej niepokoić Polaków? — takie pytanie przyszło mi do głowy po przeczytaniu w POLITICO, że polska „nationalist right” zamienia rzekomą wrogość wobec około półtora miliona Ukraińców w „potent political issue”.
Ale mam też pytanie nieco inne.
Przed kim właściwie te setki tysięcy, idące już w miliony, Ukraińców uciekły do Polski? Przed rosyjskim wojskiem czy przed swoimi nacjonalistami?
Jeżeli odpowiedź brzmi: przed rosyjskim wojskiem, to sprawa jest dość prosta. Przyjęliśmy ludzi uciekających przed wojną. Pomogliśmy im, bo tak nakazywała przyzwoitość, interes i — zapewne dla wielu — zwykły ludzki odruch.
Ale jest w tej historii pewien drobiazg, o którym europejscy moraliści jakoś niechętnie rozmawiają.
Pomoc nie oznacza przekazania gościowi prawa do urządzenia gospodarza według własnych upodobań.
I tu zaczyna się moja ulubiona część historii: język oraz toaleta.
Najpierw język.
Przez całe moje życie mówiłem po polsku „na Ukrainie”. Tak mówiła moja rodzina, szkoła, książki, gazety i ludzie, których pamiętam jeszcze z czasów, kiedy Ukraina była częścią Związku Sowieckiego, a nie przedmiotem codziennych konferencji europejskich.
Dzisiaj dowiaduję się, że powinienem mówić „w Ukrainie”, ponieważ poprzednia forma może kogoś urazić.
Dlaczego?
Bo w języku ukraińskim jest в Україні.
Rozumiem. Szanuję ukraińską wrażliwość językową. Ale pozwolę sobie zauważyć rzecz dość elementarną: język gospodarza należy do gospodarza.
Jeżeli Ukrainiec chce mówić po ukraińsku „в Україні” — jego święte prawo. Jeżeli Polak chce mówić po polsku „na Ukrainie” — jego równie święte prawo.
I naprawdę nie widzę powodu, dla którego przyjęcie człowieka uciekającego przed wojną miałoby oznaczać obowiązek dokonania korekty polszczyzny która stała się nad Wisłą publicystycznym faktem.
Zapytam retorycznie — jakim prawem?!
A skoro już jesteśmy przy tym „в”, pozwolę sobie na mały eksperyment językowy.
Jak po ukraińsku powiedzieć: „siedzę na klozecie”?
Otóż: „Я сиджу на унітазі.”
A więc jednak „на”.
Oczywiście można powiedzieć „Я в туалеті” — „jestem w toalecie”. Ale kiedy rzecz dotyczy siedzenia na konkretnym urządzeniu sanitarnym, ukraińskiemu użytkownikowi języka jakoś nie przeszkadza „на”.
I bardzo dobrze.
Bo język ma swoje reguły, konteksty i historię. Nie potrzebuje komisji do spraw uczuć osoby, która właśnie przekroczyła granicę.
A skoro język prowadzi nas już w stronę toalety, przejdźmy do rzeczy znacznie mniej metafizycznych.
Toaleta.
W polskich toaletach nie tylko publicznych przyjęła się dość praktyczna zasada: zużyty papier toaletowy wraz z tym, co do papieru trafiło, wrzucamy do muszli i spłukujemy.
W niektórych krajach istnieje natomiast zwyczaj wrzucania zużytego papieru do stojącego obok kosza. Nie zamierzam robić z tego cechy narodowej. Nie każdy Ukrainiec tak robi, podobnie jak nie każdy Polak zachowuje się w toalecie tak, jak powinien.
Ale jeśli ktoś przychodzi do polskiej toalety, widzi działającą kanalizację, ignoruje miejscowe zasady i wypełnia kosz zużytym papierem, to po pewnym czasie zaczyna się problem, którego nie da się już rozwiązać seminarium o wielokulturowości.
Smród kloaczny.
I tutaj, proszę państwa, kultura spotyka się z higieną.
Możemy godzinami dyskutować o tolerancji, empatii, traumie wojennej, narodowej wrażliwości i europejskich standardach. Możemy organizować konferencje o dialogu międzykulturowym.
Ale kiedy publiczny kosz zaczyna cuchnąć, okazuje się nagle, że biologia ma własne standardy i nie uznaje żadnych wyjątków dla uchodźców, gospodarzy ani Komisji Europejskiej.
I właśnie dlatego nie interesuje mnie specjalnie, czy opisywany przeze mnie zwyczaj dotyczy mniejszości, większości czy jednego procenta Ukraińców.
Jeżeli śmierdzi, to śmierdzi.
Tak samo jest z językiem.
Nie twierdzę, że człowiek ma obowiązek mówić „na Ukrainie”. Twierdzę tylko, że człowiek powinien mieć prawo mówić tak, jak mówił przez całe życie, bez konieczności tłumaczenia się z tego przed przybyszem, którego jego forma językowa razi.
I tu dochodzimy do rzeczy, która wydaje mi się znacznie ważniejsza od obu tych przykładów.
Gościnność ma swoje granice.
Możemy otworzyć drzwi.
Możemy podać jedzenie.
Możemy dać schronienie.
Możemy pomóc człowiekowi przetrwać wojnę.
Ale z faktu, że otworzyliśmy drzwi, nie wynika jeszcze, że mamy obowiązek zmienić język, obyczaje i zasady obowiązujące w naszym domu.
Gość ma prawo zachować swoją kulturę nie zapominając przy tym, że jest gościem.
Gospodarz ma prawo od niego nie tylko tego oczekiwać ale i żądać.
A jeżeli ktoś uważa, że jest inaczej, mam dla niego bardzo proste ćwiczenie z filozofii praktycznej.
Niech przez tydzień korzysta z toalety, w której kosz pełen zużytego papieru stoi obok muszli.
Potem możemy wrócić do rozmowy o wrażliwości kulturowej.
Przy kieliszku.
Oczywiście po polsku.
I z polską normą higieniczną w toalecie na zapleczu.
__________________________________
What exactly is wrong with the Polish right using the presence of Ukrainians in Poland — and the rights they enjoy, which may at the very least concern Poles — as a political argument? That was the question that occurred to me after reading in POLITICO that Poland’s “nationalist right” is turning alleged hostility towards some 1.5 million Ukrainians into a “potent political issue.”
But I have another question.
Who, exactly, did those hundreds of thousands — now running into the millions — of Ukrainians flee to Poland from?
The Russian army, or their own nationalists?
If the answer is the Russian army, then the matter is fairly simple. We accepted people fleeing a war. We helped them because decency, self-interest and — for many, presumably — simple human instinct told us to do so.
But there is a small detail in this story that European moralists seem rather reluctant to discuss.
Helping someone does not mean handing the guest the right to rearrange the host’s house according to his own preferences.
And this is where my favourite part of the story begins: language and the toilet.
First, language.
All my life I have said “na Ukrainie” in Polish. That is what my family said, what I was taught at school, what I found in books and newspapers, and what was said by people I remember from the days when Ukraine was part of the Soviet Union rather than the subject of daily European conferences.
Today I am told that I should say “w Ukrainie”, because the old form may offend someone.
Why?
Because in Ukrainian it is в Україні.
I understand. I respect Ukrainian linguistic sensitivities. But allow me to point out something rather elementary:
The host’s language belongs to the host.
If a Ukrainian wants to say в Україні in Ukrainian — that is his perfectly legitimate right. If a Pole wants to say na Ukrainie in Polish — that is his equally legitimate right.
And I really see no reason why accepting a person fleeing a war should entail an obligation to correct the Polish language simply because a particular form has become politically fashionable on the Vistula.
So let me ask rhetorically:
By what right?!
And since we are already talking about that little “в”, allow me a small linguistic experiment.
How do you say in Ukrainian: “I am sitting on the toilet”?
Well:
“Я сиджу на унітазі.”
So there is “на” after all.
Of course, one can say “Я в туалеті” — “I am in the toilet.” But when it comes to actually sitting on a particular sanitary fixture, the Ukrainian speaker apparently has no problem whatsoever with “на.”
And quite rightly.
Because language has its own rules, contexts and history. It does not need a committee responsible for the feelings of someone who has just crossed the border.
And since language has now led us directly towards the toilet, let us move on to something considerably less metaphysical.
The toilet.
In Polish toilets — not merely public ones — there is a fairly practical rule: used toilet paper, together with whatever has ended up on it, goes into the bowl and gets flushed.
In some countries, however, there is a custom of putting used toilet paper into a bin standing next to the toilet. I am not going to turn this into a national characteristic. Not every Ukrainian does it, just as not every Pole behaves in a toilet exactly as he should.
But if someone enters a Polish toilet, sees perfectly functioning plumbing, ignores the local practice and fills the bin with used paper, sooner or later a problem arises that cannot be solved by a seminar on multiculturalism.
The smell of shit.
And this, ladies and gentlemen, is where culture meets hygiene.
We can spend hours discussing tolerance, empathy, war trauma, national sensitivities and European standards. We can organise conferences on intercultural dialogue.
But when the public toilet bin starts to stink, it suddenly turns out that biology has standards of its own and recognises no exemptions for refugees, hosts or the European Commission.
And that is precisely why I am not particularly interested in whether the custom I have described concerns a minority, a majority or one percent of Ukrainians.
If it stinks, it stinks.
The same applies to language.
I am not claiming that anyone has an obligation to say “na Ukrainie.” I am saying only that a person should have the right to speak as he has spoken all his life without having to explain himself to a newcomer who happens to be offended by his linguistic choice.
And here we arrive at something that seems to me considerably more important than either of these examples.
Hospitality has its limits.
We can open the door.
We can provide food.
We can offer shelter.
We can help someone survive a war.
But the fact that we opened the door does not mean that we are thereby obliged to change the language, customs and rules of our own home.
A guest has every right to preserve his culture — without forgetting that he is a guest.
The host has the right not merely to expect this of him, but to demand it.
And if someone thinks otherwise, I have a very simple exercise in practical philosophy for them.
Spend a week using a toilet where a bin full of used toilet paper sits beside the bowl.
Then we can return to the subject of cultural sensitivity.
Over a drink.
In Polish, of course.
And with Polish hygiene standards in the toilet at the back.
