niedziela, 16 sierpnia 2026

The European Legion — Let Us Not Be Naive

“I am unequivocally in favour of a ‘European Legion’, a dedicated, permanent force that could recruit trained professionals from the wider European family,” says Radosław Sikorski. Among those professionals, he suggests, could be Ukrainian veterans.

Interesting.

Especially since, until quite recently, NATO was apparently enough for us. Now it turns out that Europe needs a permanent military formation of its own, financed with European money and recruiting people from different countries.

The national armies, of course, would remain.

At least for now.

And that “for now” is what interests me.

There is no need to abolish national armies in order to gradually diminish their importance. It is enough to create an attractive, well-funded, supranational formation alongside them and start recruiting the people every army values most: trained, experienced and operationally ready professionals.

Is that the intention?

I don’t know.

But the mechanism is simple enough to be worth noticing.

Especially since Sikorski speaks of Ukrainian veterans who could join the Legion after the war.

After the war.

Not after the “possible end of the war”, not depending on its outcome. After the war.

The war is still being fought, its outcome is unknown, and yet a place is already being designed for its future veterans within a new European military structure.

One might therefore get the impression that someone is already arranging Europe after the war.

And if so, allow me — from behind the provincial bar counter of “Ptyś” — to paraphrase something Sikorski himself once said:

I will not go into the details of the conversations held there, but let us not be naive: Sikorski and his animators are actively planning their next moves.

Whether we call these people animators, advisers, a political support network or something else is of secondary importance. What matters is that behind the public proposals concerning the future of European security there is already a vision of that future.

And that is precisely why a question arises which cannot simply be ignored.

So what is this — a European Wagner Group?

Obviously, the two formations would not be the same. Wagner was a private formation used by the Russian state. The “European Legion” would be an official, permanent supranational formation subordinate to a European political structure.

But the similarity lies elsewhere.

In both cases, there is an idea of creating a permanent formation composed of professional people with experience of war, operating outside the classic model of a national army.

Except that this time it would not be Moscow.

It would be Europe.

Wagner is not, however, the only historical association.

History also knows another kind of formation that begins as an instrument of power and may, over time, acquire a position of its own vis-à-vis that power.

The Praetorians.

This is, of course, not an organisational comparison. The Praetorian Guard was not an ancient equivalent of a modern European military formation. What is interesting is something else: its history shows that a permanent, elite force operating close to the political centre does not necessarily remain merely an instrument of that centre.

Institutions have a peculiar quality: once created, they begin to develop a life of their own. They acquire their own personnel, their own interests, their own position and their own understanding of their role.

The Praetorian Guard was not created to become an independent player in Roman politics. And yet that is what it became.

This is not a prediction about the “European Legion”. It is a lesson in the history of institutions.

And that is why the question concerning the future Legion is not only: who will command it?

It is also: what position will the Legion occupy once it has been created, consolidated and has begun to develop a life of its own?

And this brings us to a question considerably more important than the Legion’s name.

Against whom would it actually be used?

If against a serious state adversary, Russia for example, then a brigade-sized formation is simply too small to wage a war independently. It would have to be part of a much larger force.

Sikorski himself has previously acknowledged that such a Legion would not be capable of deterring Putin. Instead, he pointed to lower-level threats — including in North Africa and the Balkans.

So not a major war.

Then what?

Expeditionary operations? Regional crises? Protection of borders, infrastructure and transport routes? Rapid intervention?

And if the answer is crises on Europe’s borders and within the European security space, then we begin talking about something quite different — a permanent, supranational instrument of force at the disposal of European political power.

And then its size ceases to be the most important issue.

The Legion does not have to be large enough to win a war.

It only has to be large enough to carry out a particular task when, politically, it is not expedient — or not possible — to use national armies.

And then the question:

“Against whom?”

becomes less important than:

“For what purpose?”

Because perhaps the point is not to create a force capable of defeating a state adversary.

Perhaps the point is to create a force that can be used when a national army proves too large, too politically inconvenient, too slow — or simply cannot be used.

And then the “European Legion” ceases to be merely a military project.

It becomes a political project.

I do not know whether that is how its story will unfold. But I do know one thing: institutions have a peculiar quality. Once created, they begin to develop a life of their own. They acquire their own personnel, their own interests, and their own justifications for continuing to exist.

That is why I would not ask only how many soldiers the Legion will have.

I would ask:

Who will decide when it is used?

And under what circumstances?

Those are questions that will have to be answered in time.

For now, we have a proposal.

A proposal which, like all serious political proposals, is worth watching not only for what it is today, but for what it may become tomorrow.

Who will decide when the Legion is used? And under what circumstances?

That remains to be seen.

Why not.

I wish them good luck — whatever that means here.

__________________________________________


Legion Europejski, czyli nie bądźmy naiwni

„Zdecydowanie opowiadam się za «Legionem Europejskim», oddaną, stałą formacją, która mogłaby rekrutować wyszkolonych profesjonalistów z szerszej europejskiej rodziny” — mówi Radosław Sikorski. Wśród tych profesjonalistów mieliby znaleźć się także ukraińscy weterani.

Brzmi interesująco.

Zwłaszcza że jeszcze niedawno wystarczało nam NATO. Teraz okazuje się, że Europa potrzebuje własnej, stałej formacji wojskowej, finansowanej z europejskich pieniędzy i rekrutującej ludzi z różnych państw.

Armie narodowe oczywiście pozostają.

Przynajmniej na razie.

I właśnie to „na razie” jest tutaj ciekawe.

Nie trzeba przecież likwidować armii narodowych, żeby stopniowo ograniczać ich znaczenie. Wystarczy stworzyć obok nich atrakcyjną, dobrze finansowaną, ponadnarodową formację i zacząć rekrutować do niej tych, których każda armia najbardziej ceni: ludzi wyszkolonych, doświadczonych i gotowych do działania.

Czy taki jest cel?

Nie wiem.

Ale mechanizm jest wystarczająco prosty, żeby warto było go zauważyć.

Tym bardziej że Sikorski mówi o ukraińskich weteranach, którzy mieliby zasilić Legion po wojnie.

Po wojnie.

Nie po „ewentualnym zakończeniu wojny”, nie zależnie od jej wyniku. Po wojnie.

Wojna jeszcze trwa, jej wynik nie jest znany, a już projektuje się dla jej przyszłych weteranów miejsce w nowej europejskiej strukturze wojskowej.

Można więc odnieść wrażenie, że ktoś już urządza Europę po wojnie.

A skoro tak, pozwolę sobie — znad prowincjonalnego kontuaru baru „Ptyś” — na parafrazę pewnej wypowiedzi samego Sikorskiego:

Nie będę wchodził w szczegóły rozmów przy nim prowadzonych, ale nie bądźmy naiwni: Sikorski i jego animatorzy aktywnie planują swoje kolejne kroki.

Czy nazwiemy tych ludzi animatorami, doradcami, zapleczem politycznym czy jeszcze inaczej, ma znaczenie drugorzędne. Ważne jest to, że za publicznymi pomysłami dotyczącymi przyszłości europejskiego bezpieczeństwa stoi już pewna wizja tej przyszłości.

I właśnie dlatego pojawia się pytanie, którego nie sposób całkowicie pominąć.

Czyli co — europejska Grupa Wagnera?

Oczywiście, nie chodzi o to, że obie formacje byłyby tym samym. Wagner był prywatną formacją wykorzystywaną przez państwo rosyjskie. „Legion Europejski” miałby być oficjalną, stałą formacją ponadnarodową podporządkowaną europejskiej strukturze politycznej.

Ale podobieństwo tkwi gdzie indziej.

W obu przypadkach pojawia się pomysł stworzenia stałej formacji złożonej z zawodowych ludzi wojny, funkcjonującej poza klasycznym modelem armii narodowej.

Tyle że tym razem nie chodzi o Moskwę.

Chodzi o Europę.

Wagner to jednak nie jedyne historyczne skojarzenie.

Historia zna również inną kategorię formacji, która zaczyna się jako narzędzie władzy, a z czasem może uzyskać własną pozycję wobec tej władzy.

Pretorianie.

Nie chodzi oczywiście o podobieństwo organizacyjne. Gwardia Pretoriańska nie była odpowiednikiem współczesnej europejskiej formacji wojskowej. Interesujące jest coś innego: jej historia pokazuje, że stała, elitarna formacja pozostająca blisko centrum politycznego nie musi przez cały czas pozostawać wyłącznie jego narzędziem.

Instytucje mają bowiem tę dziwną właściwość, że po ich utworzeniu zaczynają żyć własnym życiem. Dostają własne kadry, własne interesy, własną pozycję i własne rozumienie swojej roli.

Gwardia Pretoriańska nie została przecież stworzona po to, aby stać się samodzielnym graczem rzymskiej polityki. A jednak nim została.

Nie jest to przepowiednia dotycząca „Legionu Europejskiego”. Jest to lekcja historii instytucji.

I dlatego pytanie dotyczące przyszłego Legionu brzmi nie tylko: kto będzie nim dowodził?

Brzmi również: jaką pozycję będzie miał Legion, kiedy już powstanie, okrzepnie i zacznie żyć własnym życiem?

I tu dochodzimy do pytania znacznie ważniejszego niż sama nazwa Legionu.

Przeciwko komu miałby zostać użyty?

Jeżeli przeciwko poważnemu państwowemu przeciwnikowi, choćby Rosji, to formacja wielkości brygady jest po prostu za mała, żeby samodzielnie prowadzić wojnę. Musiałaby być elementem znacznie większych sił.

Sikorski sam zresztą wcześniej przyznawał, że taki Legion nie byłby siłą zdolną odstraszyć Putina. Wskazywał raczej na zagrożenia niższej rangi — między innymi w Afryce Północnej czy na Bałkanach.

A więc nie wielka wojna.

Co zatem?

Operacje ekspedycyjne? Kryzysy regionalne? Ochrona granic, infrastruktury, szlaków komunikacyjnych? Szybka interwencja?

A jeśli odpowiedzią są kryzysy na europejskich granicach i wewnątrz europejskiego obszaru bezpieczeństwa, wtedy zaczynamy mówić o czymś zupełnie innym — o stałym, ponadnarodowym instrumencie siłowym pozostającym do dyspozycji europejskiej władzy politycznej.

I wtedy jego wielkość przestaje być najważniejsza.

Legion nie musi być wystarczająco duży, żeby wygrać wojnę.

Wystarczy, że będzie wystarczająco duży, żeby wykonać określone zadanie, kiedy politycznie nie będzie się opłacało albo nie będzie można używać armii narodowej.

I wtedy pytanie:

„Przeciwko komu?”

staje się mniej ważne od pytania:

„Do czego?”

Bo być może nie chodzi wcale o stworzenie siły, która będzie zdolna pokonać państwowego przeciwnika.

Być może chodzi o stworzenie siły, którą można będzie użyć wtedy, gdy armia narodowa okaże się zbyt duża, zbyt politycznie kłopotliwa, zbyt powolna albo po prostu nie będzie mogła zostać użyta.

I wtedy „Legion Europejski” przestaje być tylko projektem wojskowym.

Staje się projektem politycznym.

Nie wiem, czy właśnie tak potoczą się jego losy. Ale wiem jedno: instytucje mają dziwną właściwość. Kiedy już powstaną, zaczynają żyć własnym życiem. Dostają własne kadry, własne interesy, własne uzasadnienia dla dalszego istnienia.

Dlatego nie pytałbym dziś wyłącznie o to, ilu żołnierzy będzie miał Legion.

Pytałbym raczej:

kto będzie decydował o jego użyciu?

I w jakich sytuacjach?

To są pytania, na które dopiero przyjdzie odpowiedzieć.

Na razie mamy pomysł.

Pomysł, który — jak wszystkie poważne pomysły polityczne — warto obserwować nie tylko ze względu na to, czym jest dzisiaj, lecz także ze względu na to, czym może się stać jutro.

Kto będzie decydował o użyciu Legionu? I w jakich sytuacjach?

To dopiero się okaże.

Czemu nie.

życzę powodzenia cokolwiek to tu znaczy