Przeprosiny nie są zadośćuczynieniem
Przeprosić skutecznie, panie Sikorski, to można za puszczenie bąka na imieninach cioci.
"Nie dajmy się skłócić. Wkroczenie do Zaolzia było jedną z najgłupszych decyzji polskiej polityki zagranicznej w historii, ale mam nadzieję, że bracia Czesi pamiętają, że w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, na Westerplatte w 2009 r., Polska za nią publicznie przeprosiła" - napisał szef MSZ..."
Historia ma jednak nieco większe wymagania.
Czytam wypowiedź Radosława Sikorskiego dotyczącą Zaolzia: wkroczenie Polski w 1938 roku było — jego zdaniem — „jedną z najgłupszych decyzji polskiej polityki zagranicznej w historii”, ale Czesi powinni pamiętać, że Polska za ten czyn już publicznie przeprosiła, ustami prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Westerplatte w 2009 roku.
I co do pierwszej części tej wypowiedzi trudno mieć pretensje.
Tak, było to posunięcie politycznie fatalne. Tak, można i należy je oceniać krytycznie. Tak, Lech Kaczyński zrobił w 2009 roku rzecz godną szacunku: nie szukał wygodnych usprawiedliwień, lecz nazwał polskie postępowanie „grzechem”.
Ale pozostaje pytanie znacznie ważniejsze:
Co właściwie załatwiają przeprosiny?
Bo przeprosiny i zadośćuczynienie to nie są synonimy.
Można przeprosić człowieka za wyrządzoną mu krzywdę. Można przeprosić naród za czyn własnego państwa. Można uznać własną winę, nazwać ją po imieniu, przyjąć odpowiedzialność moralną.
Ale jeżeli wskutek tej krzywdy ktoś stracił życie, dom, rodzinę, ojczyznę albo całe pokolenie — cóż właściwie można mu oddać?
Nic.
Można jedynie uznać, że odebrano mu coś, czego oddać już nie sposób.
I dlatego przeprosiny są ważne właśnie wtedy, kiedy rozumie się ich ograniczenie. Stają się natomiast czymś podejrzanym, kiedy zaczynają funkcjonować jako polityczny rachunek: przeprosiliśmy, więc sprawa załatwiona.
Nie, panie ministrze.
Sprawy nie załatwiono.
Co najwyżej wykonano pierwszy, symboliczny krok w stronę prawdy.
A co z Wilnem?
Tu pojawia się problem, którego współczesna polityka historyczna szczególnie nie lubi.
W październiku 1920 roku gen. Lucjan Żeligowski zajął Wilno. Oficjalnie był to „bunt” generała, w rzeczywistości operacja przygotowana przez Józefa Piłsudskiego. Następnie utworzono Litwę Środkową, która w 1922 roku została włączona do Polski.
Dla polskiej pamięci historycznej sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana. Wilno było miastem o ogromnym znaczeniu dla polskiej kultury, a na Wileńszczyźnie mieszkała liczna społeczność polska. Nie sposób więc udawać, że cała historia sprowadza się do prostego schematu: dobrzy Litwini i źli Polacy.
Ale z perspektywy litewskiej pamięci historycznej sprawa wygląda inaczej.
Polska zajęła miasto, które Litwa uważała za swoją stolicę.
I można się spierać o granice, demografię, wcześniejsze wydarzenia, traktaty, racje strategiczne i historyczne. Można nawet godzinami dowodzić, że polskie stanowisko miało swoje argumenty.
Nie zmienia to jednego:
argument historyczny nie jest automatycznie moralnym unieważnieniem krzywdy drugiej strony.
A jeszcze wcześniej — Ukraina
I tutaj nasza opowieść bez Ukrainy rzeczywiście staje się niepełna.
Bo w roku 1920 Polska nie była przecież wyłącznie państwem walczącym z bolszewicką Rosją o własną granicę.
Była również stroną projektu politycznego, którego częścią było wsparcie niepodległej Ukrainy.
25 kwietnia 1920 roku rozpoczęła się polska ofensywa na Ukrainie. W jej politycznym tle znajdował się sojusz Józefa Piłsudskiego z Symonem Petlurą i idea stworzenia niepodległej Ukrainy jako państwa oddzielającego Polskę od Rosji bolszewickiej.
Projekt ten poniósł jednak klęskę.
A potem wydarzyło się coś, o czym polska pamięć historyczna mówi znacznie mniej chętnie.
Traktat ryski z 18 marca 1921 roku przypieczętował podział ziem ukraińskich między Polskę i państwo sowieckie.
Polska zawarła pokój nie z niepodległą Ukrainą, lecz z sowiecką Rosją i sowiecką Ukrainą. W traktacie uznała sowiecką Ukrainę, a tym samym faktycznie zerwała z wcześniejszym porozumieniem z Ukraińską Republiką Ludową. Ukraińskie ziemie zostały podzielone pomiędzy dwa państwa, a ukraińska próba stworzenia własnego, niezależnego państwa została pozostawiona bez realnego oparcia.
Nie chodzi przy tym o tanią publicystyczną tezę, że „Polska zdradziła Ukrainę”.
Historia jest bardziej skomplikowana.
Polska była po wyniszczającej wojnie, potrzebowała pokoju i własnego bezpieczeństwa. Polska delegacja w Rydze nie chciała również przyłączenia ogromnych obszarów, na których Polacy stanowili mniejszość. W rezultacie granica została poprowadzona znacznie bardziej na zachód niż linia, którą wojsko polskie mogło potencjalnie osiągnąć po zwycięstwach 1920 roku.
Ale z punktu widzenia Ukraińca pozostawało coś znacznie prostszego:
o jego państwie i jego ziemiach zdecydowali inni.
I to jest właśnie ten element historii, który warto postawić obok Wilna i Zaolzia.
Nie po to, aby urządzać konkurs polskich win.
Po to, aby zobaczyć pewien mechanizm.
Zwycięzca też może mieć problem moralny
W 1920 roku Polska zwyciężyła militarnie bolszewików.
W 1921 roku Polska uzyskała pokój i granicę, która miała przetrwać aż do 1939 roku. Traktat ryski zakończył wojnę polsko-bolszewicką i ustalił porządek terytorialny Europy Wschodniej na następne dwie dekady.
Ale zwycięstwo militarne nie odpowiada automatycznie na pytanie o moralną słuszność wszystkich decyzji zwycięzcy.
I właśnie tutaj historia robi się naprawdę niewygodna.
Bo można jednocześnie uważać:
Bitwa Warszawska była polskim zwycięstwem o ogromnym znaczeniu.
I:
Los Ukrainy po traktacie ryskim był dla ukraińskich aspiracji narodowych katastrofalny.
Jedno drugiego nie wyklucza.
Tak samo można jednocześnie powiedzieć:
Wilno było dla Polaków miastem o fundamentalnym znaczeniu.
I:
Litwini mieli prawo uznać jego zajęcie za krzywdę wyrządzoną ich państwu.
Można wreszcie powiedzieć:
Polska nie miała obowiązku być bierna wobec rozpadu Czechosłowacji.
A zarazem:
zajęcie Zaolzia w październiku 1938 roku było politycznie i moralnie błędną decyzją.
To nie są sprzeczności.
To jest właśnie dojrzałość historyczna.
Nie chodzi o licytację win
Rok 1939.
Katyń.
Holokaust.
Rzeź Wołyńska.
Warszawa.
Zaolzie.
Wilno.
Ukraina.
Lista historycznych krzywd w Europie Środkowo-Wschodniej jest tak długa, że próba urządzenia na jej podstawie moralnej księgowości byłaby groteską.
Kto komu bardziej?
Kto pierwszy?
Kto miał większe racje?
Kto zabił więcej?
Kto powinien przeprosić pierwszy?
Historia nie jest konkursem cierpienia.
A już szczególnie nie powinna być narzędziem współczesnej dyplomacji, w którym odpowiednio dobrane przeprosiny mają wyzerować historyczne konto.
Bo jeśli zaczniemy traktować historię w ten sposób, za chwilę będziemy mieli Europę narodów stojących przed sobą z księgami rachunkowymi w rękach.
Wy przeprosiliście za to.
My przepraszamy za tamto.
Ale wy jeszcze nie przeprosiliście za...
I tak bez końca.
Jest jednak coś ważniejszego od przeprosin
Jest pamięć bez żądania odwetu.
To chyba jedyna forma historycznego pojednania, która ma rzeczywistą wartość.
Mogę powiedzieć Czechowi:
Tak, Polska postąpiła źle.
Nie muszę przy tym mówić:
A więc wszystko, co Czechy zrobiły wcześniej i później, było dobre.
Mogę powiedzieć Litwinowi:
Tak, rozumiem, dlaczego zajęcie Wilna uważacie za krzywdę.
Nie muszę przy tym wyrzekać się polskiej pamięci o Wilnie.
Mogę powiedzieć Ukraińcowi:
Tak, rozumiem, dlaczego traktat ryski jest częścią waszej pamięci o utraconej możliwości własnej państwowości.
Nie muszę przy tym zaprzeczać temu, że dla Polski wojna 1920 roku była walką o przetrwanie.
Mogę powiedzieć Niemcowi:
Tak, niemiecka III Rzesza dopuściła się zbrodni niewyobrażalnych.
Nie muszę przy tym nienawidzić współczesnego Niemca.
I wreszcie Czech może powiedzieć Polakowi:
Przyjmuję wasze przeprosiny.
Nie oznacza to jednak, że ktoś ma obowiązek zapomnieć.
Pojednanie nie wymaga zapomnienia. Wymaga rezygnacji z odwetu.
To jest zasadnicza różnica.
Dlatego mam pewien kłopot z argumentem pana Sikorskiego
„Przeprosiliśmy” — owszem.
Ale dlaczego miałoby to być argumentem zamykającym dzisiejszą dyskusję?
Jeżeli minister chce powiedzieć: nie pozwólmy, aby historyczny spór o Zaolzie był wykorzystywany do skłócenia Polaków i Czechów — podpisuję się pod tym obiema rękami.
Ale jeśli argument ma brzmieć:
„Nie wracajmy już do tej sprawy, bo Polska przeprosiła”,
to jest to rozumowanie fałszywe.
Przeprosiny nie odbierają drugiej stronie prawa do pamięci.
Tak samo jak nasze przeprosiny nie odbierają nam prawa do własnej pamięci.
I może właśnie tego powinniśmy się nauczyć
Nie od historii, bo historia sama z siebie niczego nas nie uczy.
Uczyć możemy się tylko my sami — z historii.
A jedną z takich lekcji powinno być chyba to, że naród dojrzały nie potrzebuje fałszować własnej historii, aby czuć się narodem wartościowym.
Może więc Polska spokojnie powiedzieć:
Tak, Zaolzie było naszym błędem.
Tak samo spokojnie może powiedzieć:
Tak, zajęcie Wilna było dla Litwy krzywdą, choć polska pamięć o Wilnie ma swoje własne uzasadnienie.
Może powiedzieć:
Tak, traktat ryski zakończył wojnę korzystnie dla Polski, ale dla ukraińskich aspiracji państwowych oznaczał tragiczne konsekwencje.
Może powiedzieć:
Tak, w naszej historii są rzeczy, za które powinniśmy się wstydzić.
Ale może również powiedzieć:
Nie będziemy za to przepraszać w nieskończoność.
Bo człowiek, który naprawdę przyznał się do winy, nie musi przez resztę życia stać w kącie z podniesionymi rękami.
I chyba tego właśnie brakuje mi w całej tej współczesnej polityce przeprosin:
różnicy pomiędzy skruchą a samoupokorzeniem.
Pierwsza jest oznaką siły.
Drugie — już niekoniecznie.
A przeprosiny?
Są potrzebne.
Czasem nawet bardzo.
Tyle że przeprosiny są początkiem pamięci, a nie jej końcem.
I z pewnością nie są zadośćuczynieniem.
Bo za rzeczy naprawdę nieodwracalne — jakkolwiek bardzo byśmy chcieli — zadośćuczynić zwyczajnie nie można.
Abstract
This essay examines the political and moral limits of historical apologies. Using the disputes surrounding Zaolzie, Vilnius and the consequences of the 1921 Treaty of Riga for Ukraine, it argues that acknowledging historical wrongdoing should not be confused with repairing an irreparable past. Apologies may constitute an important act of moral recognition, but they cannot restore lives, territories, lost statehood or generations shaped by historical violence. The essay therefore distinguishes between contrition, reconciliation, historical memory and self-abasement, arguing that genuine reconciliation does not require forgetting the past — only abandoning the demand for revenge.
Apologies Are Not Reparations
You can apologize effectively, Mr Sikorski, for letting one rip at your aunt's name-day party. History, however, has rather greater demands.
I have read Foreign Minister Radosław Sikorski's remarks concerning Zaolzie: Poland's seizure of the territory in 1938 was, in his words, “one of the stupidest decisions in the history of Polish foreign policy.” But, he adds, the Czechs should remember that Poland has already publicly apologized for it, through President Lech Kaczyński's speech at Westerplatte in 2009.
It is difficult to disagree with the first part.
Yes, it was a disastrous political decision. Yes, it should be judged critically. And yes, Lech Kaczyński did something worthy of respect in 2009: he did not look for convenient excuses but called Poland's conduct a “sin.”
But this leaves us with a much more important question:
What exactly do apologies accomplish?
Because an apology and reparation are not the same thing.
One can apologize to a person for a wrong committed against them. One can apologize to another nation for an act committed by one's own state. One can acknowledge one's guilt, call it by its proper name and accept moral responsibility.
But if that wrong resulted in someone's death, loss of home, family, homeland or an entire generation — what exactly can be given back?
Nothing.
One can only acknowledge that something was taken away which can never be returned.
That is why an apology has value precisely when one understands its limitations. It becomes something else when it starts functioning as a political receipt: we have apologized, therefore the matter is settled.
No, Mr Minister.
It is not settled.
At most, a symbolic first step towards the truth has been taken.
And what about Vilnius?
Here we encounter a problem that contemporary historical politics particularly dislikes.
In October 1920, General Lucjan Żeligowski seized Vilnius. Officially, it was a “mutiny” by a Polish general; in reality, it was an operation prepared by Józef Piłsudski. The Republic of Central Lithuania was subsequently established and, in 1922, incorporated into Poland.
For Polish historical memory, the matter is obviously more complicated. Vilnius was a city of enormous importance to Polish culture, and the Vilnius region was home to a large Polish population. It would therefore be absurd to pretend that the entire story can be reduced to a simple formula of good Lithuanians and bad Poles.
But from the perspective of Lithuanian historical memory, the matter looks different.
Poland had taken a city which Lithuania regarded as its capital.
One may argue about borders, demographics, earlier events, treaties, strategic interests and historical claims. One may spend hours demonstrating that the Polish position had arguments in its favour.
It does not alter one thing:
a historical argument does not automatically invalidate the other side's sense of having been wronged.
And this is precisely why comparing Vilnius with Zaolzie is so instructive.
Not because the two events were identical.
They were not.
But because they reveal something much more fundamental: nations have their own memories of historical wrongs.
To a Pole, Żeligowski may be a hero.
To a Lithuanian, he may be a symbol of Polish political violence.
To a Pole, Zaolzie may be merely one episode among many in the complicated history of Polish-Czechoslovak relations.
To a Czech, it may be a symbol of Poland taking advantage of a weakened neighbour at a critical moment.
And no ministerial formula will change that.
And then there was Ukraine
This is where our story would indeed be incomplete without Ukraine.
Because in 1920 Poland was not merely a state fighting Bolshevik Russia for its own borders.
It was also part of a political project whose aim included support for an independent Ukraine.
On 25 April 1920, the Polish offensive in Ukraine began. Its political background included Józef Piłsudski's alliance with Symon Petliura and the idea of creating an independent Ukrainian state as a buffer between Poland and Bolshevik Russia.
The project failed.
And then something happened that Polish historical memory has been considerably less willing to confront.
The Treaty of Riga of 18 March 1921 sealed the division of Ukrainian lands between Poland and the Soviet state.
Poland concluded peace not with an independent Ukraine, but with Soviet Russia and Soviet Ukraine. By recognizing Soviet Ukraine, Poland effectively abandoned its earlier political arrangement with the Ukrainian People's Republic. Ukrainian lands were divided between two states, while the Ukrainian attempt to establish an independent state was left without meaningful outside support.
This is not to promote the cheap historical slogan that “Poland betrayed Ukraine.”
The history is more complicated.
Poland had just emerged from a devastating war. It needed peace and security. The Polish delegation at Riga also had no desire to incorporate vast territories in which Poles were a minority. The resulting frontier was therefore drawn considerably farther west than the line which Polish forces might potentially have reached after their military successes of 1920.
But from the perspective of a Ukrainian, one thing remained painfully simple:
decisions about his country and its lands had been made by others.
And this is precisely the element of history that belongs alongside Vilnius and Zaolzie.
Not because these events were morally or historically identical.
They were not.
But because together they reveal a recurring problem:
does military victory or political power give one state the moral right to decide another nation's future?
The victor can have a moral problem too
In 1920 Poland defeated the Bolsheviks militarily.
In 1921 Poland obtained peace and a frontier that would survive until 1939. The Treaty of Riga ended the Polish-Bolshevik War and established the territorial order of Eastern Europe for the next two decades.
But military victory does not automatically answer the question of whether every political decision made by the victor was morally justified.
And this is where history becomes genuinely uncomfortable.
Because one can simultaneously believe:
The Battle of Warsaw was a Polish victory of enormous historical importance.
And:
The fate of Ukraine after the Treaty of Riga was catastrophic for Ukrainian aspirations to statehood.
There is no contradiction between these statements.
In the same way, one can say:
Vilnius was a city of fundamental importance to Poles.
And:
Lithuanians had every right to regard its seizure as a wrong committed against their state.
And finally:
Poland had its own interests in the disintegration of Czechoslovakia.
And at the same time:
the seizure of Zaolzie in October 1938 was a politically and morally wrong decision.
These are not contradictions.
This is what historical maturity looks like.
This is not a competition in guilt
Katyn.
The Holocaust.
The Volhynia massacres.
Warsaw.
Zaolzie.
Vilnius.
Ukraine.
The list of historical wrongs in Central and Eastern Europe is so long that attempting to turn it into a system of moral accounting would be grotesque.
Who wronged whom more?
Who started it?
Who had the stronger case?
Who killed more?
Who should apologize first?
History is not a competition in suffering.
And it should certainly not become an instrument of contemporary diplomacy in which carefully selected apologies are supposed to zero out the historical balance sheet.
Because if we begin treating history this way, we will soon have European nations standing opposite one another with accounting books in their hands.
You apologized for that.
We apologized for this.
But you still haven't apologized for...
And so on, forever.
There is something more important than apologies
There is memory without a demand for revenge.
That may be the only form of historical reconciliation that has genuine value.
I can say to a Czech:
Yes, Poland was wrong.
I do not have to add:
Therefore everything Czechoslovakia or the Czech nation did before and after that was right.
I can say to a Lithuanian:
Yes, I understand why you regard the seizure of Vilnius as a historical wrong.
I do not have to renounce the Polish memory of Vilnius.
I can say to a Ukrainian:
Yes, I understand why the Treaty of Riga forms part of your memory of a lost opportunity for Ukrainian statehood.
I do not have to deny that, for Poland, the war of 1920 was a struggle for national survival.
I can say to a German:
Yes, Nazi Germany committed crimes beyond imagination.
I do not have to hate a German living today.
And finally, a Czech can say to a Pole:
I accept your apology.
That does not mean that anyone is obliged to forget.
Reconciliation does not require forgetting. It requires giving up revenge.
That is the essential distinction.
This is why I have a problem with Mr Sikorski's argument
“We apologized.”
Yes, we did.
But why should that be an argument for closing today's discussion?
If the Minister means: let us not allow a historical dispute over Zaolzie to be exploited to set Poles and Czechs against each other — I would sign that statement without hesitation.
But if the argument is:
“There is no reason to return to this matter because Poland has already apologized,”
then the reasoning is simply wrong.
An apology does not deprive the other side of its right to remember.
Nor does our apology deprive us of the right to remember our own history.
And perhaps this is what we should learn
Not from history, because history teaches nothing by itself.
We can learn only from what we choose to learn from history.
One such lesson should perhaps be that a mature nation does not need to falsify its own history in order to feel that it is a nation of worth.
Poland can therefore say calmly:
Yes, Zaolzie was our mistake.
It can just as calmly say:
Yes, the seizure of Vilnius was a wrong suffered by Lithuania, even though the Polish memory of Vilnius has its own historical foundations.
It can say:
Yes, the Treaty of Riga ended the war on terms advantageous to Poland, but for Ukrainian aspirations to statehood it had tragic consequences.
It can say:
Yes, there are things in our history of which we should be ashamed.
But it can also say:
We are not going to apologize forever.
Because a person who has genuinely admitted a wrong does not have to spend the rest of his life standing in a corner with his hands raised.
And this, I think, is what is missing from today's politics of apologies:
the distinction between contrition and self-abasement.
The first is a sign of strength.
The second is not necessarily.
And apologies?
They are necessary.
Sometimes very necessary.
But an apology is the beginning of remembrance, not its end.
And it certainly is not reparation.
Because for things that are truly irreversible — however much we might wish otherwise — there is simply no way to make them right again.
votum separatum
