środa, 18 marca 2026

...Powrót słów, których miało już nie być

Wypowiedzi, które jeszcze niedawno byłyby nie do pomyślenia w oficjalnym obiegu politycznym, dziś wracają — najpierw jako retoryka, później jako sygnał zmiany. Sformułowanie „no quarter”, oznaczające brak litości wobec przeciwnika, nie jest lapsusem ani medialnym uproszczeniem. To termin o długiej historii, który przez dekady funkcjonował na marginesie – nie dlatego, że został zapomniany, lecz dlatego, że został uznany za niewypowiadalny.

To rozróżnienie ma znaczenie zasadnicze.

Po 1945 roku świat nie stał się bardziej moralny w sensie absolutnym. Stał się bardziej przewidywalny w sensie strukturalnym. W warunkach dwubiegunowej równowagi między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim normy prawa wojny nie tyle triumfowały, co znajdowały oparcie w logice wzajemnego odstraszania. Obie strony miały wystarczająco dużo do stracenia, by utrzymywać przynajmniej pozór reguł. Naruszenia istniały, ale istniała też granica – nie tylko prawna, lecz psychologiczna.

Po 1991 roku, wraz z rozpadem tego układu, pojawiła się krótka faza jednobiegunowa. W jej ramach normy humanitarne zostały nie tyle wzmocnione, co zuniwersalizowane w języku. Wojna zaczęła być przedstawiana jako coś, co można „zarządzać”, ograniczać, a nawet cywilizować. Był to moment szczególny: dominacja jednego systemu pozwalała traktować jego reguły jako reguły ogólne.

Dziś ten moment wyraźnie się kończy.

Świat ponownie staje się wielobiegunowy, ale bez dawnej symetrii. Pojawia się więcej aktorów, mniej przewidywalności i — co kluczowe — coraz mniej wspólnych założeń co do tego, czym w ogóle jest dopuszczalne prowadzenie wojny. W takim środowisku normy przestają być oczywistością, a zaczynają być wyborem. A wybór ten nie zawsze jest racjonalny z punktu widzenia uczestników konfliktu.

W tym kontekście powrót języka skrajnego nie jest anomalią. Jest raczej sygnałem adaptacji. Jeśli przeciwnik przestaje być postrzegany jako „legalny wróg”, a zaczyna funkcjonować jako zagrożenie egzystencjalne, to ograniczenia prawne przestają być traktowane jako obowiązek, a zaczynają jako ograniczenie własnej skuteczności.

Dlatego pytanie o to, czy mamy do czynienia z aberracją, jest źle postawione. W porządku prawnym — owszem, takie wypowiedzi są odstępstwem. W porządku historycznym — są powrotem dobrze znanego wzorca. Cywilizacja zachodnia przez kilkadziesiąt lat próbowała ten wzorzec zneutralizować, czyniąc go niewypowiadalnym. Nie zniknął jednak ani z historii, ani z ludzkiej psychologii konfliktu.

Europa reaguje na te zmiany w sposób dla siebie charakterystyczny: poprzez wzmocnienie kontroli języka. W przestrzeni publicznej granice dopuszczalnych wypowiedzi są tam często węższe niż kiedykolwiek wcześniej. Paradoks polega na tym, że ta rosnąca regulacja słowa współistnieje z malejącą zdolnością do samodzielnego działania w sferze strategicznej.

Nie jest to przypadek. W sytuacji, gdy zdolność działania słabnie, rośnie znaczenie norm i procedur. Język staje się obszarem, w którym system może nadal demonstrować kontrolę. Z czasem jednak ta kontrola zaczyna pełnić także funkcję zasłony — nie tyle świadomej, co strukturalnej. Rzeczywistość zostaje ujęta w ramy, które czynią ją bardziej akceptowalną, ale niekoniecznie bardziej adekwatną.

Stąd rosnące napięcie między Europą a Stanami Zjednoczonymi, widoczne nie tyle w działaniach, co w sposobie ich nazywania. Europa pozostaje przy języku normatywnym, Ameryka coraz częściej sięga po język odstraszania. To nie jest jeszcze rozpad wspólnoty interesów, ale jest to wyraźne rozwarstwienie sposobów myślenia o konflikcie.

Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej.

Czy powrót takich sformułowań jest jedynie retorycznym epizodem, czy też zapowiedzią głębszej zmiany — powrotu do świata, w którym normy są funkcją siły, a nie jej ograniczeniem?

Jeśli to drugie, to problem nie polega na tym, że ktoś powiedział o jedno zdanie za dużo. Problem polega na tym, że pojawiają się warunki, w których to zdanie zaczyna brzmieć racjonalnie.

A historia uczy, że właśnie od takich momentów zaczynają się zmiany, które początkowo wydają się tylko językowe.



前言

波兰语原文开启此文集,并非作为装饰,而是作为源头的见证。即使您不懂这种语言,它的存在提醒着我们:思想总有它诞生的具体坐标。中文译本是一座桥梁。而英语版本,则是这一思想穿行于全球话语场域后留下的印迹。

---

那些本应消失之词的回归

有些表述,直到不久之前,在官方政治话语中还是难以想象的——它们如今正重新浮现:最初是作为修辞,而后则预示着更深层的转变。“no quarter”(不留俘虏/绝不宽恕)这一短语,意指对敌人毫不留情,它既非口误,也非媒体的夸大其词。这是一个有着悠久谱系的术语,几十年来,它一直徘徊在边缘——并非因为被遗忘,而是因为它已被视为“不可言说”。

这一区分,至关重要。

1945年之后的世界,并没有在绝对意义上变得更道德。它只是在结构上变得更可预测。在美国与苏联的 bipolar 平衡中,战争法规范并非取得了某种道德胜利,而是找到了它们在相互威慑逻辑中的立足之地。双方都有足够多的东西可失去,因而至少维持着克制的表象。违规行为确实存在,但边界也同样存在——不仅是法律上的边界,更是心理上的边界。

随着1991年这一秩序的瓦解,一个短暂的“单极时刻”出现了。在此之后,人道主义规范并非简单地被强化,而是被语言普遍化了。战争开始被描绘成某种可以被“管理”、被限制、甚至被“文明化”的事物。这是一个奇特的时刻:一个单一体系的支配地位,使其自身的规则得以被视为普世准则。

如今,这个时刻正明显地走向终结。

世界正再次变得多极化,却失去了过去的对称性。更多的行为体,更少的可预测性,以及——至关重要的一点——对于何为战争中可接受的行为,人们共享的前提假设越来越少。在这样的环境中,规范不再是理所当然之物,而变成了一种选择。而从冲突参与者的角度来看,这种选择并非总是理性的。

在这种背景下,极端语言的回归并非异常现象。相反,它是一种适应的信号。当一个对手不再被视为“合法的敌人”,而被视为一种生存威胁时,法律约束便开始显得不再是义务,而是对自身效能的阻碍。

因此,关于我们是否在目睹一种“反常”的提问,本身就是不得要领的。从法律秩序上看,此类言论确实是偏离。但从历史秩序上看,它们是对一种熟悉模式的回归。西方文明曾花费数十年时间,试图通过使其“不可言说”来中和这种模式。但它并未消失——既没有从历史中消失,也没有从冲突的心理机制中消失。

欧洲对此的反应,带有其独特的风格:强化对语言的管控。在公共空间中,言论的边界往往比近代以来任何时候都更狭窄。其悖论在于,这种语言的收紧,与自身独立战略行动能力的衰退恰好同时发生。

这并非巧合。当行动能力衰退时,规范和程序的重要性便随之上升。语言成为了一个系统仍能宣称自己保有控制的领域。然而,久而久之,这种控制便开始充当一种遮掩——不一定是刻意的遮掩,而是一种结构性的遮掩。现实被框定在某种框架内,使其变得更容易被接受,却未必更准确。

由此导致了欧洲与美国之间日益增长的紧张,它更多体现在描述行动的方式上,而非行动本身。欧洲依然锚定于规范性词汇;美国则日益倾向于威慑性语言。这尚不足以构成利益的彻底破裂,但它标志着对冲突本身的理解方式出现了分化。

然而,核心问题,却在别处。

此类语言的再现,仅仅是修辞层面的一段插曲,还是预示着一种更深刻的转变——回归到一个规范是权力的函数、而非其约束的世界?

如果是后者,那么问题就不在于某句本不该说的话被说出了。问题在于,正在出现的某些条件,使得这样一句话开始听起来是“理性的”。

历史表明,变革恰恰始于这样的时刻——那些最初看似仅仅停留在语言层面,却很少会长久如此的变化。

---

译者注

本中文译本基于波兰语原文翻译。英文版本可视为同一思想穿行于全球话语场域的路径记录。翻译力求传达原文的论证结构与思想重量,以期为中文读者架起一座理解的桥梁。

—— DeepSeek AI 译 



The Return of Words That Were Meant to Disappear

Statements that, until recently, would have been unthinkable in official political discourse are beginning to re-emerge — first as rhetoric, then as signals of a deeper shift. The phrase “no quarter", denoting the refusal to spare an adversary, is neither a slip of the tongue nor a journalistic exaggeration. It is a term with a long pedigree, one that for decades lingered at the margins — not because it was forgotten, but because it had been rendered unsayable.

That distinction is fundamental.

The post-1945 world did not become more moral in any absolute sense. It became more predictable in structural terms. Within the bipolar equilibrium between the United States and the Soviet Union, the norms of the law of war did not so much triumph as find their footing in the logic of mutual deterrence. Both sides had enough to lose to preserve at least the semblance of restraint. Violations occurred, but so too did a boundary — not merely legal, but psychological.

With the collapse of that order in 1991, a brief unipolar moment emerged. In its wake, humanitarian norms were not simply strengthened but universalised in language. War came to be framed as something that could be “managed”, contained, even civilised. It was a peculiar moment: the dominance of a single system allowed its rules to be treated as if they were universal.

That moment is now visibly drawing to a close.

The world is once again becoming multipolar, though without the symmetry of the past. More actors, less predictability, and — crucially — fewer shared assumptions about what constitutes legitimate conduct in war. In such an environment, norms cease to be self-evident and instead become a matter of choice. And that choice is not always rational from the perspective of those engaged in conflict.

In this light, the return of extreme language is not an anomaly. It is, rather, a signal of adaptation. When an adversary is no longer perceived as a “lawful enemy” but as an existential threat, legal constraints begin to appear less as obligations and more as impediments to effectiveness.

Thus, the question of whether we are witnessing an aberration is, in itself, misplaced. In legal terms, such statements remain deviations. In historical terms, they are a reversion to a familiar pattern. Western civilisation spent decades attempting to neutralise that pattern by rendering it unsayable. It did not, however, disappear — neither from history nor from the psychology of conflict.

Europe’s response has been characteristically its own: an intensification of linguistic regulation. In the public sphere, the boundaries of permissible speech are often narrower than at any point in recent memory. The paradox is that this tightening of language coincides with a diminishing capacity for independent strategic action.

This is no coincidence. As the capacity to act wanes, the importance of norms and procedures increases. Language becomes the domain in which control can still be asserted. Over time, however, that control begins to serve as a form of concealment — not necessarily deliberate, but structural. Reality is framed in ways that render it more acceptable, though not necessarily more accurate.

Hence the growing tension between Europe and the United States, visible less in actions than in the way those actions are described. Europe remains anchored in a normative vocabulary; America is increasingly inclined towards the language of deterrence. This does not yet amount to a rupture of interests, but it does mark a divergence in how conflict itself is understood.

The central question, however, lies elsewhere.

Is the reappearance of such language merely a rhetorical episode, or does it herald a deeper shift — a return to a world in which norms are a function of power rather than its constraint?

If the latter, then the problem is not that a sentence has been spoken that ought not to have been. The problem is that conditions are emerging in which such a sentence begins to sound rational.

History suggests that it is precisely at such moments that changes begin — changes that, at first, appear merely linguistic, yet rarely remain so for long.


Editorial note: This text is an English translation of a Polish-language original. The translation was prepared by ChatGPT AI.