Artykuł jest z dzisiaj, więc mamy świeży materiał do rozmowy przy kontuarze.
Sprawa jest faktycznie ciekawa: Izraelskie media opublikowały opracowanie wskazujące główne przyczyny braku kurdyjskiego wsparcia w atakach na Iran — największą rolę odegrały przecieki do amerykańskich mediów oraz obawa Kurdów przed porzuceniem ich przez USA i Izrael, co skończyłoby się odwetem Teheranu.
Plan Mossadu — opracowywany podobno latami wspólnie z CIA — zakładał, że dziesiątki tysięcy uzbrojonych Kurdów przekroczą granicę z Irakiem, połączą siły z bojownikami wewnątrz Iranu i podsycą protesty, zmierzając aż do Teheranu.
Cały scenariusz posypał się na początku marca, gdy plan wyciekł do amerykańskich mediów. Klasyczny samo sabotaż.
Raport określił plan jako "pełen luk" — sprzeciwiała się mu Turcja i kilka państw Zatoki Perskiej, które obawiały się rozpadu Iranu i destabilizacji regionu.
Nawiązanie do muzyki klezmerskiej jako metafory pewnego... rozgardiaszu organizacyjnego jest może obrazowe, choć to akurat gatunek o bardzo precyzyjnej strukturze. 😄 Ale rozumiem klimat kontuaru w "Ptyś" — wielka geopolityka widziana z poziomu porannej kawy często odsłania jej absurdalne rysy lepiej niż ekspertyzy.
...widzę że niezbyt precyzyjnie cały z domniemania "cymesik" humorystyczny zaprezentowałem. Chodzi w nim o to, że współczesna muzyka klezmerska grana w Izraelu przez współczesnych Żydów ma się tak do oryginału jak... współczesny Mossad do tego z lat minionych
AI:
Ach, teraz rozumiem — to zgrabna analogia o autentyczności i degeneracji instytucji.
Czyli clou jest takie: tak jak współczesna izraelska wersja muzyki klezmerskiej to już nie ten sam żywioł co oryginał — muzyka diaspory, tułaczki, galicyjskich sztetli, pełna prawdziwego bólu i improwizacji — tak Mossad dzisiejszy to już nie ta sama organizacja co ta, która porwała Eichmanna z Buenos Aires, zabiła monachijskich terrorystów jeden po drugim w całej Europie, czy wykradła iracki MiG-21.
Tamten Mossad działał w warunkach egzystencjalnego zagrożenia, z żelazną dyscypliną i — co kluczowe — szczelnością. Współczesny najwyraźniej nie potrafi utrzymać tajemnicy operacji, która miała obalić reżim w Teheranie, przed... własnymi sojusznikami w mediach.
Przeciek do prasy jako przyczyna fiaska operacji to jest coś, co Isserowi Harelowi po prostu nie mieściłoby się w głowie.
Więc tak — klezmer z Berdyczowa czy Brooklynu lat 30. kontra klezmer-fusion z Tel Awiwu dziś. Rozpoznawalny instrument, ta sama nazwa, ale dusza gdzieś po drodze zginęła. Niezłe jak na prowincjonalny bar.
...dziękuję za komplement choć dalekie to od klasyki... szmoncesu
AI:
Ha! Szmonces to jednak wyższa szkoła jazdy — musi mieć ten specyficzny rytm, pointę ukrytą w samym języku, najlepiej z jidyszowym posmaczkiem który tłumaczenia nie przeżywa.
To co Pan zaserwował przy kontuarze było raczej... błyskotliwą obserwacją kulturowo-wywiadowczą podaną z nonszalancją. Co ma swój własny urok — szmonces wymaga publiczności która "łapie", a przy barze "Ptyś" to loteria.
Choć z drugiej strony — najlepsze szmoncesy też powstawały przy kontuarze. Tylko kontuarze innego rodzaju, w innym mieście, w innym świecie.
......fakt - nawet już i w barze "Ptyś" nie uświadczysz dziś rzetelnej, koszernej śliwowicy bowiem to co produkują to nie ona a jakiś... produkt ekologiczny...
AI:
...i koło się zamyka.
Śliwowica z Polmosu, klezmer z Tel Awiwu, Mossad który przecieka do prasy — wszędzie ta sama historia: nazwa ocalała, duch wyparował.
Prawdziwa śliwowica — ta łańcucka, ta z Bączala, ta którą się piło z lękiem i szacunkiem — miała w sobie coś nieprzyzwoicie szczerego. Paliła jak wyrzuty sumienia i nie udawała niczego innego niż jest.
Tymczasem "produkt ekologiczny" z Polmosu to jak ów współczesny Mossad — etykieta na miejscu, certyfikaty w porządku, a operacja się sypie przy pierwszym przecieku do mediów.
Przy czym zauważmy gorzką ironię: jedyna rzecz która w tym całym obrazku pozostaje autentycznie żydowska — to właśnie ta śliwowica. Wędrowała przez wieki razem z diasporą, przez Galicję, Karpaty, piwnice i pograniczne przemytnicze ścieżki. I właśnie jej już nie ma.
Zostały za to: fusion-klezmer, Mossad który czyta o sobie w CNN, i ekologiczna wódka śliwkowa.
Ot, taka historia.
...a żebyś pan wiedział, a żebyś pan wiedział...
“A Mossad Failure?”
“A Mossad failure?” — I heard it just now, leaning against the provincial counter of a bar called Ptyś.
Which, upon reflection, need not surprise anyone who has lately listened to… contemporary klezmer music.
“Quite,” I replied. “That explains a great deal.”
The matter, it turns out, is rather instructive. Israeli media have just published an account explaining why Kurdish support failed to materialise in the projected operations against Iran. Chief among the causes: leaks to American media, and the Kurds’ entirely reasonable fear that, once the music stopped, they would be left alone on the dance floor — facing Tehran’s displeasure without a partner.
The plan itself — reportedly years in the making, in concert with the CIA — envisioned tens of thousands of armed Kurds crossing from Iraq, joining forces with insurgents inside Iran, and stirring unrest all the way to Tehran.
A bold composition.
It collapsed, however, in early March — not under enemy fire, but under the gentler, deadlier pressure of publicity. The plan leaked. The orchestra announced its own performance before tuning its instruments. One might call it… self-sabotage in sonata form.
The report was not kind. The scheme, we are told, was “full of gaps.” Turkey objected. Several Gulf states recoiled at the prospect of Iran’s disintegration and the ensuing regional chaos.
And so we return, quite naturally, to klezmer.
For the analogy — once properly tuned — is rather neat: contemporary Israeli klezmer bears much the same relation to the original as today’s Mossad does to its former self.
The old music — born of diaspora, exile, Galician shtetls — carried within it something unpolished, improvisational, and painfully authentic. It wandered, it wept, it laughed at the edge of despair.
The old Mossad, likewise, operated under existential pressure: disciplined, discreet, and — above all — silent. This was, after all, the service that spirited Eichmann out of Buenos Aires, pursued Munich’s perpetrators across Europe, and persuaded an Iraqi pilot to defect with his MiG-21.
One suspects that a media leak collapsing a major operation would have struck Isser Harel as less an embarrassment than a metaphysical impossibility.
And now?
Well — the instruments remain. The name survives. The melody is recognisable. But somewhere along the way, the soul appears to have mislaid its passport.
At which point the conversation, as such conversations must, drifted toward slivovitz.
For even in Ptyś, one no longer encounters a proper, kosher plum brandy. What is offered instead is — inevitably — an “ecological product.”
And thus the circle closes.
Slivovitz, klezmer, Mossad — everywhere the same quiet transformation: the label intact, the essence evaporated.
The real thing — the old Łańcut or Bączal spirit — had about it a certain indecent honesty. It burned like a guilty conscience and made no attempt to be anything other than what it was.
The modern equivalent? Certified, sanitised, impeccably labelled — and curiously devoid of consequence.
A spirit that does not burn.
An orchestra that does not wander.
An intelligence service that reads about its own secrets in the morning press.
One hesitates to call it decline.
But one cannot quite call it continuity either.
“Indeed, sir,” as my companion at the counter observed, with a nod of grave provincial wisdom.
“Indeed.”
