sobota, 28 marca 2026

..."„Nie” dla Bundeswehry: coraz więcej osób odmawia służby

Nina Werkhäuser

Coraz więcej mężczyzn w Niemczech z góry deklaruje, że nie pójdzie do Bundeswehry. Z obawy, że służba wojskowa będzie obowiązkowa."


co nie przeszkadza panu Merzowi snuć planów o... 600 tysięcznej, niemieckiej armii że o Polsce magistra historii Donalda Tuska nie wspomnę bo już dziś nie ma o czym...

AI:

To nie jest nawet sprzeczność — to jest klasyczny rozdźwięk między deklaracją polityczną a materią społeczną, z której ta deklaracja miałaby być zbudowana.

Z jednej strony masz Friedricha Merza, który operuje na poziomie geopolitycznej narracji: Niemcy muszą „dorosnąć” do roli mocarstwa, odbudować zdolności, stać się filarem Europy. W tej logice liczba 500–600 tys. żołnierzy nie jest planem operacyjnym — to jest sygnał. Do Waszyngtonu, do Moskwy, do własnych elit.

Z drugiej strony masz społeczeństwo niemieckie — i tu artykuł Deutsche Welle dotyka czegoś znacznie głębszego niż tylko „niechęć do służby”. To jest efekt kilku dekad konsekwentnej transformacji mentalnej:

  • Bundeswehra po zimnej wojnie została „odmilitaryzowana kulturowo”

  • służba przestała być elementem obywatelskiego etosu

  • użycie siły stało się czymś moralnie podejrzanym, a nie neutralnym narzędziem państwa

I teraz następuje próba gwałtownego odwrócenia tego procesu. Problem polega na tym, że mentalność nie działa jak budżet — nie da się jej „zwiększyć ustawą”.

To, co obserwujesz, to nie jest chwilowa anomalia, tylko strukturalny konflikt:

państwo chce armii → społeczeństwo nie chce być armią

I tu dochodzimy do rzeczy ciekawszej.

Niemcy przez dekady funkcjonowały w modelu, który można by nazwać „cywilną potęgą pasożytniczą” (w sensie czysto analitycznym, nie moralnym):
bezpieczeństwo gwarantowane przez Stany Zjednoczone,
handel z Rosja i Chiny,
a wewnętrznie — pacyfizm jako norma kulturowa.

Ten model się skończył, ale społeczeństwo jeszcze tego nie „przetrawiło”.

I teraz Merz próbuje zrobić rzecz, która historycznie zawsze była trudna:
zbudować armię bez społecznego przyzwolenia na wojnę.

To się rzadko udaje.

Jeśli chodzi o Twoją uwagę o Donald Tusk — tu sytuacja jest odwrotna. W Polsce:

  • społeczne przyzwolenie na armię istnieje (a nawet jest wysokie),

  • ale zdolności państwa do jej realnego utrzymania i organizacji są bardziej ograniczone, niż sugeruje retoryka i SAFE.

Czyli mamy dwa modele iluzji:

  • Niemcy: ambicja bez fundamentu społecznego

  • Polska: fundament społeczny z napiętym potencjałem instytucjonalnym

I teraz najciekawsze pytanie — takie już „kawiarniane”, w Twoim stylu:

czy Europa nie próbuje przypadkiem zbudować swojej siły w dokładnie odwrotnej kolejności niż powinna?

Bo klasyczny porządek był zawsze taki:
najpierw społeczeństwo → potem armia → na końcu narracja.

Dzisiaj mamy:
najpierw narrację → potem próby budowy armii → a społeczeństwo… „zobaczymy”.

I to „zobaczymy” może być najdroższym elementem całej układanki.

...to już nawet nie utrata obywatelskich zdolności zabijania a jak w Pospolitej ściganie z urzędu żołnierzy którzy używając broni tylko kogoś ranią /incydent na granicy z Białorusią/ czy przypadkiem zabijają / kuriozum Nangar Khel/

AI:

Dotykasz tu czegoś, co w istocie nie jest już ani czysto wojskowe, ani czysto prawne — tylko cywilizacyjne.

Sprawy takie jak incydent Nangar Khel czy napięcia wokół użycia broni na granicy z Białoruś nie są wyjątkami w sensie systemowym. One są objawami.

Bo państwo nowoczesne — szczególnie europejskie — próbuje dziś robić rzecz, która jeszcze pół wieku temu byłaby uznana za wewnętrznie sprzeczną:
utrzymać monopol na przemoc, jednocześnie delegitymizując jej użycie w sferze moralnej.

Żołnierz zostaje więc postawiony w sytuacji logicznie niestabilnej:

  • ma być gotów użyć siły,

  • ale każdorazowe jej użycie podlega retrospektywnej ocenie według standardów quasi-cywilnych,

  • często formułowanych już po fakcie, w zupełnie innym kontekście niż moment decyzji.

To prowadzi do efektu, który dobrze znasz intuicyjnie:
paraliż decyzyjny przeniesiony na poziom indywidualny.

Nie trzeba nawet zakazu — wystarczy niepewność.
Żołnierz zaczyna kalkulować nie tylko „czy to konieczne?”, ale też:
„co będzie ze mną za pięć lat, jeśli okaże się, że ktoś uzna to za błąd?”

W przypadku Nangar Khel problem był jeszcze ostrzejszy, bo chodziło o operację ekspedycyjną — czyli sytuację, w której:

  • państwo wysyła żołnierzy w warunki asymetryczne,

  • ale próbuje ich rozliczać w logice niemal policyjnej.

To napięcie nie zostało nigdy w pełni rozwiązane.

Natomiast to, co widzisz dziś na granicy, to już nie jest Afganistan — to przestrzeń bezpośredniego styku państwa z presją zewnętrzną. I jeśli w takim miejscu pojawia się wątpliwość co do legitymizacji użycia siły, to problem przestaje być operacyjny, a staje się egzystencjalny dla samego państwa.

Bo granica jest właśnie tym miejscem, gdzie państwo redukuje się do najprostszej funkcji:
albo potrafi egzekwować reguły — albo przestaje być państwem w sensie klasycznym.

I teraz wracając do Twojego punktu wyjścia — Bundeswehry.

Jeżeli społeczeństwo niemieckie ma problem już na poziomie samej gotowości do służby, to można przypuszczać, że problem z akceptacją realnego użycia siły byłby jeszcze głębszy.

Polska jest w innej fazie — tu gotowość istnieje.
Ale przypadki, o których mówisz, pokazują coś niepokojącego:

erozja zaufania państwa do własnego żołnierza.

A to jest bardzo subtelna granica.
Bo kiedy żołnierz zaczyna się bać bardziej prokuratora niż przeciwnika, to nie mamy już do czynienia z armią w klasycznym sensie — tylko z formacją funkcjonującą pod warunkiem.

I to „pod warunkiem” jest być może najważniejszym słowem całej tej historii...



/by ChatGPT and DeepSeek AI/

More and more men in Germany now declare in advance that they will not join the Bundeswehr — driven by the fear that compulsory military service might return.

None of this, of course, prevents Friedrich Merz from sketching visions of a 600‑thousand‑strong German army. Nor is Poland’s prime minister, Donald Tusk – who, for all his historical training, now offers increasingly little to comment on – any more restrained.

This is not even a contradiction; it is the classic gap between political declaration and the social fabric from which such a declaration would have to be built.

On one side you have Friedrich Merz operating at the level of geopolitical narrative: Germany must “grow up” into a power, rebuild its capabilities, become Europe’s backbone. In that register, the figure of 500–600 thousand soldiers is not an operational plan — it is a signal. To Washington, to Moscow, and to Germany’s own elites.

On the other side you have German society — and here the Deutsche Welle report touches something far deeper than mere “reluctance to serve”. It is the cumulative effect of several decades of cultural transformation:

  • the Bundeswehr was stripped of its military culture after the Cold War,
  • military service ceased to be part of civic ethos,
  • the use of force became morally suspect rather than a neutral instrument of the state.

And now comes the attempt to reverse this process overnight. The problem is simple: mentality does not behave like a budget — it cannot be “increased by statute”.

What we are witnessing is not a temporary anomaly but a structural conflict:

the state wants an army → society does not want to be an army.

This leads to a deeper point.

For decades Germany functioned within a model that could be described — analytically, not morally — as a parasitic civilian power:
security outsourced to the United States,
trade with Russia and China,
and domestically — pacifism as cultural norm.

That model has collapsed, but society has not yet digested the consequences.

Merz is therefore attempting something historically difficult:
to build an army without social consent for the use of force.
This rarely succeeds.

Poland, meanwhile, sits at the opposite pole. Here:

  • social acceptance of the military exists (and is high),
  • but the state’s capacity to sustain and organise a large force is more limited than official rhetoric suggests.

Two illusions, then:

  • Germany: ambition without social foundation.
  • Poland: social foundation with strained institutional capacity.

Which brings us to the broader European paradox.

Europe is trying to build its power in the reverse order of the classical sequence. Traditionally it was:

society → army → narrative.

Today it is:

narrative → attempts at building an army → society… “to be determined”.

And that “to be determined” may prove the most expensive component of all.


Your final remark touches something no longer merely military or legal, but civilisational.

Cases such as the Nangar Khel incident or the current tensions around the use of firearms on the Polish–Belarusian border are not systemic exceptions. They are symptoms.

The modern European state is attempting something that, half a century ago, would have been considered internally contradictory:
to maintain a monopoly on violence while simultaneously delegitimising its use in moral terms.

The soldier is placed in a logically unstable position:

  • he must be ready to use force,
  • yet every use of force is judged retrospectively by quasi‑civilian standards,
  • often formulated long after the fact and in a completely different context.

The result is predictable:
decision‑making paralysis at the individual level.

A soldier no longer asks only “is this necessary?” but also:
“what will happen to me in five years if someone decides this was a mistake?”

In Afghanistan the contradiction was even sharper: the state deployed soldiers into asymmetric conditions but judged them according to near‑policing standards. That tension has never been resolved.

On the Polish border the stakes are higher still. This is not a distant expedition but the state’s immediate line of contact with external pressure. If uncertainty appears here — at the frontier — the problem ceases to be operational and becomes existential for the state itself.

A border is the place where the state reduces itself to its simplest function:
either it can enforce its rules, or it ceases to be a state in the classical sense.

And this returns us to the Bundeswehr.

If German society struggles already with the idea of service, one can assume that acceptance of actual force would be even weaker.

Poland is in a different phase — the willingness exists.
But the cases you mention reveal something troubling:

the erosion of the state’s trust in its own soldier.

And once a soldier fears the prosecutor more than the adversary, we are no longer dealing with an army in the classical sense — but with a formation that operates under conditions.

And those conditions may be the most revealing part of the entire story.