na marginesie artykułu zamieszczonego na wirtualnych stronach "Deutsche Welle" sygnowanego przez pana Jacka Lepiarza
Bruksela jako reinkarnacja Kominternu: o aksjologicznym imperializmie liberalizmu
Konflikt cywilizacyjny nie jest już zapowiedzią przyszłości — trwa. Toczy się w języku, w instytucjach, w samych pojęciach, które miały być neutralne, a stały się narzędziami władzy. To, co jeszcze dekadę temu nazywano „sporem o wartości”, dziś przybrało kształt aksjologicznej wojny totalnej. Na jednym z jej frontów stoi Bruksela — z przekonaniem o własnym moralnym mandacie do wyznaczania reguł świata. Na drugim — ci, którzy ten mandat odrzucają, niekoniecznie dlatego, że są antyliberalni, lecz dlatego, że bronią prawa do własnego kodu cywilizacyjnego.
Artykuł Frankfurter Allgemeine Zeitung, o którym pisze Deutsche Welle...
W tym sensie współczesna Unia Europejska jawi się jako aksjologiczny następca Kominternu: nowoczesny, zlaicyzowany, postchrześcijański, operujący językiem praw człowieka, inkluzywności i równości. Ale w istocie chodzi o to samo, o co chodziło zawsze: o jedność w wymiarze ideologicznym, o konstruowanie „nowego człowieka”, tym razem nie w imię proletariatu, lecz w imię „liberalnych wartości”. Hasło „proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” zastąpiono formułą „społeczeństwa otwarte wszystkich narodów, integrujcie się”, lecz logika pozostała identyczna — unifikacja świadomości, zniesienie różnicy, poddanie lokalnych kultur centralnemu wzorcowi normatywnemu.
Bruksela, podobnie jak dawny Komintern, nie dopuszcza alternatywy. Jej język nie zna kategorii „równorzędności cywilizacyjnej”; zna tylko hierarchię postępu. W tym sensie każda próba obrony własnego ładu moralnego — czy to przez Moskwę, czy przez świat islamski, czy nawet przez konserwatywne środowiska Zachodu — zostaje automatycznie zdefiniowana jako „zagrożenie dla demokracji”. Odpowiedź Brukseli jest zawsze ta sama: procedura, sankcja, izolacja. To nie dialog — to proces sekularyzowanego nawracania.
Tymczasem Moskwa i Waszyngton, choć różne w ideach, zaczynają dostrzegać, że Bruksela nie reprezentuje już Zachodu, lecz siebie — swoistą ideokratyczną hybrydę, w której moralność zastąpiono polityką wartości, a politykę – etyką biurokratyczną. W tym układzie starcie nie jest już geopolityczne, lecz ontologiczne. Chodzi nie o granice terytorialne, lecz o granice człowieczeństwa w języku władzy.
Ostatecznie to właśnie język stał się dziś polem bitwy: kto kontroluje znaczenia, ten kontroluje świat. Kiedy więc Bruksela mówi o „praworządności”, ma na myśli posłuszeństwo wobec swojej aksjologicznej hierarchii. Kiedy mówi o „wartościach europejskich”, ma na myśli rezygnację z wszelkich alternatywnych systemów sensu. I w tym punkcie kończy się liberalizm, a zaczyna jego imperialna autokreacja — moralny kolonializm ubrany w retorykę emancypacji.
To dlatego trwający konflikt cywilizacyjny nie jest sporem o ideologie, lecz o ontologiczną definicję człowieka. Czy człowiek jest wciąż istotą zakorzenioną w tradycji, kulturze, religii, języku — czy też ma być jedynie funkcją norm prawnych, które określa centrum administracyjne w Brukseli. Ta różnica jest dziś osią światowej polaryzacji.
Jeżeli więc Moskwa i Waszyngton — każda z własnych powodów — zaczynają rozumieć potrzebę spacyfikowania imperialnych ambicji Brukseli, nie oznacza to powrotu do zimnowojennej osi współpracy. To raczej konieczność egzystencjalna: obrona przed nową formą ideologicznej dominacji, która posługuje się moralnością jak narzędziem władzy.
W tym sensie Bruksela jest nie tyle centrum Europy, ile centrum nowego porządku symbolicznego, w którym wolność przestała być przestrzenią wyboru, a stała się testem lojalności wobec jedynie słusznych wartości. I może właśnie to — nie jej polityka, nie jej biurokracja, lecz jej aksjologiczny absolutyzm — jest dziś największym zagrożeniem dla samej idei Zachodu.
Brussels as the Reincarnation of the Comintern: On the Axiological Imperialism of Liberalism
The civilisational conflict is not looming—it is already with us. It unfolds in language, in institutions, in concepts once presumed neutral but now conscripted into political service. What only a decade ago passed for a “debate on values” has hardened into a war of moral jurisdictions. On one side stands Brussels, persuaded of its sacerdotal mandate to determine the ethical grammar of the world; on the other, those who resist—not out of hostility to liberty, but out of fidelity to their own civilisational traditions.
The Frankfurter Allgemeine Zeitung article cited by Deutsche Welle does not sketch a hypothetical “alliance” between Moscow and Washington against liberal decay. It registers a fracture at the heart of the West, in which both former poles of global order begin to recognise a new centre of gravity—and a new source of coercion—not in each other, but in Brussels’ moral hegemony. No alliance emerges here; rather, a reluctant convergence born of necessity: a shared need to restrain a project that has retained its bureaucratic fervour long after losing sight of the human scale.
The European Union thus appears as the post-modern successor to the Comintern: secular, technocratic, post-religious, yet motivated by the same impulse to civilisational uniformity. “Workers of the world, unite!” has not vanished; it has merely been rendered in the idiom of administrative modernity — “Open societies of all nations, converge!” The substance has not changed: dissolution of cultural particularity, standardisation of conscience, the elevation of procedural virtue to universal law.
Like its revolutionary precursor, Brussels admits no peers. In its lexicon, there is no parity of civilisations—only a ladder of “progress” upon which the centre stands immovably at the top. Attempts to preserve indigenous ethical orders—whether by Moscow, by the Islamic world, or by conservative constituencies within Europe itself—are swiftly condemned as “illiberal threats”. The instruments are elegant but unmistakable: procedure, sanction, ostracism. Not persuasion, but a secular catechism enforced by policy.
Moscow and Washington, though divided by ideology, increasingly perceive that Brussels no longer speaks for the West—it speaks for an institutional creed unto itself: a clerisy in which values have replaced virtue, and compliance has supplanted choice. The confrontation that emerges is therefore not territorial but ontological: a struggle over who defines the human condition—and by what authority.
Control of meaning has always been the final frontier of power. When Brussels invokes “the rule of law”, it means fidelity to its doctrinal hierarchy; when it appeals to “European values”, it requires the surrender of any alternative moral grammar. Thus liberalism slides, almost imperceptibly, into an ethical empire masquerading as emancipation.
The present conflict is not, then, an argument about ideology; it is a contest over the metaphysical infrastructure of personhood. Is man rooted in tradition, culture, inheritance, language—or is he merely the administrative subject of norms promulgated by a supranational directorate?
If Moscow and Washington, each from its own vantage, find themselves resisting Brussels’ ambitions, this is not a diplomatic realignment. It is a convergence of survival instincts in the face of a system that wields moral vocabulary as an instrument of authority.
In this light, Brussels is not the custodian of Europe but the capital of a new symbolic absolutism, where freedom has ceased to mean choice and has come to mean conformity with sanctioned virtue. It is this—its doctrinal certainty, not its regulations—that now poses the most serious challenge to what the West once claimed to be. This English version was translated from the original Polish by ChatGPT AI in collaboration with Claude AI.
...
