Until the day comes when the democratic mechanism itself begins to give life to a scenario that only yesterday seemed unthinkable.
Israel has now arrived at such a moment.
The Times of Israel reports that a historic surge in voter turnout among Israel's Arab citizens may give Arab parties decisive influence over who forms the country's next government.
This is no longer merely a matter of electoral arithmetic.
It is a political paradox with existential dimensions.
Israel is not a state whose national identity emerged accidentally, as a by-product of historical processes. It is a Jewish state whose creation is inseparable from the centuries-long Jewish quest for self-determination, and whose existence has remained the subject of conflict, threats, and international dispute for decades. Providing the Jewish people with a state of their own was meant to answer the historic experience of statelessness, persecution, and ultimately the threat of physical annihilation.
Yet the very democratic mechanism that constitutes one of the foundations of Israel's legitimacy has produced a situation in which parties representing the Arab minority may determine who governs the country.
And this is where the macabre paradox begins.
The issue is not whether Arab citizens of Israel have the right to vote, stand for office, or represent their constituents. Once they are citizens of the state, their political rights do not disappear because of their ethnic origins or national identity. Nor is the point to reduce all Arab parliamentarians to a common ideological denominator. They differ significantly in both their political programmes and their attitudes toward participation in government.
The problem lies elsewhere.
A state whose very raison d'être is so closely bound to Jewish national self-determination now faces a situation in which democratic arithmetic may make the formation of a government dependent upon support from parties representing a different civilizational, cultural, and ultimately national community. In some cases, these parties also invoke a Palestinian national identity which, in today's geopolitical reality, inevitably evokes the wider question of Hamas on one side and Hezbollah on the other.
What could previously be dismissed as a highly improbable scenario has become an actual political problem.
The question is no longer whether Israeli democracy could place Zionist parties before such a dilemma.
It already has.
Nor is this merely a problem for Netanyahu's camp or its opponents.
The very nature of political choice is changing.
The opposition may conclude that removing the current government matters more than its long-standing reservations about cooperation with Arab parties. Equally, it may refuse such cooperation and risk finding itself unable to form an alternative government at all.
In either case, the consequences extend far beyond ordinary party competition.
The first path requires accepting political dependence upon parties that a significant segment of the Zionist electorate, to put it mildly, does not regard as natural partners in governing a Jewish state.
The second means that a declared inability to cooperate may prove stronger than the desire to assume power.
Democracy does not resolve this dilemma.
It creates it, and then forces politicians to live with its consequences.
Does the fact that Arab parties may determine the formation of a government also imply that, in the final analysis, they may influence questions touching upon Israel's very existence?
That is a question only the Jewish people themselves can answer.
One need not go that far, however, to appreciate the significance of the present situation.
Influence over who governs, under what conditions a coalition is formed, and what compromises that coalition must make is real influence.
And in a state where disputes over national identity are inseparable from questions of security, sovereignty, and the right of self-determination, political arithmetic acquires particular weight.
There remains one further irony.
Democracy is often presented as a mechanism through which societies can resolve their conflicts without violence.
What it does not guarantee is that electoral outcomes will conform to any group's vision of what the state ought to be. Nor, as this case demonstrates, does it guarantee that a parliamentary majority will necessarily reflect the ideological, national, or cultural majority that a particular segment of citizens considers the rightful custodian of the state.
This is precisely why the Israeli case is so revealing.
Not because Arab citizens are exercising their rights.
But because a political system whose rules apply equally to all citizens has produced a situation in which the achievement of one of democracy's most fundamental objectives, the formation of a government, requires the resolution of a conflict between competing visions of the state's national character.
The macabre joke is that a state established to secure collective Jewish self-determination may find itself in a position where its government is ultimately determined by representatives of a community, part of which identifies with the Palestinian nation, a nation that has remained in conflict with Israel for generations.
Today, however, this is no longer a joke.
It is a political reality to which Israeli democracy must respond.
History need not supply a dramatic ending.
It is enough that it forces Israelis to answer a question that can no longer be postponed:
Can a democratic Jewish state reconcile its national character with a situation in which the exercise of political power is co-determined by citizens who represent a different national identity?
Whether that question ultimately bears upon Israel's right to exist, I do not know.
What it undoubtedly bears upon is how Israel will come to understand its own democracy and its own statehood.
TL, with AI assistance
O makabrycznym żarcie, który przestał być żartem, a stał się rzeczywistością polityczną Izraela
Są takie paradoksy demokracji, które przez lata można traktować jako polityczną abstrakcję, niewybredny żart albo prowokacyjną figurę retoryczną. Do czasu. Aż przychodzi moment, w którym mechanizm demokratyczny zaczyna urzeczywistniać scenariusz, który jeszcze wczoraj wydawał się nie do pomyślenia.
Izrael właśnie znalazł się w takiej sytuacji.
The Times of Israel informuje, że historyczny wzrost frekwencji wyborczej wśród arabskich obywateli Izraela sprawił, iż partie arabskie mogą uzyskać decydujący wpływ na to, kto utworzy następny rząd. Syjonistyczna opozycja staje zatem przed wyborem, którego przez lata starała się uniknąć: czy może oprzeć się na głosach arabskich parlamentarzystów, by odsunąć od władzy obóz Benjamina Netanjahu?
To nie jest już wyłącznie kwestia wyborczej arytmetyki. To polityczny paradoks o wymiarze egzystencjalnym.
Izrael nie jest przecież państwem, którego narodowa tożsamość powstała przypadkiem, jako uboczny produkt historycznych procesów. Jest państwem żydowskim, którego powstanie wiąże się z wielowiekowym dążeniem Żydów do samostanowienia, a którego istnienie od dziesięcioleci pozostaje przedmiotem konfliktu, zagrożeń i sporów międzynarodowych. Zapewnienie narodowi żydowskiemu własnego państwa miało być odpowiedzią na doświadczenie bezpaństwowości, prześladowań i zagrożenia fizycznym unicestwieniem.
Tymczasem mechanizm demokratyczny, stanowiący jeden z fundamentów legitymacji Izraela, doprowadził do sytuacji, w której o tym, kto będzie nim rządził, mogą przesądzić partie reprezentujące arabską mniejszość.
I właśnie tutaj zaczyna się makabryczny paradoks.
Nie chodzi o to, by kwestionować prawo arabskich obywateli Izraela do głosowania, kandydowania czy reprezentowania swoich wyborców. Jeśli już są obywatelami państwa to ich prawa polityczne nie znikają z powodu pochodzenia etnicznego ani narodowej tożsamości. Nie chodzi również o to, by wszystkich arabskich parlamentarzystów sprowadzać do wspólnego mianownika ideologicznego. Różnią się oni zarówno programami, jak i stosunkiem do udziału w rządzeniu.
Problem leży gdzie indziej.
Państwo, którego racja istnienia jest tak silnie związana z żydowskim samostanowieniem narodowym, staje wobec sytuacji, w której demokratyczna arytmetyka może uzależnić powstanie rządu od poparcia ugrupowań reprezentujących inną wspólnotę cywilizacyjną, kulturową i na koniec narodową — w części przypadków odwołujących się również do palestyńskiej tożsamości narodowej zatem dziś na sposób nieunikniony z jednej strony i Hamasu, z drugiej Hezbollahu.
To, co dotychczas można było przedstawiać jako mało prawdopodobny scenariusz, stało się rzeczywistym problemem politycznym. Nie trzeba już pytać, czy izraelska demokracja może postawić syjonistyczne partie przed takim dylematem. Zostały przed nim postawione.
I nie jest to wyłącznie problem obozu Netanjahu ani jego przeciwników. Zmienia się bowiem sama natura politycznego wyboru. Opozycja może uznać, że odsunięcie obecnego rządu jest ważniejsze niż dotychczasowe zastrzeżenia wobec współpracy z partiami arabskimi. Może też odmówić takiej współpracy, ryzykując, że nie będzie w stanie stworzyć alternatywnego rządu.
W obu przypadkach konsekwencje wykraczają poza zwykłą walkę partyjną. Pierwsza droga oznacza konieczność zaakceptowania politycznej zależności od ugrupowań, których część syjonistycznego elektoratu delikatnie mówiąc nie uważa za naturalnych partnerów w rządzeniu państwem żydowskim. Druga oznacza, że deklarowana niezdolność do współpracy może okazać się silniejsza niż wola przejęcia władzy.
Demokracja nie rozwiązuje tego dylematu. Ona go tworzy, a następnie zmusza polityków do zmierzenia się z jego konsekwencjami.
Czy z tego, że partie arabskie mogą przesądzić o powstaniu rządu, nie wynika, że mogą również w konsekwencji przesądzić o samym istnieniu Izraela to już pytanie na które tylko sami Żydzi mogą odpowiedzieć. Ale nie trzeba aż tak daleko wybiegać, by dostrzec wagę obecnej sytuacji. Wpływ na to, kto sprawuje władzę, na jakich warunkach powstaje koalicja i jakie kompromisy musi zawierać, jest wpływem realnym.
A w państwie, w którym spór o narodową tożsamość splata się z kwestią bezpieczeństwa, suwerenności i prawa do samostanowienia, polityczna arytmetyka nabiera szczególnego znaczenia.
Pozostaje jeszcze jedna ironia. Demokracja bywa przedstawiana jako mechanizm, który pozwala społeczeństwu rozstrzygać spory bez przemocy. Ale nie gwarantuje ona, że wynik wyborów będzie zgodny z wyobrażeniem jakiejkolwiek grupy o tym, jak powinno wyglądać państwo. Nie gwarantuje też jak widać, że większość parlamentarna będzie odzwierciedlać większość ideologiczną, narodową czy kulturową, którą określona część obywateli uważa za właściwego gospodarza państwa.
Właśnie dlatego izraelski przypadek jest tak wymowny. Nie dlatego, że arabscy obywatele korzystają ze swoich praw. Lecz dlatego, że system polityczny, którego reguły obowiązują wszystkich obywateli, doprowadził do sytuacji, w której realizacja jednego z podstawowych celów demokracji — wyłonienia rządu — wymaga rozstrzygnięcia konfliktu między odmiennymi wyobrażeniami o narodowym charakterze państwa.
Makabryczny żart polega na tym, że państwo powołane do zapewnienia Żydom wspólnotowego samostanowienia może znaleźć się w sytuacji, w której o jego rządzie przesądzą przedstawiciele społeczności, której część identyfikuje się z narodem palestyńskim, pozostającym w wieloletnim konflikcie z Izraelem.
Dziś nie jest to już żart. Jest to rzeczywistość polityczna, wobec której izraelska demokracja musi zająć stanowisko.
A historia nie musi wcale dopisywać do niej dramatycznego zakończenia. Wystarczy, że zmusi Izraelczyków do odpowiedzi na pytanie, którego nie da się już odłożyć na później: czy demokratyczne państwo żydowskie potrafi pogodzić swój narodowy charakter z sytuacją, w której o sprawowaniu władzy współdecydują obywatele reprezentujący inną tożsamość narodową?
Czy to pytanie rozstrzyga konsekwencją o prawie Izraela do istnienia nie wiem. Bez wątpienia rozstrzyga natomiast o tym, jak Izrael będzie rozumiał własną demokrację i własną państwowość.
